czwartek, 28 lipca 2016

Terror w próbach

Wczorajsza próba wieczorna: 
- ustawiliśmy rytmy (jeszcze trzeba to wyczyścić) i sensy (wszystko obraca się wokół "dziwnej" zależności pomiędzy bohaterami. Strategie dwie: kłamstwo - realizowane w grotesce, i prawda - przez realizm i minimalizm. Strategia prowadzenia całości: 1. Biały kontra pasażer 2. Czarny kontra 3. Obaj 4. Pasażer reaguje jak widz - jest jego zwierciadłem. Dramaturgicznie zagęszcza się. 
- pytanie: postaciowanie. Już wiem, że to będzie trudne, ale warte tego, bo to dodatkowa umiejętność dla nas. Poza tym mocniejsze będą zmiany pomiędzy aktami. Pracy nad postaciowaniem - żeby nie dominowała forma i żeby trzymać założenia - będzie sporo, ale najpierw ustawimy pierwszy akt. 
To się uda. Teatralne rozwiązania, których nie ma w tekście dają temu trochę powietrza. 

wtorek, 26 lipca 2016

okrucieństwo (wojna)

Prawdopodobnie okrucieństwo jest w najmniejszych gestach jak w przypadku "Terroryzmu", nad którym pracuje. "Trzeba robić małe rzeczy, takie jak ty robisz". To zdanie, ostatnie doświadczenia z prof. Gajewskim i myśli prowadzą mnie same (!) do efektu scenicznego. Efektu... to słowo tu zupełnie nie pasuje... a jednak o to chodzi w ostatecznym rozrachunku, żeby się "podobało", a przy okazji nagnę się do własnych dywagacji.
Obok terroryzmu pracuję na tekście o wojnie w Wietnamie. Miał to być monodram, ale wpadłem na chyba tak dobry pomysł, że nie odpuszczę już tego. Czym jest okrucieństwo i czy to kogoś może dotknąć w XXI wieku, gdzie naoglądaliśmy się tylu obrazów... strasznych...
Jak patrzę na to zdjęcie, to jestem tam w środku. Przed tymi dziećmi; czasami śnią mi się podobne obrazy. Wyobrażam sobie ten krzyk i chaos. Z myślą o tym konstruuje te rzecz.
Powiedzmy, że jest wojna. Po czyjej stronie stanę? I kto ma rację? I do czego mógłbym się posunąć? Jak patrzę na miniśrodowisko jak ludzie potrafią się znęcać anonimowo nad innymi w internecie, to co by było gdyby dać im większą władzę? Władzę decydowania. Zresztą internet to najmniejszy problem, choć pewnie dobrze oddaje charakter tych, co innych obrażają bez skrupułów. (Jakoś mnie fascynuje najwyraźniej ta niewidoczna ręka; chciałbym znać motywację tych ludzi). MAŁE rzeczy... to wszystko się kumuluje w człowieku i tworzy nas... nie WIELKIE decyzje... MAŁE rzeczy...
Kluczem do mojej interpretacji i konstrukcji spektaklu jest "poczucie przynależności" narodowej. STANIE po tej, a nie innej stronie. Szacunek do tych, a nie innych ludzi. Hołdowanie tym, a nie innym symbolom.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Monthy Python and the Holy Grail - zaległości

Prawdopodobnie to szydera z własnego narodu, jeśli koniecznie trzeba przypisywać temu znaczenie. Dla mnie to przede wszystkim pobudza wyobraźnię. 
Zrobienie tego filmu musiało być niezłą zabawą dla nich. Wyobrażam sobie proces tworzenia. Dość dowolny i otwarty. Mogę się mylić, bo nie znam prawdziwego powodu, ale myślę sobie, że to taka produkcja, która miała dać dużo zabawy aktorom, a wyszło, że wszyscy świetnie się bawią. 
Czy jest coś w kinematografii na podobnym poziomie absurdu?  Ja nie znam. 
Fragment o pytaniach, żeby przejść przez most jest świetny. Reakcja "Lancelota" kiedy tamten pozwolił mu przejść bezcenna. 
Warto to zobaczyć jako coś diametralnie innego. 

