piątek, 27 listopada 2015

garb - notatki

- trzeba mieć odwagę wrócić do złych doświadczeń.
- złe doświadczenia są po coś
- złe doświadczenia powodują głębsze rozumienie pewnych problemów chociażby w kontakcie z innymi.
język: kamienie w plecaku - dokładanie sobie (1 scena) - może rzucanie (jak listki kocha nie kocha lubi...). Wydarza się w czasie. Fizycznie się obciąża "wadami", "problemami".
Climax: uwalnia się. ale to prowadzi tylko do carelessness, bierności, akceptowania byle czego, "rozpasania", pasywności.
Muszę rozważyć tę bierność. Bierność w samotności kontra działanie.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Forma wieczna!

U Kapuścińskiego, którego czytam z przerwami, bo czytam inne rzeczy, znalazłem taką oto myśl: w książce opisującej historię malarstwa jest takie podsumowanie, że "tylko forma przechodzi do wieczności, nie treść". Chodzi za mną to zdanie... od lat tyle ryzykuję, żeby forma była "ciekawa". Bardzo często to jest ryzyko, które powoduje, że te spektakle są tak trudne do obronienia. Ale prawdziwi mistrzowie jeszcze (dużo) szerzej operują formą... za co pamiętamy większość z nich? Za pewien rodzaj nowatorstwa, odwagi, szerokości, szaleństwa. (Kantor chociażby) Czy to jest dla ludzi? Ostatnio myślę, że tylko takie podejście jest dla ludzi, choć mówi się przerost formy... ale w gruncie rzeczy (szczególnie w teatrze) to forma ma szansę pobudzania wyobraźni.
Przypomina mi się scena skakanki w Von Bingen. Czy tak bym zrobił ten temat męczenia Hildegardy? Nie. Szukałbym języka bliższego samemu męczeniu. Wydaje mi się, że mogłoby to być bardziej uderzające i przybliżające nas do jej życia, do tych okoliczności, w których się znalazła. Błażej był odważniejszy. Pozwolił sobie na taki skrót, który jest ciekawy, nieoczywisty, w kontrze do samego tematu. "Forma jest wieczna". Trzeba być chyba odważniejszym jak on. Łączyć rzeczy odleglejsze (tak się mówi też o Warlikowskim).

czwartek, 12 listopada 2015

Wszyscy mamy garby...

Wczoraj z Klaudią zrobiliśmy połowę spektaklu w obrazku. Zaczęło się niewinnie, ale to są tak teatralne teksty, że pomysł gonił pomysł. W samym tekście potrzebne były modyfikacje na rzecz udramatyzowania tego jak i pogłębienia samego problemu jakim w tym przypadku jest utrata tożsamości. Zmodyfikowaliśmy to tak, żeby sam bohater zwątpił w swoją tożsamość i tym sposobem "zasłużył" sobie na zniknięcie. Pojawia się NOWY człowiek. I tu zaczyna się zabawa, której nie wyczytałem w słowach u autora - możliwość, którą daje tylko teatr - inni mają garby, mówi NOWY Ajio. Pozbądzcie się swoich garbów... 
Co do aktorki, ustawiam tak zadania, żeby były trudne; przypadkowo doszła warstwa dość głębokiej psychologii (od strony myślenia wykonawcy). Dziś (w zależności od opanowania tekstu) popracuję nad frazą Klaudii, żeby rozszerzyć jej zasięg tonacyjny. Jej tonacyjność jest zbyt "zrobiona". Tu trzeba już inaczej dla rozwoju. 
Bardzo jestem ciekaw efektu ostatecznego. Klaudia powiedziała, że nie spodziewała się, że ten problem jest aktualny w niej. Ja też się tego nie spodziewałem w jaką stronę idziemy z tym. Ale faktycznie zgadza się z moimi (nigdy nie zwerbalizowanymi) przemyśleniami.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Diabeł wcielony

