wtorek, 31 marca 2015

"Von Bingen. Historia Prawdziwa"


Realizatorzy spektaklu - Błażej Tachasiuk (reżyser) i Sandra Szwarc (autorka tekstu) zdecydowali się opowiedzieć historię o byciu wyjątkowym. Życie Hildegardy jest już z góry ustalone. Bóg wyznaczył ją jako "swoją". Tragedia jej losu skupia się na fakcie, że ona nie ma innego wyjścia. W tym sensie może życie każdego z nas dzieje się trochę "obok". Wiele spraw to kumulacja doświadczeń, ślepy przypadek (lub wola Boga), a nie autentyczne wybory.
Reżyser odważnie kontrastuje język XXI wieku z historią średniowieczną. Ten fakt nadaje spektaklowi lekkość, a tym samym świetnie wyciąga nastrój scen refleksyjnych. 
Zasada "przypieprzyć i odskoczyć" tu działa jak marzenie. Spektakl świetnie się ogląda - pomysłowość rozbudza apetyt na to co może być dalej, jak to się będzie rozwijało. 
Łatwo się domyślić, że ta wyjątkowość jest okupiona wielkim bólem, w spektaklu niezgodą na życie świętej, tęsknotą do życia "normalnego". 
To, co zachwyca (mnie) to sposób prowadzenia samego spektaklu: ten kontrast i odwaga współczesnego języka (intelektualnie stymulującego) poszerza spektrum środków i też umieszcza spektakl w kontekście myślenia o świętych teraz; drugą sprawą jest prowadzenie konfliktów - postaci mają wyraźne cele (niezgodne ze sobą - co niesamowicie wzmacnia konflikt), ale może dystans (?) reżysera umieszcza w jednej scenie obie postaci w dwóch różnych klimatach - jedna gra groteskowo, druga serio. Niby to wiedza oczywista, ale musiałem to zobaczyć u kogoś innego, żeby zrozumieć mechanizm działania. 
Rozwiązania są nieoczywiste co mnie niesamowicie pobudza. Uwielbiam taki teatr. Wśród zachowawczych spektakli bojących się wykroczyć poza "sprawdzony" już język, ten spektakl to powiew świeżego powietrza. Chętnie zobaczę go jeszcze raz. Jestem też ciekaw jak się rozwinie końcówka, która jest najsłabszym elementem spektaklu - i to wina sprawności wcześniejszych sekwencji - rośnie apetyt - i chcemy dobrego finału. Kropki. Wprowadzenie klamry z zakonnicami jest... zbyt proste jak na wyszukanie, którym spektakl emanuje jako całość. 
Życzyłbym sobie takiego debiutu. Chłopak ma pojęcie jak to robić, a tekst jest wspaniały językowo - szczególnie fragmenty - wizje Hildegardy.


poniedziałek, 30 marca 2015

Władca Much - Poznań

Jeśli miałoby to być ciągle grane, chciałbym:
- przemyśleć sprawę wyspy - konieczność jej użycia
- wyrzucić/zmienić końcówkę (wyrzucić ten tekst "mama woła was" - albo zamienić na pukanie do drzwi - łomotanie do tego pokoju - zmienić rytm telefonu)
- koniecznie zmienić początek - sam początek postawić na konflikt charakter Prosiaczka kontra Ralph
potem odpowiedzieć na pytanie co się zmienia kiedy pojawia się Jack - całość się uruchamia.
- zrobić - doprecyzować bieganie po wyspie ludzików i świni (bo jak to wygląda?)
aktorsko ładnie się rozwija. Ale treściowo to jest sieczka. Początek jest słabiutki. Nic się tam nie dzieje.

piątek, 27 marca 2015

Dzień Teatru

Usłyszałem dziś message p.Warlikowskiego do ludzi teatru. Przypomina o tym, co ważne, że nie chodzi o produkcję spektakli, tylko o zastanowienie się nad światem, mówiąc może bardziej patetycznie. 
Im dłużej się tym zajmuję, tym bardziej chyba chcąc niechcąc zmierzam w tę stronę. Zresztą bardzo bym chciał dalej odkrywać dla siebie rzeczywistość. Wszystko co robię teatralnie jest zbyt płytkie, bo za mało wysiłku temu poświęcam lub napotykam na ścianę granicy własnych umiejętności. Nieświadomie rodzi się we mnie bunt. Chce prowokować. Zmieniać. Mieć wpływ. Podkreślam to wszystko się dzieje trochę poza mną. Obok mnie. Po prostu się dzieje. Nie jest wyborem.
Dziwne są te drive'y. Nigdy bym się tego po sobie nie spodziewał. Usłyszałem, że zmieniłem się. Tak. Diametralnie. W ogóle nie interesuje mnie to, co interesowało mnie dwa lata temu.
Przy spektaklu, który robię z Błażejem zastanawiam się nad własną wiarą w Boga i co z nią robię. Wszyscy się burzą na instytucję kościoła, że niby "z Bogiem można wszędzie obcować", ale w zasadzie Ci którzy tak mówią (w tym ja) gdzie i jak obcujemy z Bogiem? Niezaangażowana miłość nie jest tym uczuciem. Już wiem, że też tak jest w przyjaźni. Mój kontakt z Bogiem jest tylko konceptem, nie realnym działaniem. Przy okazji robienia tego spektaklu może przekonam się co zrobić z tym.  