środa, 20 lipca 2016

Casablanca

Oglądałem ten film będąc chłopcem i niewiele z niego pamiętałem. Sebastian Ryś przypomina ten film i okoliczności jego powstania w spektaklu "Zupa Rybna w Odessie". Film powstał w 1942 roku. O ile mnie pamięć nie myli (ale tu słyszałem wersję inną z "lepszych" uszu) w spektaklu Ryś mówi, jak można było nagrać taki film podczas gdy ludzie ginęli w obozach koncentracyjnych.
Jak się nad tym zastanowić to faktycznie... jakby to powiedzieć... bardzo hollywoodzka produkcja (Humphrey Bogart, Ingrid Bergmann), ale opowiada w gruncie rzeczy bardzo patriotyczną historię "ku pokrzepieniu serc". Bohater - cynik na zewnątrz (wewnątrz romantyk zniszczony rozłąką) dochodzi do postawy iście patriotycznej w finale. Zresztą scena finalna jest masakrycznie świetna (zwroty akcji). Genialnie wygrany jest kontrast między szefem policji, a głównym bohaterem.
Każdemu poleciłbym obejrzenie tego filmu. Szczególnie teraz kiedy mamy pewną perspektywę historyczną. Nie oburza mnie to, że taki film został nakręcony. Każdy "walczył" na swój sposób. Przypomina mi to dwie książki "dywizjon 303" (który jest przesadzoną apoteozą dywizjonu - przesadzoną w sensie kwiecistych opisów i porównań, ale też napisaną "ku pokrzepieniu") i znacznie poważniejszy i mnie personalnie bardziej dotykający "L jak Lucy" Meissnera, który jest bliższy dramatowi tamtych czasów. Bliżej człowieka z dylematem śmierci (fragment kiedy patrzą na spalone miasto).

casablanca - final scene

poniedziałek, 18 lipca 2016

nadrabianie zaległości - Gran Torino


Zacząłem oglądać filmy (myśląc o egzaminie). Nadrabiam zaległości. Ostatnio trafiłem na Gran Torino w reżyserii Clinta Eastwooda. Rozpoznaje jego tendencje reżyserskie. Zawsze podejmuje się zaskakujących historii gdzie nigdy nie opowiada o pozornie głównym temacie tylko łamie go przez zaskoczenie. 
I tak w Gran Torino "polaczek" o wymownym nazwisku Kowalski (wymownym w sensie postrzegania Polaków) jest ksenofobem, weteranem wojny w Wietnamie. I nagle życie konfrontuje go z własnymi przekonaniami. Staje przed dylematem dotyczącym jego własnych ludzkich odruchów. 
Siłą filmu jest pilnowanie się balansu, żeby nie poszło w kicz, i żeby nie opowiadać widzowi o rzeczach, o których on doskonale wie. Nie ma oczywistych dopowiedzeń, ani wymuszania emocji. Sporo tam zaskoczeń i bardzo sprytnych zwrotów akcji (w sensie zmiany napięć dramaturgicznych). 
Do tego dochodzi mistrzowska kreacja Eastwood'a. Co to za doskonały aktor. Nigdy nie za dużo, a jednak bardzo wyraziście "trzyma" postać. Jest tam taka scena w samochodzie gdzie młoda aktorka dialoguje z Kowalskim i tam najlepiej widać jaka jest różnica poziomów w aktorstwie. Myślę, że dziewczyna nie jest zła (też trzyma się linii postaci) tylko to aktorstwo w porównaniu do Clinta jest kontrastywnie gorsze. Dlaczego? Chyba dlatego, że on nie dopowiada niczego dialogując, a ona gra "atrakcyjniej" i tym samym nie wchodzimy w jej głowę - jej myśli są podane w formie. U niego przy każdym zdaniu chce się zrozumieć, co on myśli. Co jest pod słowami. Podobnie w scenie finalnej. Tam się tyle dzieje, ale to nasza głowa dopowiada jego stan. 
W teatrze to też jest możliwe - granie Łukasza w Warszawie "Bądź ze mną" gdzie Łukasz zostawiał widzowi interpretacje swojego stanu (nie wiedząc o tym; raczej był, niż grał). Jest to sto razy mocniejsze niż narzucanie się. (w tym sensie myślę, że scena z matką w Bon Voyage - często narzuca przeżywanie bohatera widzowi i odsłania cały przebieg przeżyć).   

nie żyje Marian Kociniak

to jeden z pierwszych zachwytów moich teatralnych.

piątek, 15 lipca 2016

Pszoniak i rola

Całość rozmowy: e-teatr
To mnie zainteresowało najbardziej...