Praca nad diabelskim tekstem rozwija się bardzo dobrze. Najmocniejszym elementem całości jest szerokość Błażeja. Jedyne co trzeba przypilnować to przebieg postaci. Teatr nie jest tu niezbędny. To jest kazanie. Ciekawym byłoby umiejętne sprowadzenie tematu do jednej przestrzeni (która potem obraca się w inną). Chetnie bym zrezygnował z teatru na rzecz poprowadzenia aktora jak w filmie. Przy Błażeju jest to możliwe. Potrzebna tylko inna precyzja. To, co zaskakuje to pewne ciśnienie, które aktor wymusza na widzu. Rodzaj atencji, nawet powiedziałbym, że tworzy atmosferę niebezpieczeństwa.
Na ten moment wprowadziliśmy antrakt w środku. To ryzykowne posunięcie. Ale ma sens. Bardzo dużo rozmawiamy o samym temacie i jakoś o tym czym jest pojęcie "zła". O relatywizowaniu zachowań. 
Dziś siadam z tekstem. I poważnie się zastanowię nad sekwencyjnością tekstu i nad tekstem części diabelskiej. Mam (z powodu zmęczenia) niezły dystans i sporą czujność. Błażej z kolei jest bardzo zaangażowany i prawda jest taka, że gdyby go postawić teraz samego, to on by to obronił sobą. Teraz tylko upewnić się, że to jest o tym, co mi chodzi po łbie.  
Filmik to pierwsza próba improwizowana sceny Jonasza, który obwieszcza jak sobie radzić z szatanem. Potem to już poszło w dialog z lalką. Nieźle odjechane. Potęguje "dziwność" tego kazania. A z drugiej strony Jonasz ma w tej materii doświadczenie. 
pogłos sali powoduje, że słowa się zlewają.


wtorek, 3 listopada 2015

poniedziałek, 2 listopada 2015

Garby.