środa, 25 marca 2015

1. Bitwa Teatralna - podsumowanie


Wszystkie założenia pomysłu się sprawdziły. Pomysł dobrze chwycił, zrobiło się głośno, nawet wśród ludzi, którzy teatrem się nie interesują. Gdzie nie poszedłem ludzie mnie o to pytali. Marketingowo strzał w 10. Zwiększyła nam się diametralnie liczba osób lubiących Studio na fb. 
Cała oprawa wydarzenia też fajnie zafunkcjonowała. Właściwie był to bardzo "ciepły" wieczór. 
Bardzo się obaj denerwowaliśmy, że damy ciała i zagramy słabe spektakle - to byłaby tragedia, ale na szczęście tak się nie stało. 
Popracowaliśmy nad sprawami nad którymi nigdy nie pracowaliśmy. Jak już coś powstanie, to potem nie ma już (może chęci?) zapału, żeby tam dłubać. Ja sobie siedziałem nad nastrojami zdystansowanymi - Charlotte'a i nauczycielka. Łukasz pracował nad frazą i świeżością. 
Dobry to był czas. 
Wygrał Łukasz 7 głosami.
Mówiono mi jak te dwie rzeczy można porównywać? A "niektórzy" (1) mówili, że "po co to?". (Nie można porównywać na serio, zdawaliśmy sobie sprawę od początku).
Otóż, wymyśliłem to z kilku powodów  (o jednym nie będę pisał, bo jest wewnętrzny, ale się udało to zrealizować)  - po pierwsze po to, żeby znowu się zmobilizować do pracy. Do drugie nie zagralibyśmy już tych spektakli w Chojnicach osobno, bo zbyt często były grane. Po trzecie wreszcie, postawienie ludzi w sytuacji wyboru - a tym samym zdania sobie sprawy, co im się podoba i dlaczego, jest kwestią wyrabiania własnego gustu i wrażliwości. Szczególnie dotyczy to tych, którzy raczej są wrażeniowi. Tu trzeba było wyjść z teatru i przemyśleć, co mnie rusza i może dojść do wniosku dlaczego. Może brzmi to patetycznie, ale ja wiem czego chcę od mojego widza - świadomości.
Jeśli chodzi o mnie, zagrałem jeden z lepszych spektakli. Może tylko w Słupsku, Kielcach i raz w Chojnicach było lepiej. Dość głęboko udało mi się znowu wejść do tego mrocznego świata. Do tego stopnia, że w finale poczułem, że jestem sam na sam. 
Jakoś doszło do mnie dobitnie, że żeby to osiągnąć trzeba odrzucić Ego. Absolutnie rozpuścić się w temacie; nie naciskać na widza (podobnie robiłem dzień później w CzytaszTy; można powiedzieć nie grać). Nie być nachalnym. Po prostu robić. Być w nastrojach, wchodzić w nie, a nie je grać. Dla każdego to się wydaje oczywiste, ale to jest umiejętność zagłębić się w coś w ten sposób na serio. Tym razem udało mi się dość głęboko. Wszedłem na początku na fałszu, żeby dalej dać sobie szansę. Uczę się opanowywać tempo, żeby mieć więcej możliwości wykonawczych. Przyjemna była ta świeżość wynikająca z CZYSTEGO INTELEKTU. Z BYCIA INTELEKTUALNIE "W". Nie w ciśnięciu emocji. Już w pierwszej połowie złapało mnie jakieś niespodziewane przeżycie. Ale wiem skąd się wzięło - z poprzednich scen - z tego że te poprzednie na nowo wydarzało się w mojej głowie INTELEKTUALNIE. Przychodzi moment czystej emocji i poddaje się temu. Wtedy to już prawie nic nie muszę robić, tylko podejmować decyzję co z nią zrobić. Jak ją wykorzystać. Zagrałem bardzo dobry spektakl, Łukasz zażartował "i patrz nie wystarczyło". Nie wystarczyło, ale zachciało mi się znowu grać. Choć bardzo dużo mnie kosztuje granie tego.  Ale mógłbym zrobić coś nowego...
Co do Bon Voyage - bardzo dobre połączenie historii Fransua z muzeum. Świeżość w tekście. Scena modlitwa jest autentycznie zabawna (wcześniej formalna). Spektakl ma większą siłę. Poza tym unikanie ustalonej rytmiki, która głównie polega na robieniu pauz w środku frazy.