Sztuka aktorska
Kocham to, co robię. "Kocham", to może nie jest dobre słowo, bo wygląda na wypowiedź egzaltowanego człowieka, a ja na pewno nie jestem egzaltowany. Może raczej powiem, że sztuka aktorska mnie fascynuje. Im dłużej jestem aktorem, tym więcej mam pytań. I uważam, że jest to jedna z najpiękniejszych sztuk. Dlatego że dotyczy bezpośrednio człowieka. Nie potrzebuję pióra, pędzla, dłuta, tylko potrzebuję spojrzenia. Fascynuje mnie, że może człowiek stać obok drugiego człowieka i nic nie mówić, a tak wiele są sobie w stanie "powiedzieć". Ktoś drugi mógłby napisać pięć tomów - i na pewno I nie przekaże tego wszystkiego, co spojrzeniem przekaże człowiek człowiekowi. Oczywiście, mówię o sztuce aktorskiej. Podkreślam, bo mamy dużą liczbę tzw. aktorów usługowych, użytkowych. To jest inna dziedzina. Nie chodzi o to, że gorsza, czy lepsza - po prostu inna. Jest malarz, który maluje obrazy, i taki, który maluje ściany. Podobnie nie każdy, kto występuje na ekranie czy na scenie, jest artystą... To, że ktoś jest popularny, jeszcze nic nie znaczy. Znam wielkich muzyków, odtwórców np. muzyki kameralnej, o których nikt nie wie, jak się nazywają. A oni są artystami. Dziś w tym naszym świecie ludzie mylą popularnego aktora z twórczym aktorem. A jest sztuka aktorska twórcza i jest sztuka użytkowa - ta usługowa. Sztuka aktorska nie jest naśladowaniem, nie można zagrać kogoś drugiego. Kogoś drugiego można sparodiować, można go skopiować, ale nie można zagrać. Można grać tylko siebie. Dlatego przywiązuję wagę do rozwoju moich studentów. Wrażliwość się ćwiczy. i Nad tym się pracuje. Mówiąc najprościej, każda moja rola powstaje ze mnie, z czegoś, co w sobie odnajduję. Tej zasady chcę ich nauczyć. Nie przyjmowałem nigdy ról dla pieniędzy, ale przyjmowałem zawsze role, które mnie rozwijały. Ja coś z siebie daję, ale i rola, Robespierre czy Korczak, też mnie uczy. To jest wymiana. Mnie fascynuje sztuka aktorska z tego punktu widzenia, niesamowita jest taka wymiana. Nie gra się "rasy", nie gra się "zawodu", gra się człowieka - a co w człowieku? Przecież nie gest? Każdy pije, każdy się złości, każdy kocha, pewnego dnia chce "zabić" własną żonę... Każdy ma to w sobie. Aktor ma to odtwarzać? Aktor jest, przynajmniej w moim pojęciu, czymś i innym. Aktorzy często zamiast grać sens, grają skutek. Niezależnie od tego, czy to jest dramat, czy komedia, czy to jest Żyd, czy Arab, czy to jest stolarz, czy chirurg, tego się nie gra. Tym się aktor nie powinien zajmować. A czym się powinien zająć? Tym, o co chodzi w tym człowieku. W "Austerii" np. nie chciałem grać Żyda. Pejsy grają za mnie. Ubiór gra. A ja gram człowieka, który jest zafascynowany. Oczywiście, bywa różnie. Prowadzę zajęcia ze studentami, ja ich nie uczę zawodu, tego uczą ich moi koledzy, ja ich wprowadzam w świat pewnej wrażliwości, różnymi to sposobami robię, w każdym razie powiedziałem im, że jak coś jest niejasnego, to po zajęciach chętnie czekam na pytania i problemy, mówcie, czego nie rozumiecie, z czym się nie zgadzacie. Jest przerwa, podchodzi student, panie i profesorze, czy będę mógł po zajęciach zadać panu pytanie? No naturalnie, wewnętrznie już się cieszę, dobrze jest, wrażliwi studenci... Po zajęciach rzeczywiście podchodzi i pyta: panie profesorze, gdzie pan kupił tę koszulę? Bo pan ma bardzo ładne koszule, a ja też lubię koszule... Odpowiedziałem, że nie pamiętam. I pomyślałem, że tak właśnie nieraz wygląda relacja pedagoga z wrażliwym studentem. To tylko fragmenty spotkania.»

wtorek, 12 lipca 2016

przed przeprowadzką...

nasze małe miejsce, gdzie odbywały się próby indywidualne, czasami próby zbiorowe, rozmowy, pomysły... Przez 7 lat (pierwsze 4 lata Studio spędziło bez swojego miejsca w II LO) każdy rocznik zostawiał coś po sobie na ścianach... czasami teksty przez lata wchodziły w dialog. Na pewno tworzyło to atmosferę tego miejsca.