 TRANSPOZYCJA - MODELLING
Garby
Kiedy Ajio, kamieniarz, pracujący przy budowie dróg, zachorował na garb, zebrało się czterech lekarzy, aby radzić nad jego chorobą. Nie należy wcale przypuszczać, że w Lailonii zawsze tak się zdarzało, że ilekroć jakiś kamieniarz zachorował, zbierało się czterech lekarzy; nie, przeważnie nie zbierał się ani jeden. Tym razem było ich aż czterech nie dlatego, że Ajio zachorował, ani tym bardziej, że był kamieniarzem. Po prostu choroba Ajio była dziwna, a lekarze chętnie oglądają dziwne rzeczy, podobnie jak wszyscy ludzie. Dziwność choroby, z kolei, nie polegała na garbie, bo garb nie jest wcale dziwny, ale bardzo zwyczajny. Polegała na tym, że nie był to właśnie garb zwyczajny, ale garb-dziwoląg, garb-osobliwość, garb-jaki-tylko-raz-na-sto-osiem-lat-zdarza-się-w-całej-Lailonii-a-może-nawet-rzadziej. Mianowicie, garb, rosnąc i pęczniejąc, zaczął obrastać w różne nadzwyczajne odrośle i rozgałęzienia, które z biegiem czasu jęły się upodabniać do różnych części ciała - rąk, nóg, głowy, szyi, brzucha i pupy. (Był to, trzeba dodać, tak zwany garb kryptogenny; nazwa ta oznacza pewną szczególną właściwość garbu, polegającą na tym, że lekarze
nie mają pojęcia, skąd się wziął.)
Lekarze więc zebrali się i radzili nad tym, czy można uleczyć Ajio z garbu. Kiedy zebrali się razem w specjalnym gabinecie (Ajio był tam, oczywiście, nieobecny), jeden stary lekarz powiedział:
— Panowie, przyznajmy otwarcie, że medycyna jest bezsilna w tym przypadku. Sto osiem lat temu nasz wielki poprzednik, chirurg Głowa-biada opisał zupełnie podobny przypadek i też nie mógł go wyleczyć. A jeśli nie wyleczono tego garbu sto osiem lat temu, to tym bardziej, rzecz jasna, my go nie możemy wyleczyć. Wtedy bowiem ludzie byli mądrzejsi.
— A więc, co mamy robić? — spytał młody lekarz. - Musimy bowiem coś robić, inaczej będziemy uchodzić za nieuków.
— Jak to, co? — zdziwił się stary lekarz. — Leczyć chorego!
— Ale skoro nie mamy żadnych widoków...
— Leczenie chorego, drogi przyjacielu, nie ma nic wspólnego z widokami na uzdrowienie — powiedział lekarz starszy. -Jest to główna zasada naszej sztuki. Celem leczenia jest leczyć, podobnie jak celem śpiewania jest śpiewać, a celem grania - grać.
— Ja uważam, że moglibyśmy wyleczyć chorego częściowo -powiedział trzeci lekarz. - Mam na myśli, że nie możemy wprawdzie usunąć garbu, ale możemy przeszkodzić jego dalszemu rośnięciu; w tym celu trzeba garb włożyć w gips, wtedy nie będzie miał miejsca do powiększania się i zostanie, jaki był. A że ludzie sto osiem lat temu byli mądrzejsi niż dziś - to rzecz niepewna.
— Ja uważam to za oburzające - krzyknął czwarty lekarz. — Skoro nie możemy wyleczyć garbu całkiem, stanowczo nie powinniśmy w ogóle go leczyć!
— Ależ dlaczego?
— Przecież to jasne! Właśnie dlatego, że nie można go wyleczyć.
— Całkiem nie można, ale można częściowo.
— To znaczy, że nie można. Garb i tak zostanie, więc nie powinniśmy się łudzić, że można go wyleczyć.
Lekarze debatowali w ten sposób bardzo długo. Tymczasem garb rósł i rósł coraz szybciej. Różne części ciała, które z niego odrastały, formowały się coraz wyraźniej i nabierały kształtów. Głowa garbu zaczęła porastać włosami, pojawiły się oczy, uszy, nos i usta; ręce wydłużyły się, a nogi niebawem sięgnęły ziemi. Ani się obejrzano, jak z garbu zrobiła się pełna postać ludzka. Postać ta, był to po prostu drugi Ajio, kubek w kubek podobny do pierwszego. Był przyrośnięty do pierwszego Ajio plecami, a poza tym wyglądał dokładnie tak samo jak on. Od razu też zaczął mówić.
Pierwszy Ajio, ten właściwy, od początku martwił się swoją chorobą, bo nikomu nie jest przyjemnie z garbem. Kiedy jednak zobaczył, że wyrósł mu na plecach jego własny sobowtór, Ajio był naprawdę przerażony i nie wiedział, co ma robić. Ajio był to człowiek spokojny i rzetelny, sumienny robotnik, ogólnie lubiany i szanowany. Teraz, kiedy wyrósł mu sobowtór, ludzie nie mogli już odróżnić, który Ajio był pierwszy, a który powstał z garbu.