zdjęcia: Michał Włoch (źródło: chojnice24)

wtorek, 24 marca 2015

bardzo dobry Czytasz Ty Czytam Ja - Mały Książę po raz czwarty

W weekend dwa razy graliśmy "Małego Księcia" i tak jak za pierwszym razem byliśmy sztywni strasznie, teraz wydobyliśmy siłę z opowiadania tej historii. Ma to bardzo ciekawe różne barwy - różne emocje (inne niż w "Porwaniu"). 
To co nareszcie się udało zrobić, to rozluźnić frazę, żeby wydarzała się naturalnie na oczach widzów. Otwiera to nowe możliwości wykonawcze, a brzmi zdecydowanie lepiej niż "czytanie". Jest to kwestia naczytania sobie tekstu. Jeszcze dwa razy bym to wykonał, i znał bym na pamięć. Dużo lepszy jest też dialog. Trzeba pamiętać, że nie można zapieprzać, bo robi się z tego czysta informacja - mało interesująca. 
Bawiłem się jak w wtedy kiedy robiliśmy "Porwanie Prof. Gąbki", choć bałem się, że w tym przypadku to niemożliwe.
Jest to też kwestia PRZYGOTOWANIA. NACZYTANIA porządnego. Wszyscy byliśmy dużo lepsi. Łukasz był rewelacyjny, też mu się fraza rozluźniła. Anthony Hopkins mówi, że czyta tekst 250 razy. Rozumiem dlaczego. Można by takie podejście przejąć. On mówi, aż do momentu kiedy wie dokładnie jaki jest materiał. I wtedy rozszerza się paleta barw do wykonywania.
zdjęcie: Michał Włoch (chojnice24)

piątek, 20 marca 2015

Bitwa pod Chojnicami

Ostatni trailer przed Bitwą. Byliśmy w radiu i było bardzo zabawnie. Wrzucaliśmy sobie trochę.

środa, 18 marca 2015

Doszło.

Dramat i konflikt jest może w innych rejonach niż mi się wydaje. (doszło to do mnie na ostatniej próbie Belfra). Konflikt jest w opozycji kierunków działań. Uczniowie w stronę własnego życia - bez literatury. Belfer - wypełnienia misji i marzeń (wyobrażeń o zawodzie).

W warstwie samego konfliktu trzeba to traktować szerzej - niespełnione ambicje i rozczarowanie (sobą) vs potrzeby XXI, dopasowanie się do wymogów życia.

...dobrze rozkręcają się sceny pojedyncze. Znaleźliśmy trochę łączników. Historia się klei. Scena zabójstwa nie jest tautologicznie oczywista.
Jak nie wiesz, co zrobić. Zajrzyj głębiej w motywy działania. Tam są wszystkie odpowiedzi. (żadnych obrazków)

poniedziałek, 16 marca 2015

Pytania.

po pierwsze: jak sobie radzić z rytmem tekstu - tzn kiedy rytm - melodia jest stała i nic się tam nie dzieje. Do tego nie jest podporządkowana żadnej logice myśli - tzn nie ma szansy na autentyczny proces myślowy - tworzenie na scenie z powodu dominującej melodii niezmiennej.
po drugie: ciągle za mało precyzji w tym wszystkim. Zadbać o ekspozycję przedmiotów - rzucone na ławkę nic nie znaczą, a wygląda to tragicznie.
po trzecie: minimalizm czy maksymalizm? Innymi słowy Miedziewski czy Bielunas?
nie znam odpowiedzi. Może jedyną odpowiedzią jest: po prostu to co działa. Maksymalizm zwiększa/pobudza percepcję widza niezorientowanego. A jednak nadmiar elementów łatwo psuje wydźwięk sceny. Z drugiej strony minimalizm jest ryzykowny w drugą stronę. Jak aktor sobie nie radzi, a przecież zawsze się tak zdarza, to dobrze chociaż dać mu pewne punkty, które będą wspomagały wydźwięki.
kurcze... tyle tego... A ja ciągle nie wiem.
Belfer - robiony a la Bielunas. (tekst prawie wymusza większą inwestycję w obraz)
Diabeł - a la Miedziewski (ale tu sprawność aktora jest faktycznie duża)

piątek, 13 marca 2015

Belfer - po próbie, przed dzisiejszą


Czasami trzeba prościej prowadzić sceny.
Postawiłem zadanie sobie, żeby wypróbować prowadzić sceny w innym czasie - w innym rozłożeniu czasowym niż dotychczas. To znaczy, że żeby trzymało widza, trzeba zadbać o to, żeby psychologia prowadzenia stawiała znak zapytania u widza. W scenach dwójkowych to dobrze działa. W zbiorowych nie.
To co natomiast ciągle mnie zastanawia to układ scen. Zaczynam rozumieć (ale na razie tylko scena mi to podpowiada), dlaczego autor właśnie w tej kolejności opowiada tę historię.
Zastanawiam się też, czy nie nadać innego poczatku (tezy), że ONI (uczniowie) razem z NIM (Belfrem) grają przed nami. To znaczy tak jakby w klasie urządzać teatr - pracować z uczniami nad spektaklem. To nie musiałoby być explicite, ale wystarczyłaby taka sytuacja, że na początku siedzi Belfer tyłem do nas i ogląda, a oni grają. On to przerywa. Łukasz ubrany jak Belfer odgrywa tę postać - na czole ma napis Potwór. I potem volta...
hm...

