poniedziałek, 30 września 2013

ANIME, festiwal prapremier i to co mnie omija a nie powinno...

mam dużo pozytywu. i chęci pojeżdżenia i pooglądania.
to co poza mna odnajdę gdzie mnie nie ma. proste.... nas nie ma.
www.animofestival.pl/index.php?menu=animo&page=6

V E R S U S w Zninie

Słaby spektakl od strony wykonania, ale też bez porządnej próby. Muzykę zapomniałem i nad ranem Tomasz Pepłiński mi przesyłał mailem. i konwertował. Gdyby on tego nie miał, nie dalibyśmy rady.  pięć minut przed spektaklem maiłem dopiero muzykę. czyli próba o 2 nad ranem była na sucho. (i tak udało się cos poprawić). Spaliśmy na materacach. Rano zmęczeni. Szkoda, że młodzi sami nie mogą ze sobą popróbować emocji jak ja próbuje Lolitę. Za dużo wdzięczenia się do widza. I trzy różne historie opowiadane. Nie było zespołowości. Ciągle widzowie komplementowali, że to ważny spektakl. Ale dostali 60% z tego co tam jest. ALE: nagroda główna i nagroda od jury młodzieżowego. to mnie w ogóle nie uspokoja.
 nagrody: statuetki i sakiewki
jury: Jerzy Welter, Piotr Morawski, Aleksandra Kugacz

środa, 25 września 2013

6 spektakli w 7 dni.

Szaleństwo. 5 spektakl (w 7 dni) na bardzo dobrym poziomie. Przecież to nie tylko spektakl, ale też próba.
Bóg się rodzi w Ciechocinie bardzo dobry. Niuansowy. Właściwie teraz zaczęłaby się zabawa. Może jeśli Łukasz będzie chciał to jeszcze to pogramy. Młodzi bardzo dobrze. Widownia zgotowała im owację na stojąco. To co robi tam Pani Wioletta jest niesamowite. Zawsze (i od zawsze) czuje się tam wspólnotowość. Ona sama ma bardzo dobrą energię. Zaraźliwą. 
Ego w Ogorzelinach - zmiany scen (repetycji)  i porządna próba. Więcej dyscypliny.
Władca Much w Silnie. Znowu widać, że ktoś otwarty i kompetentny prowadzi ten Dom Kultury. Zrezygnowaliśmy (po "Dziecku" w Kłodawie) ze sceny z przekleństwami - ta scena wyszła śmiesznie. Spektakl od 1/3 trzymał niesamowicie. Właściwie zrobił się z tego niezły horror. Bardzo mi się podoba w jaką stronę ten spektakl idzie. Gdyby Błażej wszedł zamiast Dominika byłoby super,ale to nie takie proste. Ambicje i duma. A ja chyba nie umiem z tym walczyć. Chyba można by zrezygnować ze sceny z wodą. Ona ewidentnie obniża tempo i jakość początku. Nie podoba mi się też scena wyboru wodza. Zbyt statyczna. 
"Uśmiech" przyzwoity. Właściwie powtarzalna emocja na otwartym powietrzu. Niezłe wyzwanie dla mojej koncentracji. Coś udało się zbudować. 
"V E R S U S" na festiwalu w Żninie - dwie nagrody (główna i młodzieżowego jury), ALE ciągle to za słabo grane. W tym przypadku broni ich fabuła i pomysł, ale oni rzadko, które sceny bronią. Choć było to granie wzruszające, ruszające.Dominik wdzięczy się do widza, Daria alogicznie zupełnie, Błażej ciągle jeszcze nie w ciągu który dałby mu siłę. I ciągle nie rozszerza emocji przez ciało. Ale to też jeszcze pogramy (znowu Łukasz, czy ja?). Jerzy Welter powiedział (słusznie) przy omówieniach, że dla niego ten spektakl jest zbyt lekko grany. I tu ma rację. Albo przesadzony w krzyku, albo w emocji u narratora. Dominik podsumował kim jest postać którą gra, ale ciągle źle podsumowuje. Ale spoko. Tu widzę ewidentnie ile nam brakuje do renomowanych teatrów. Ale droga jest dobra. 
Robię się coraz bardziej wymagający. W stosunku do siebie i moich ludzi. 
  
   

Snieżka ostatnia

więcej potem.

wystarczy nagród.