Ale, co gorsza, sobowtór okazał się wprawdzie zupełnie podobny do Ajio — tak że nawet własna żona Ajio nie mogła ich odróżnić - ale było to podobieństwo zupełnie zewnętrzne. Natomiast drugi Ajio miał zupełnie inny charakter niż pierwszy. Gdy tylko zaczął mówić, krzyczał i irytował się o byle co, i pomstował na wszystkich, a w szczególności na pierwszego Ajio. Nie chciał też wcale pracować, wszystkich obrażał i skarżył się, że pierwszy Ajio nie pozwala mu chodzić. Było to prawdą o tyle, że obaj byli zrośnięci plecami, a więc mieli nogi zawsze skierowane w przeciwną stronę i kiedy jeden szedł naprzód, drugi musiał posuwać się do tyłu. Było to niesłychanie niewygodne.
Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że drugi Ajio, kiedy tylko wyrósł zupełnie i kiedy już nie można go było odróżnić od pierwszego, zaczął głośno wołać, że on właśnie jest tym prawdziwym Ajio, tym, który był na początku, a tamten był właśnie tym garbem i w ogóle nie jest prawdziwym człowiekiem.
— Utnijcie mi ten przeklęty garb! - wołał wściekły do lekarzy i do kogo mógł. — Dlaczego mam wiecznie nosić na plecach tę wstrętną narośl! Co za nieuczeni ci lekarze! Nic nie umieją zrobić.
Znajomi, którzy spotykali Ajio, dziwili się. - Czy ty naprawdę jesteś Ajio? — pytali garbu, a garb
wrzeszczał na cały głos: „Oczywiście, że jestem Ajio! A kim mam być! Co wy, oczu nie macie! Chyba widzicie, że jestem Ajio, znacie mnie przecież od lat! A tamto, to jest garb, który mi wyrósł. Takie nieszczęście!”
Znajomi na wszelki wypadek pytali jednak pierwszego, a więc prawdziwego Ajio, chcąc się dowiedzieć, czy się nie mylą: „A ty, kto właściwie jesteś?”
— Ja jestem Ajio - odpowiadał tamten, ale cicho, bo był człowiekiem skromnym i nieśmiałym.
Kiedy drugi Ajio to słyszał, wybuchał szyderczym śmiechem i głośno wykrzykiwał:
— Patrzcie go, garb chce być człowiekiem! A to ci heca! Nie, czegoś takiego jeszcze nie widziałem! Bezczelny garb chciałby wmówić ludziom, że wcale nie jest garbem! A czym jesteś, ty worku skórzany?! Ludzie kochani, przecież to się w głowie nie mieści! Garb mówi, że on jest Ajio! Nie, ja nie wytrzymam! Utnijcie mi ten garb, bo pęknę z oburzenia! Milcz, ty garbie parszywy! Ludzie kochani, nie dajcie mówić temu potworowi! I tak, na każde nieśmiałe odezwanie się Ajio, który rozpaczliwie zapewniał, że on jest tym Ajio prawdziwym, garb wybuchał stekiem obelg i wymysłów i tak głośno i tyle razy klął się na wszystko i przysięgał, że w końcu ludzie, nawet lekarze, nawet przyjaciele Ajio, nawet jego żona - wszyscy najpierw w ogolę potracili głowy, a wreszcie uwierzyli, że prawdziwy Ajio to ten, który głośniej krzyczy, że jest prawdziwym Ajio. Natomiast prawdziwy Ajio, coraz bardziej zrozpaczony i zalękniony, coraz bardziej niepewny, mówił jeszcze cichutko o sobie, ale jąkał się coraz bardziej i w końcu przestali go słuchać. Nowy Ajio był bezczelny, krzykliwy, kłócił się o byle co.
— Ależ ten Ajio się zmienił - mówili zmartwieni znajomi. -Poznać go nie można. Dawniej był taki dobry i wszyscy go lubili, a dzisiaj wytrzymać z nim nie sposób.
— Cóż chcecie! - odpowiadali drudzy. Garb mu wyrósł. Takie nieszczęścia bardzo ludzi zmieniają, nie można się dziwie.
Po czym rozmowa schodziła na wypadki różnych ludzi, którzy właśnie bardzo się odmieniali pod wpływem nieszczęść i c o-rób, a że każdy znał wiele takich wypadków, więc rychło zapominali o Ajio.
Jednocześnie, przez cały czas lekarze pracowali. Pracowali bardzo pilnie dzień i noc, ślęczeli i badali, aż w końcu po wielu miesiącach wymyślili lekarstwo na garb. Był to pewien proszek, który należało zażywać trzy razy dziennie i który powodował zanik garbu w ciągu kilku dni. Proszek był gorzki i bardzo niesmaczny, ale któż by tam na to zważał, kiedy szło o wyleczenie garbu. Lekarze wypróbowali swój środek na kilkunastu garbatych, takich ze zwyczajnymi garbami i stwierdzili, że na ogół działa bardzo dobrze. Ludzie pozbywali się garbów i bardzo byli zadowoleni z nowego leku.