Belfer - (14) - "Patrycja"

Opis: belfer opisuje serię zdarzeń, które stawiają go wobec widza po którejś ze stron - polaryzując "dobry, zły". Do tego nie można dopuścić, żeby udało się go ocenić.
Ta scena jest kontynuacją tej serii po zabójstwie - (pierwsza - temat na tablicy; druga - konflikt fizyczny z Guillamem; trzecia - rehabilituje go trochę - scena gwałtu na Patrycji). Wszystkie te sceny (chyba) mają uzasadnić dlaczego naprawdę zabił. Są jak sąd (TO DOBRY POMYSŁ) przed widzem. Poszukiwaniem dowodów i sytuacji, które to wszystko usprawiedliwią. Każda ze scen odsłania "horror" skomplikowania. (Belfer odlicza akty i sceny).
Ta scena jest niemożliwością, która się zdarza naprawdę. Czy to możliwe, żeby uczniowie zgwałcili nauczycielkę ot tak? Kontekst szkoły wszystko komplikuje. Patrycja działa na uczniów. Podoba im się. W tej wspólnocie osób, które MUSZĄ ze sobą przebywać. Nie są dla siebie anonimowi. Wchodzą emocje i motywy wynikające ze stosunku nauczycieli do uczniów. A może nawet ktoś głupi jak but może zgwałcić z miłości.  

Rozwiązanie: sabat czarownic - uczennice zasłaniają nauczycielkę i skandują. Wchodzi chłopak. Scena ma formę rytuału. Chłopak wypełnia "tylko" wolę większości. Jest w tym coś okropnie okrutnego, tzn w tym wyuzdaniu i seksualnym rozpasaniu. A jednak jest to część życia. I to istotna część. Wychowywani na filmach porno. Z dostępem na wyciągnięcie ręki do materiałów pornograficznych. Czy to ma wpływ?  
finał: dziewczyna podchodzi do nauczycielki i podaje jej agrafkę.

Belfer - (13) - "Chłopak o zawodzie"

Opis: do klasy wchodzi Guiallame. "zatęsknił" za swoją dziewczyną. Ona na pstryk do niego wraca. Powodem jest to, że ze "staruchem" nie może być widziana. To zniszczyłoby jej reputację. 
W każdym razie on już od jakiegoś czasu - "na czarną godzinę" - trzyma prowokacyjną rozmowę, którą może się zemścić na Belfrze. To idealny moment. Całość (temat rozmowy) jest tylko prowokacją, żeby Belfer się złamał i przekroczył jakąś granicę między nimi. Dochodzi do tego. Uczeń dostaje w twarz. W tym języku to konfrontacja mężczyzn. Guillame okazuje się być facetem silniejszym (i mądrzejszym) niż się spodziewaliśmy. Nie oddaje. Zostawia to w takim napięciu. Wie, że wygrał.

Rozwiązanie: jest takie jak opis. Bazuje na psychologii tego konfliktu. Na zmniejszaniu dystansu psychologicznego. Na konfrontacji. (Napięcia są z poprzedniej sceny).

Nastrój: tekst zabawny, ale stopniowo przechodzi w serio. Z silną puentą bazującą na ciekawości reakcji tego młodszego.

Belfer - (12) - "Genevieve"

Opis: scena opisuje "zaloty" uczennicy do nauczyciela, a może on tylko mylnie to interpretuje. W każdym razie ona "spowiada" mu się, że ją rzucił chłopak. Pyta się go co on o niej myśli. Fizycznie. Najwyraźniej jego opinia coś dla niego znaczy. Nauczyciel w tym przypadku jest kimś... starszym, a więc potencjalnie ma wiedzę. Do tego dochodzi zawód nauczyciela, który w tym przypadku stanowi autorytet w sprawie "wiedzy".
Ta sytuacja pewnie ma miejsce za zamkniętymi drzwiami. Może towarzyszy temu atmosfera podniecenia (zakazany owoc). 

Rozwiązanie: ona tańczy zbliżając się do niego (jest to kontynuacja sceny poprzedniej), ale patrzy na widza. Prowokacja w ciele. Na to wchodzi ten chłopak, który to ją rzucił. Rzuca nożem. I ona już jest jego. Nie dajemy jednoznacznie do zrozumienia czy jego to kręci. Niech wyobraźnia pogalopuje w którąś ze stron.

Nastrój: Prowokacyjny (dzieje się na widza; jakby to on miał się temu oprzeć)

czwartek, 12 marca 2015

Belfer - (10) - "Córka i pytanie "jak"

Opis: tego nie ma w tekście, ale muszę wprowadzić enigmatyczną postać córki, żeby wyjaśniło się potem kto to był i dlaczego ona podjęła taką decyzję. Pojawia się scena z jego snu - stoi jego córka mała na śniegu zimą. I pyta "dlaczego" jakby to się działa we śnie. (na muzie).
On reaguje jak we śnie... "nie dlaczego ale jak?" "Jak pan mógł tak długo chodzić w skórze belfra".

Rozwiązanie:
W drugim planie otwierają się zastawki; pomiędzy nimi znajduje się córka. Niebieski klimat. Zima. Coś delikatnego. Może śnieg? Może wiatrak, żeby jej włosy powiewały? Coś co zapowiada rodzaj postaci.