We wtorek kiedy jechałem z Małą do Gdańska miałem bardzo dobry dzień - na myślenie. Wyklarowały mi się pewne rzeczy. Doszedłem do jasnych wniosków - przestały mnie cieszyć nagrody.
Przez jakiś już czas jeżdżę po to, żeby się skonfrontować i zobaczyć ile nam jeszcze brakuje do poziomu teatru zawodowego.
Brakuje nam sporo. Nierówne jest wykonanie co właściwie wydaje się normalne biorąc pod uwagę materię z którą się zmagamy. (Ale jest to też moja wina, bo zostawiam aktorom zbyt dużo swobody; treść się wymyka, jest ledwie dotknięta; długa trwa rozwój treści). Z drugiej strony chyba trudno przejść obok naszych spektakli obojętnie. 
Jednak jakoś kwestionuję (chyba od czasu spotkania z prof. Bielunasem) czy my cokolwiek wyrażamy NAPRAWDĘ. 
Jakoś doszło do mnie gdzie jest problem z Oskarem, że nie samo wywoływanie emocji jest kluczem i co gorsza poddawanie się temu - bo skoro wywołuje emocje to wystarczy (w tym sensie Dzieło jest mocne i Versus, bo dodatkowo daje zaskakujący kontekst), ale wejście G ł ę b i e j. Krótko mówiąc zawsze mi się wydawało, że dużo się zastanawiam, ale teraz dochodzi do mnie, że za MAŁO. Czasem z braku czasu. Głównie z czerpania z tego co znam, z myśli, które mi chodzą po głowie. 
Jeśli chodzi o nagrody, to oczywiście miłe, ale albo coś dotyka, albo nie. Tu najwięcej zależy od podejścia PRZED graniem. Podczas pracy już na scenie bardzo wiele zależy z kim się pracuje. Albo coś niesie NAS, albo nie.W czasie grań aktor zapomina w co gra, mało pracuje sam.
Z kim tu się porównywać... po Zninie podeszła do mnie Pani i zaczęła wychwalać własną grupę i że "trudno będzie z nami wygrać" - kiedyś podzielałem taki punkt widzenia. To było istotne. (choć jak wygrywaliśmy po raz pierwszy Windowisko, dla wszystkich to było wtedy zaskoczenie, coś się we mnie skręcało, że za szybko) Dziś coś się we mnie łamie. Lupa ciągle dekonstruuje własny teatr - rozumiem to. Fajnie jest opowiadać różne historie, ALE trzymanie się tego co się już wypracowało (rodzaj stylu, którym się w miarę sprawnie operuje) jest łatwe. Za łatwe. Nie wiem czy te przemyślenia na coś się przełożą, ale czuję podskórnie, że przechodzę jakąś istotną metamorfozę. Zobaczymy.

zdjęcie: wygrane strzelanie w Kęsowie - "głupi ma zawsze szczęście".
Dobrze, że są młodzi. O tym rodzaju edukacji mam nadzieję nigdy nie zapomnę. 

niedziela, 15 września 2013

E G O w Ogorzelinach - drugi spektakl, weryfikacja efektu

E G O - było to nie tak silne jak w fosie, bo zabrakło doświadczenia w radzeniu sobie z inną przestrzenią. Muzyka jest robiona na dużą przestrzeń w punkt. Tu aktorka stoi i czeka na tekst. (Raz przyspieszyłem i obciąłem jej kawałek tekstu).
Zauważyłem (potwierdzone dobrą krytyką Darii), że faktycznie powielam sceny. Niby ma to snes fabularnie, ale udałoby mi się znależć inny środek. I znajdę go w dwóch scenach. 
Ogólnie spektakl ma bardzo mocne plastyczne sceny, ale szybko pomysł z komputerem się zużywa. W Ogorzelinach jakoś nie doszło chyba do odbiorców o co chodzi (pogłos nagranego głosu Klaudii).
Reasumując: dwie sceny do zmiany, łącznie ze sceną śmierci Klaudii B. i sceną miłości - zbyt w punkt.  Muszę mieć trochę czasu. Na razie mam mały maraton - gramy 5 spektakli (różnych) w 5 dni. Za dużo. Czuję to już. ale też ważne to wszystko.