środa, 11 marca 2015

Belfer - (9) - "W ministerstwie nikt się nie śmiał"

Opis: po zabójstwie poszedł do wiezienia. Podczas procesu zrobiono z niego potwora - jak to zwykle bywa - operując faktami bez zagłębiania się w szczegóły jego powodów. Zresztą czy to jest powód? Albo jaki jest powód.. powinno brzmieć pytanie. Zabił, bo nie umiał być dobry; nie spełnił własnych oczekiwań wobec siebie. Nie stał się mentorem młodzieży. Różnica była zbyt duża. A on nie umiał odpuścić pewnych spraw. To u niego. Do tego wszystko co się wydarzało wokół nie pomagało tylko upewniało go, że to wszystko nie ma sensu.
W jakimś sensie wypowiedział się (strzelając) w imieniu wszystkich tych, którzy sobie nie radzili. Jest to akt tchórzostwa. I jest to akt odwagi.
Dla niego jest to uwolnienie. Moment radości. Wolności. Jakby się zwyciężyło w swojej sprawie. Rodzaj samobójstwa, które uwalnia od dalszych problemów... te opozycje w opisie świetnie byłoby uchwycić.

Rozwiązanie:
Leci marsylianka. On dostaje głupawki. smieje się. cieszy. Jakby opowiadał dowcip.

wtorek, 10 marca 2015

Druga część Bitwy.

Udał się.

Belfer - (8) - "to musiało trzasnąć"

Opis: decyzję prawdopodobnie podjął rano, bo jakoś rano ma "przemyślenia". Albo decyzja była raczej pomysłem (niewinnie podsuniętym zresztą przez innych nauczycieli). Wchodzi do klasy stawia teczkę i czeka na nich. Mijają minuty. Był dzwonek. Nikogo oczywiście nie ma. Powiedzmy, że to ich gwóźdź do trumny. Oni wchodzą "we własnych" nastrojach. Patrzą na Belfra i już widzą niewidzialną zmianę. Po raz pierwszy uczniowie i belfer porozumiewają się doskonale wyczuwając napięcie. 
On wyjmuje pistolet. 
Widzą to. 
Robi się popłoch. Uczeń próbuje go powstrzymać. Pierwszy dostaję kulkę. Potem już po kolei. Jak leci... zimno. chłodno. Jedna z nich pyta się go "dlaczego". On zastanawia się nad odpowiedzią. I dobija ją strzałem. 

Rozwiązanie: jest właściwie w opisie. Można zastanowić się nad obecnością popłochu - konfliktem podczas walki o broń i pierwszą śmiercią. tzn czy to konieczne. Ale to już scena sama podejmie decyzję. 

Nastrój: SERIO - scena dramaturgicznie najważniejsza. Fabularnie również - od początku spektaklu musi w tym momencie się wyjaśnić dlaczego mówił o 17 lutego.

poniedziałek, 9 marca 2015

Bernstein

https://www.youtube.com/watch?v=50WIs0Rbm9Q

Belfer - (6) (7) - "Raymond - kolega", "Inni nauczyciele"

Opis:  (6) (7) Koledzy z pracy odznaczają się różnym stosunkiem do uczenia. Są tacy, którzy zastraszają, którzy rozpieszczają, chcą być kumplami, nie lubią młodzieży, nie wierzą w młodzież, interesuje ich tylko to czy uczeń się uczy, interesuje ich wszystko inne poza tym czy uczeń się uczy, chcieliby mieć spokój i nic nie robią, są pracoholikami, organizują wycieczki i tym żyją...
Ten kolega jest inny od Belfra - wuefista - który znalazł sposób na lekcje - rozpoznawalny przez nas w naszym społeczeństwie - daje piłkę i niech się dzieci bawią. Nie ma w tym edukacji, ale potrafi też nawrzeszczeć na ucznia jak trzeba. Religia - jak wy mi nie wchodzicie w drogę, to jest spoko, ale jak się stawiacie, to ja też potrafię być wściekły. Wf nie jest przedmiotem maturalnym, często traktowany niepoważnie przez nauczycieli, ale też przez uczniów - ci ostatni przynoszą usprawiedliwienia, nie mają stroju, mają niekończący się okres, załatwiają lewe zwolnienia od lekarzy. Taki oto jest stan rzeczy. 

Rozwiązanie: 
- (6) - Wpada Raymond z piłką; przekazuje swoją filozofię - w tym czasie rzuca piłkę i w tle "zwierzęta" udają że umieją grać. Zbudować to na rytmach - że jeden - Łukasz ma piłkę i rzuca w inne, a te w popłochu uciekają. Wf ma gwizdek i nim zmienia rytmy (albo dyscypliny).

- (7) - Ekspozycja nauczycieli na dwóch płaszczyznach - pierwsza (ciałem do widza) - nauczyciel, który jest sfrustrowany - ma tiki, nie radzi sobie; druga (ciałem do widza) - nauczyciel, który jest szczęśliwy PO pracy. Wychodzą jeden po drugim w trybie ekspozycyjnym. Za drugim razem stają w rzędzie razem z Belfrem (pierwsza Kamila, obok niej Belfer, i reszta). Klaudia P. mówi "co by było gdyby nauczycielom dać broń do ręki". Wszyscy się śmieją. Nagle milkną. Schodzą. (cięcie musi być ostre i dokładne). Fakt ich stania w rzędzie z Belfrem ładnie stanowi podbudowę do sceny zabicia.  

Nastrój: zabawny (6), prawie kabaretowy - mocno przerysowany (7) z mocnym cięciem na końcu

niedziela, 8 marca 2015

Belfer - (5) - "dyrektorka"

Opis: Przykład idzie z góry... ta wytarta mocno już fraza tu chyba nieźle się sprawdza. Dyrektorka jest postępowa - wydaje jej się, że działa w dobrej sprawie - "rozumie" współczesną młodzież i wymogi XXI wieku. Konflikt jest oczywisty. W belfrze następuje coraz większa deziluzja. To musiał być szok dla tego nauczyciela. Spotykają się dwa poglądy - sztuka przez duże Sz, umiłowanie literatury kontra pogląd na życie bliższy "potoczności".

Rozwiązanie: w gabinecie dyrektorki, który (hihi) robimy wprowadzając godło (na tle francuskiej flagi) trzymane przez inną aktorkę i paprotkę (trzymaną przez inną), dyrektorka podleje swoją paprotkę (hihi); i fotel dla siebie biurowy. Tu aktorstwo musi to obronić - dyrektorkę trzeba degradować, ale zaraz bronić. Ona musi przekonywać w miły sposób do swoich racji. Intencja: Przekonywać, ale racjonalizować. Finał: trzeba uczyć - na wzruszeniu. Wtedy konflikt będzie silny. 

Finał sceny: Nicka stoi na scenie zszokowana; belfer odbiera jej atrybuty (marynarkę).

Belfer - (4) - "Pierwszy dzień w szkole"

(zmieniam kolejność - to znaczy, że po scenie Gardona i przejęciu przez Belfra atrybutów Gardona będzie scena, która (deziluzja) stawia pierwszy problem na drodze Belfra)

Opis: bardzo dobrze to pamiętam, ten stan podniecenia i jakiejś radości z tego, że się będzie miało kontakt z młodymi (jak mój autorytet); że będę miał szansę jak on. W moim przypadku nie poszło to w pierwszym roku w nic dobrego - byłem kumplem uczniów, dobrym, miłym, nauka nie była wymagana. Stracony rok dla tych uczniów. Tu - w tej scenie - młody belfer - dostaje uczniów od poprzedniego nauczyciela, który już się wypalił. Jego stosunek jest dokładnie taki jak belfra ze sceny (1) pierwszej - skonfliktowany. Zastajemy ich (w tekście) jedzących zupę. Młody wypytuje z ciekawością (i naiwnością dziecka) co też ten Stary zrobił z uczniami. Tamten nie chętnie mu odpowiada.
Problematyczna jest sama scena - jedzenia zupy. Brakuje tam jakiegoś ognia... lub rytmu psychologicznego. Widzę takie opcje:

Rozwiązanie:
Nicka dostaje marynarkę Belfra, wychodzi Paulina (Stara) zaczytana w piśmie o gotowaniu - niewidzimy jej twarzy; jedzą zupę; twarz odsłania się po którymś pytaniu Młodego.

a) rozłożyć scenę w czasie - jedzą, stukają łyżkami o talerze, młody wypytuje starego, ten każe mu jeść (rytm jedzenia, ale nastawiony na chęć przerwania jędzenia i dalszego wypytywania; rytmicznie to narasta, aż...) bo będzie zimne ochładzając zapał Młodego, ale ten nie wytrzymuje i zadaje kolejne pytanie, aż do momentu pytania, podczas którego Młody zdał sobie sprawę (dojrzał) z różnicy między nimi. (Ale może jeszcze się nie poddał; machnął ręką, że to niemożliwe - dobre wejście w scenę z dyrektorką)

b) jedzą, jedzą, ten Młody obskakuje starego, aż przypadkowo wylewa na niego zupę. I ten niby to ze zdenerwowania "wyleje" żale. Tak pewnie ludzie działają - wystarczy drobna sprawa, żeby wylać więcej z siebie niż to potrzebne.


Nastrój: SERIO; podejście Nicki na grotesce - naiwności
ISTOTNY FINAŁ: Nie dać Młodej się przejąć za bardzo tą sceną. Niech narasta w niej niepokój. 