Prapremiera "Chłopów"

Po trzech dniach warsztatów z prof. Bielunasem, które były bardzo intensywne, pojechałem z nim do Gdyni na prapremierę "Chłopów" w Muzycznym (nowym, wielkie otwarcie). Z profesorem przed lub po warsztatach gadaliśmy sobie o teatrze, a właściwie to ja pytałem, a profesor odpowiadał. Trzy dni słuchałem o tym jaki teatr może być. Tym razem nie to co dostałem od Ewy, albo Stanisława, tylko dużo "pierwotniej" - podejście do tematu i "głębia", czyli od strony "idei". Dotychczas wydawało mi się, że nie najgorzej u mnie z tym, ale teraz zacząłem wątpić. W każdym razie premiera była straszna. Na pewno jest to efekt trzydniowych rozmów - to tak jakbym nagle zobaczył antytezę wszystkiego o czym mówił profesor. Była to bardzo cenna lekcja. I cieszę się, że ten spektakl zobaczyłem, bo bez tego nie miałbym szansy zweryfikować tego "naprawdę".
Nie chce mi się pisać, co w tym spektaklu było nie tak. Wystarczy, że zmieniło się moje podejście do prowadzenia "problemu", przygotowania do spektaklu, i kompozycji scen (repetycji).
Rozumiem też lepiej "odrywać nogi od podłogi", bo w "Chłopach" wszystko jest w punkt i się psychologicznie nie rozwija. A zawsze budujemy jakiś dystans psychologiczny ruchem. Rozwiązania są w ruchu tylko trzema umieć patrzeć szerszą perspektywą, brać z możliwych konfliktów, nie poddawać się tym samym rozwiązaniom, nie kopiować nastrojów. Głębiej, głębiej drążyć i drążyć. Dużą rolę odgrywa tu też przygotowanie przed. Ja od jakiegoś czasu się zawsze przygotowuje, ale teraz myślę, że zbyt powierzchowne są te przygotowania.
Jeszcze nauczyć się eliminowania. Ile razy zdarzyło mi się, że mam jakaś "piękną" scenę i za nic z niej nie chce zrezygnować... a czasami trzeba. Każda scena oddzielnie. Każde słowo przemyśleć.
Inną sprawą jest zaangażowanie dzieciaków... i moje oczekiwania. To że ja kocham teatr, nie musi znaczyć, że inni też... może czas to zrozumieć i pracować z tymi którym się chce. Nie wiem. Walczę z sobą. I swoim podejściem "pedagogicznym". Nie efekt jest ważny, tylko proces. A z drugiej strony zaczyna brakować mi partnerów.    

wtorek, 3 września 2013

warsztaty z prof. Bielunasem - Młodzież kontra.. Mikołaj - dzień1

Tak jak myślałem to spotkanie jest owocne. Owocne, bo mogę zapytać o rzeczy, które mnie interesują w teatrze i wiem, że zawsze usłyszę przemyślaną odpowiedź.
Co do samych warsztatów - jestem ogólnie zaskoczony. Czasami na plus, czasami na minus. To dopiero pierwszy dzień, ale widać od razu kto nie rozumie metody pracy opartej na dystansie. Oni potrzebują pomocy i myślę, że dziś z profesorem się tym zajmiemy. Świeże pierwszaki to mają. Jest dystans i nie ma przekombinowania w tekście. Trzymać intencję. Moi bardziej doświadczeni część bardzo dobra, a część szuka nie w tych rejonach nie wiedząc czego się chwycić, najczęściej odnosząc to do dramatu. I robi się poważnie. Dystans jest tą umiejętnością zniekształcenia/wyolbrzymienia rzeczywistości. Od strony aktora ja zawsze wiem, że coś ma być śmieszne i grając te partie "uśmiecham się" do tekstu i rozluźniam go formalnie. Dobrym przykładem jest postać Julii, która nic jakby nie robi tylko (sic!) trzyma formę postaci (znudzony, leniwy, nieprzytomny gość) i jest w tekście. Tym samym nadaje mu dobry charakter. Wyciąga jedną cechę charakterystyczną i bawi się nią. 
To, co dla mnie jest bardzo ciekawe, to sama praca nad tekstem profesora. (Trochę Stanisław, ale inaczej) - szukanie przebiegu w tekście na różnych rytmach i intencjach nie oczywistych. Ciągła zmiana, która buduję różnorodną dynamikę tekstu. "Rozłożenie frazy w pauzach daje więcej możliwości rytmicznych". Ja zawsze mówiłem, że nie ma sensu dzielić frazy jeśli pauza jest niepotrzebna. To też prawda, ale rozłożenie frazy uczy dywersyfikowania tempa podawania - nie jest na jedno kopyto. Nawet jak bohater krzyczy, to może nie krzyczy - tylko: trzyma swoją postać. 
Dobrym przykładem jest reakcja Mikołaja na Jadwigę. Opowiada o niej. Dzieli frazę do kropki eksponując tekst. A swoje nią zainteresowanie zdradza jednym słowem "tak". Jest to dużo mocniejsze, niż prowadzenie tej frazy jednorodnie z intencją od początku "jestem zainteresowany". 
No i to czego ja najwyraźniej nie rozumiem: zaufanie do tempa. Jako aktor kumam, ale młodzi tego w ogóle nie robią, więc ja ich tego nie nauczyłem, a przecież w krzyku, który jest wolniejszy, jest inna siła. 
W dialogach najłatwiej jest drzeć się, ale inteligentniej jest szukać kontr. (to tak do Versusa właściwie się odnosi. Tak główny problem mieliśmy z formą tekstu Fransua. Jesteśmy tak jednostajni).
Tyle po pierwszym dniu.    