{TAK SOBIE TERAZ POMYŚLAŁEM - ŻE UCZNIOWIE MOŻE PODCZAS SPEKTAKLU UCZĄ SIĘ OD BELFRA JAK TO JEST NIM BYĆ>>> to mógłby być dobry motyw do wykorzystania na końcu... wziąć Vi, żeby zaczęła uczyć... i urwać to jakoś... hm... }

ALBO: połączyć oba te pomysły.

czwartek, 5 marca 2015

Dokonania Mroku - a rak chodzi wspak - AKTUALIZACJA

Przepraszam moich znajomych za to, że mają rację i nigdy nie należy się zniżać do pewnego poziomu.
To miejsce jest zapisem mojej drogi teatralnej odkryć wydarzeń, żeby nie zapomnieć, a nie po to, żeby wylewać żale jaki ten świat potrafi być. Poraża mnie jednak język pełen nienawiści. Chyba się tego boję. Jestem częścią mojego społeczeństwa i po prostu nie wytrzymałem jak przeczytałem ten wpis o spiskach na Dokonaniach Roku. Przepraszam. Coś we mnie pękło. 
Z drugiej strony - dziękuję znajomym (R.) za uprzytomnienie mi, że reakcja na podobne bzdury tylko zagrzewa do boju i daje sens istnienia. Może nawet usprawiedliwia środki. 
A jednak świat jest skonstruowany z różnych elementów i musi następować równowaga. Zapomniałem o tym prostym fakcie (choć właśnie na ten temat robię obecnie spektakl). 
Już tego błędu nie popełnię. 
Ostatnia uwaga ... trzeba mieć dużo tupetu, żeby zrobić marsz upamiętniający żołnierzy i wykrzykiwać takie hasła. Ktoś kto ma na niego dobry wpływ mógłby mu uprzytomnić, że to jest poniżej poziomu inteligentnego człowieka.
Wracam do swojego teatru. Na tym się znam najlepiej.
Dziekuję za reakcje przyjaciół! Wszystko to prawda.

środa, 4 marca 2015

Bedziemy się lali po mordach...


...na wzór "i Ty mozesz zostać Hejtem" - popularny w naszym mieście.

Belfer - (2) (3) - "przeszłość"

Opis: Belfer w kontraście do sceny współczesnej (1) przypomina jak to było z nim. Darzy te wspomnienia ogromnym sentymentem przeinaczając te wspomnienia - mówi, że klasa nawet nie piśnie, ale to tylko on tak sobie wyobrażał ten moment. To on był pod wrażeniem - to jego życie się zmieniło. Można powiedzieć, że miał szczęście, że trafił na taką osobę, dzięki której jego przyszłość nabrała wyraźnego kształtu. Jak ważne są takie spotkania. Jak determinują przyszłość. Szczególnie to widać wśród aktorów amatorów. Jak się wkręcają i już chcą to robić do końca życia (choć świat amatorski jest inny niż zawodowy). Ja miałem takiego nauczyciela - nie wiedząc co będę robił w życiu nagle sobie zdałem sprawę, że "i ja chcę być mentorem spragnionej wiedzy młodzieży".
Wyrzuciłem scenę z ojcem - z dwóch powodów - technicznego - nie mam innego faceta i faktycznego/treściowego - niczego to nie wnosi. Na papierze daje jakiś rodzaj ocieplenia belfra, ale podobnie jest ze sceną Gardona - pierwszego nauczyciela.
Ten świat w jego pamięci był inny - szlachetniejszy, ma znamiona teatru (wpływ pamięci upiększającej ten moment).

Rozwiązanie: On zdejmuje marynarkę; nadaje charakter postaci Łukaszowi; zdjęcie marynarki powoduje, że nagle wszyscy uczniowie wyglądają tak samo. Belfer siedzi przy ławce/krześle i stopniowo daje się wkręcić w świat literatury/teatru. Ostatecznie staje na krześle (jeśli nie będzie za bardzo przypominało Stowarzyszenia Umarłych Poetów, a właściwie dlaczego nie?).

nastrój sceny: serio/wzruszający






Zbliża się...

21 marca (niedziela) o godz. 18.00 w Chojnickim Domu Kultury

wtorek, 3 marca 2015

Belfer - (1) - "konflikt z uczniami"


Opis:
konflikt nie polega na tym, że "uczniowie to zwierzęta" jak proponuje tekst. Trzeba to zdanie przenieść w rzeczywistość - dwóch spolaryzowanych biegunów. Jeśli już to występuje na poziomie "stare - nowe" lub "rzeczywistość x" (to jest człowiek, który żył w innej epoce gdzie książka miała inny wymiar; nie było dostępu do "wszystkiego", a w tv było kilka kanałów. O seksie nie mówiło sie wprost) kontra "generation Y" (ludzie, którzy żyją "w kolorze", różnorodności, demokracji, mający dostęp do zdobyczy cywilizacyjnych; mają dostęp do wszystkiego na odległość własnej komórki; opisuje ich rzeczywistość, która na wiele pozwala; zewsząd otacza ich szybko zmieniający się świat). Do tego najważniejsze: są MŁODZI - lepiej adaptują się do rzeczywistości tu i teraz. Chłoną świat. Może Łatwiej im do wszystkiego dotrzeć, więc paradoksalnie nie chce im się docierać, bo to "zbyt łatwe". Życie u nich wydarza się naprawdę - miłość, kontakt, konflikt, wychowanie, zdobywanie, odkrywanie - a nie w literaturze - w fikcji.
Reasumując na pewno konflikt nie polega na tym, że Belfer jest dobry, a uczniowie źli. Po prostu spotykają się dwa światy, którego miejscem spotkania jest Szkoła. Czy ten który się nie uczy, to zły uczeń? Skazany na porażkę? Nie. Historia podaje wystarczającą ilość przykładów ludzi, którzy odnieśli sukces "pomimo szkoły". Czy w ogóle odniesienie sukcesu jest istotne? Też nie. Każdy z nich będzie miał życie. Pracę. Będzie starał się przetrwać. Czy szkoła coś z tym może zrobić? Jeśli będzie umiała zachęcić, pokazać możliwe drogi, zamiast jedynie "kastrować" nieuków. A do tego potrzebni są ludzie, którzy mają wiedzę? Tak, ale nie tylko. Którzy potrafią rozmawiać z młodymi. Czy to znaczy zniżać się do poziomu dojrzałości nastolatka? Nie. Mieć pasję i zarażać nią. On ma literaturę, ale nie umie tego przekomunikować. Zbyt wiele się najwyraźniej wydarza wokół, żeby uwierzył, że inni mogą to pokochać. (WYCHOWYWAĆ)