fragment ważnej dyskusji

  • FRAGMENT JEDNEJ Z WAŻNIEJSZYCH WEWNETRZNYCH DYSKSUJI o sensie OKRu i nagrodach. Widać tu mądrość "starego" składu, który już rozumie.
    Grzegorz Szlanga tego jeszcze nie wiem jak przekonać ludzi o wartości poezji, prozy bez popadania w patos, a zarazem oddając temu należną wartość... dzisiaj próbowałem, ale już mam sygnały, że jednak wynik konkursu się najbardziej zapisuje w waszej świadomości. (powiem wam też że czasami źle jest wygrać, bo wygrana usypia czujność; stwarza poczucie "jestem dobry i wystarczy", a to jest śmierć dla życia (pseudo)artystycznego). Myślę, że wiem co mówię. (Na pewno z Łukaszem tego doświadczyliśmy - jak oczyszczająca jest porażka). Bardzo mi zależy, żebyśmy umieli rozmawiać z widzem. Ale też umieli sobie dać szansę. SPOSÓB MYŚLENIA. Wyjątkowy. Jednostkowy. "Mój". Tylko to jest ważne w tym świecie. "nie wyszło" - z tym trzeba się pogodzić. To jest nasz chleb powszedni. zadowoleni zawsze będą przegrywać. Bo do kogo się porównują... ? Wierzę w nas. (Zobaczcie jak w dzisiejszym spektaklu aktorka nie zagrywa, nie gwiazdorzy, a ile buduje i jak dojrzale... jesteśmy w jej głowie na chwilę...) Jak mnie najdzie to jeszcze napiszę coś...


  • Grzegorz Szlanga Łukasz, napisz czego się nauczyliśmy...

  •  nawet jak wszystko to jest jasne, klarowane i zgadzamy się w 100% to konkurs to konkurs a wynik to wynik ( wieemmmm genialne) więc zawsze porażka boli i przegrana taką porażką zawsze będzie a wygrana odwrotnie , tego się nie da ominąć


  • Grzegorz Szlanga zależy od "mądrości" recytatora.

    jeśli Ty przegrasz konkurs lub tego typu rzecz, to wyciągniesz wnioski , będziesz lepszy itd... aleee porażka Cie zaboli , na pewno



  • Grzegorz Szlanga hm... kiedyś tak. Teraz nie. ale kwestia światopogladowa. bardziej zaboli mnie wywyzszenie wśród lepszych.

  •  przestałeś być człowiekiem

  • Grzegorz Szlanga dobre podsumowanie. dziękuję.
     OKR... Dziwne to wydarzenie. Z jednej strony ktoś stoi sam na scenie i mówi a z drugiej ktoś go słucha (jeśli ma fart) i jeszcze ktoś go ocenia (a może nie go, tylko jego warsztat? chyba tak jest precyzyjniej). To nie jest łatwe. Potrzeba odwagi żeby wyjść na scenę na tych kilka minut i mówić do ludzi - czasem obcych, czasem przyjaciół, czasem rywali - kwestia spojrzenia. Trzeba odwagi i motywacji. Różne rzeczy nas motywują - kogoś tam nagrody, kogoś tam chęć zwyciężenia, innego potrzeba sprawdzenia się, ale czasem jak się na tym konkursie posiedzi i posłucha to zdarza się, że na scenę wyjdzie człowiek, który przyszedł tu coś nam powiedzieć. To jest jego motywacja - ma nam, sobie do powiedzenia coś ważnego. Więc taki gość staje przed nami, patrzy na nas, mówi, a my słuchamy. Nieważne, że gość sepleni, mówi banały, a lat ma trzynaście. Ważne, że widzimy człowieka, który nie ściemnia. Jest prawdziwy i to co mówi to też jest prawda. Jego prawda. Nie efekciarski popis tylko coś znacznie mniejszego. Jakby kawałek spowiedzi. I nie da się go nie słuchać. Nie da się nie patrzeć w te oczy, które nie chcą się nam podlizać tylko mówią i każą się słuchać. Jedzie się po takim konkursie do domu i jak pytają Cię jak było to pamiętasz albo nie pamiętasz gościa, który wygrał, ale tego który wwiercił Ci się w mózg, który kazał Ci siedzieć na dupie i słuchać, bo to co mówi jest istotne pamiętasz doskonale. I będziesz go pamiętać jutro i za rok jak znów pojedziesz na konkurs. Drodzy konkursowicze, życzę Wam, żebyście mieli szansę chociaż raz w życiu być tym człowiekiem.


  •  A ja dorzucam się do życzeń Błażeja i życzę byście zawsze pozostali tymi osobami, które w momencie, gdy na scenie pojawią się inni, mający coś do powiedzenia ludzie, potrafili ich usłyszeć i zaczerpnąć od nich naukę. Byście potrafili wejść z nimi w dyskurs. Niech Każdy okr, nie-okr, będzie dla Was spotkaniem z drugim człowiekiem, czasem dzielenia się Waszą prawdą, wymianą myśli

  • Hmm...długo się zastanawiałam, czy napisać. Wydaje mi się, że trzeba zadać sobie pytanie "po co" wychodzi się na scenę., po co bierze się udział w tym konkursie. Spróbujcie. Bo przecież OKR jest to konkurs. Ale konkurs wyjątkowy (jak dla mnie). OKR to miejsce spotkania się przyjaciół, ludzi chcących podzielić się swoją myślą, historią. Grzechu zadawał chyba każdemu z nas kiedyś (ważne jak dla mnie) pytanie": czy kochamy siebie na scenie czy scenę w sobie". Pamiętam Stachuriadę w 2 LO. Był Shadow, Piotr Pawlicki z gitarrrrrą, świece i przyjaciele. Pamiętam jak słuchaliśmy siebie. Wiele osób pierwszy raz miało możliwość porozmawiania z innymi własnie w taki sposób. Tekstami innych osób, ale wypowiadanymi z własnych ust, z serca. To było "coś". Poznań- Marcinowy Laur.
    Do tej pory "chodzę" na OKRy. Z czystej przyjemności. Aby Was poznać, dowiedzieć się czegoś od Was, uśmiechnąć, zastanowić. Zwolnić. Porozmawiać. Do zobaczenia na tym OKRze w (mam nadzieję) Sopocie!

     pamiętam, jak na pewnym OKR-ze nie przeszłam dalej do wojewódzkiego. Pewna "osoba" uważała, ze powinnam, bo byłam świetna. Sama również czułam, że było w tym dużo prawdy, że włożyłam w teksty cząstkę siebie, nic nie udawałam. Zawód był chwilowy. Moi teatralni przyjaciele przeszli dalej. Nie pozwoliłam, żeby ta porażka odcięła mi drogę do prawdziwej radości z ich szczęścia. Kibicowałam z całych sił i szczerze cieszyłam się z nimi. A porażkę... zamieniłam w siły do dalszej pracy. Ale tylko tym przykładem mogę się pochwalić, okazuje się, że nie zawsze z wiekiem człowiek staje się mądrzejszy. Jednak wiem, że pamięć o tamtym wydarzeniu, daje nadzieję, na przyszłość.. I oświadczam wszem i wobec... "na wygnaniu" daleko.. ja jeszcze nie skończyłam. Mam chwilową przerwę, ale już niedługo praca ostro się rozpocznie. Pasja i własna satysfakcja, bez presji wielkiej kariery. Tylko praca, doskonalenie siebie i dzielenie się tą radością z innymi. Pozdrawiam stary ukochany skład i ten późniejszy nigdy nie poznany i ten nowy, niekoniecznie anonimowy

poniedziałek, 2 września 2013

zaczyna sie... :)

Jutro zaczynamy z prof. Bielunasem Mikołajka. Mam bardzo dobre przeczucie... co do wszystkiego. Nauki ciąg dalszy.