Miejsce:
klasa (dzwonek rozpoczynający lekcje; układ krzeseł przypominający rodzaj matematyki - organizacji przestrzeni)

Cel nadrzędny:
pokazać stosunek Belfra (negatywnie oceniający), ale uczniów przedstawiać jedynie grających w tę grę - rodzaj PRÓBY SIŁ. (wyważać oceny, których dokonuje widz; ani w jedną, ani w drugą stronę)

Sceny:
- "Opis klasy" (ubrani tak różnorodnie jak sie teraz ogląda uczniów; może zasugerować chęć podobania się (mają ubrane ciuchy jak z żurnala); subkultury (Kam i Łuk metalowcy; panienki; kujon; "tipsiary"; "modelki" (XXI wiek z jego możliwościami; Belfer - garnitur stary za duży)
Belfer przechodzi się po klasie - co widzi:
Łukasz i Kamila - ona rzuca nożem; ona przynosi mu go; (rytm i uruchomienie)
Uczeń - je na lekcji - coraz to nowe rzeczy.
Uczeń - komórka - nagrywać filmiki; lub dać nauczycielowi zabrać sobie komórkę i mieć następną (groteska)
Uczeń - malować paznokcie na różne kolory
Uczeń i Uczeń - przekazywać sobie liściki z jednej strony klasy na drugą (rytm; uruchomienie)
Nicka - czyta Moliera, ale ma tam świerszczyka

- "Bóbr" - PROWOKACJA - PRÓBA SIŁ - zachęcona przez innych uczniów uczennica przekracza granicę przyzwoitości w rozmowie pomiędzy belfrem a uczniami i sprawdzają belfra jak to przyjmie i co zrobi. Belfer wychodzi z tego konfliktu zwycięsko. Prawdopodobnie nauczony doświadczeniem.
ROZWIĄZANIE: nabiera odwagi; staje; ona zdejmuje majtki; on wyciąga krem do golenia; ona się peszy i majtkami spuszczonymi przesuwa krzesło do tyłu i siada (dystans).


-  "Lekcja" -belfer już się poddał; gada po to, żeby czas mijał; we własnym świecie; udaje mu się do dzwonka postawić jedno (nic nie znaczące dla nich pytanie) i uzyskać odpowiedź. Bez sensu. A lekcja minęła. "Co to znaczy być nauczycielem literatury?"  (wypełnić to wariacjami na temat co oni w tym czasie robią; jak rozwija się akcja między nimi - tak to zrobić, że to dużo ciekawsze niż ta "lekcja"; finał: dzwonek - dokańcza zdanie - oni wychodzą - Nicka się MŚCI za "majtki" wychodząc "Literatura przyjemnością? Takiego wała".


 

The Actor's Studio - Dustin Hoffman

Z powodu choroby uziemiony w domu oglądałem The Actor's Studio. Potocznie przyjęło się, że grupa aktorska nie należy do najbardziej lotnych intelektualnie, ale Ci najwięksi są tak cholernie mądrzy. Wspaniale opowiadają. Mądrze mówią o samym zawodzie i o tym, co jest najistotniejsze. Charakteryzują się tym (a może po prostu zwróciłem na to szczególną uwagę), że ogromną wagę przykładają do przygotowań do roli. Obudowują swoją rolę wiedzą. Szukają postaci. Racjonalnie wykoncypowują jaka ta postać powinna być, a z drugiej strony...  (padają tak interesujące komentarze...) Dustin Hoffman mówi o tym, żeby szukać rozwiązań absolutnie nietypowych. Pozornie nieracjonalnych. I mówi, w niesamowicie emocjonalny sposób, żeby dać sobie szansę ponieść porażkę. Nad tym się muszę zatrzymać.
Obietnica wobec siebie: nie będę marnował energii na projekty, które niczego nowego nam nie przyniosą. Trzeba jeszcze większe ryzyko podejmować. Świadomie i odpowiedzialnie.  Nie bojąc się, że nie wyjdzie. (Nie myślę tu tylko o sobie).

niedziela, 1 marca 2015

dokonania. zdjęcie

"Dokonania" od 2004 roku - rozpoczęcie istnienia Studia do 2014 roku. Statuetka za Imprezę Roku - Jubileusz X-lecia.