Wreszcie lekarze postanowili zastosować swój wynalazek do choroby Ajio. Kiedy przyszli do niego, Ajio - ale nie ten prawdziwy, tylko ten drugi, ten garb - zaczął natychmiast głośno się skarżyć i krzyczeć, jak zwykle, że on już nie może tego znosić i że żąda, aby go natychmiast wyleczyć. Lekarze zaraz uspokoili go i powiedzieli, że właśnie wynaleźli świetny środek na garby. Pierwszy Ajio, ten prawdziwy, zaczął płakać cicho i mówić, że on przecież jest człowiekiem, a tamten drugi to tylko choroba; nikt jednak nie brał tego poważnie pod uwagę, bo drugi Ajio za-krzyczał go natychmiast i obrzucił wyzwiskami. Tylko mały synek Ajio płakał głośno i wołał, że to jest jego tatuś, a tamten jakiś obcy pan, ale nikt go nie słuchał, bo małe dzieci nie mają tyle rozumu, żeby lepiej od dorosłych odróżniać, co jest prawdziwe.
Tak więc lekarze, po krótkiej naradzie, dali swoje nowe proszki choremu, to znaczy dali je drugiemu Ajio, temu garbowi. Drugi Ajio łapczywie schwycił proszki i zaczął je jeść. Krzywił się, bo były gorzkie, i z tego powodu nawymyślał lekarzom, że powinni byli wymyślić słodkie proszki albo o smaku pomarańczowym.
I stało się tak, jak należało oczekiwać. Kiedy tylko drugi Ajio zaczął zażywać proszki, pierwszy Ajio zaczął się kurczyć i maleć, aż w końcu zmienił się w prawdziwy garb na plecach drugiego Ajio; ponieważ jednak proszki dalej działały i ten garb począł się zmniejszać, aż wreszcie drugi Ajio, ten, co najpierw był garbem, stanął zupełnie wyprostowany i zadowolony, nic nie mając na plecach. Pierwszy Ajio znikł zupełnie. Wszyscy lekarze i znajomi byli przekonani, że tym samym znikły wątpliwości; że skoro tamten Ajio zmienił się w garb, a w końcu znikł całkiem, to nie mógł
być od początku czym innym, jak tylko garbem. I tylko mały synek Ajio płakał gorzko, że mu zabrali tatusia. Natomiast nowy Ajio bił go rzemieniem i wołał, że on jest jego ojcem i żeby mały nie odważał się gadać głupstw.
Po tej historii Ajio stał się sławnym człowiekiem, bo w końcu nie każdemu coś takiego się przydarza. Ludzie go nie lubili, bo był złośliwy i szkodził, komu mógł, ale jednocześnie bali się go, a to z tego samego powodu.
Ale Ajio nie poprzestał na tym, że zwyciężył w walce. Zaczął się zachowywać bardzo dziwnie. Kiedy spotykał znajomych, pytał ich ni stąd, ni zowąd: „Kiedy wreszcie pozbędziesz się swego garbu? Przecież teraz są takie doskonałe środki na leczenie garbu! Powinieneś zaraz pójść do lekarza!”
— Ależ ja wcale nie jestem garbaty — mówił ten lub ów znajomy, który to słyszał.
Ale Ajio wybuchał szyderczym śmiechem.
— Nie jesteś garbaty?! — wołał. — Tak ci się tylko zdaje! Jesteś garbaty i to jak jeszcze! Wszyscy są garbaci, rozumiesz?! Wszyscy! Tylko ja jeden, ja - tu uderzał się po bokach rękami - ja jeden nie mam garbu. Wszyscy ludzie są potwornie garbaci i tylko z głupoty nie chcą się leczyć.
Kiedy tak Ajio przemawiał po kolei do wszystkich ludzi w miasteczku, strach i groza padły na ludność. Wszyscy z przerażeniem oglądali się w lustrze, aby się upewnić, czy czasem nie rosną im garby, a choć widzieli, że garbów nie ma, to jednak nie mogli się uspokoić i po chwili znów zaglądali do lustra. Nikt w końcu nie był pewien, czy nie jest naprawdę garbaty. Zapanował powszechny strach. Ludzie unikali się wzajemnie, przemykali się chyłkiem pod ścianami i co chwila badali i sprawdzali na nowo, czy jednak nie są garbaci. Tylko Ajio chodził pewny siebie, dumny jak paw i bez przerwy powtarzał: „Wszyscy jesteście garbaci! Wszyscy macie potworne garby! Jakże możecie tego nie widzieć! Chyba jesteście ślepi!”
Po pewnym czasie Ajio stopniowo zmienił metodę. Zaczął mówić ludziom, że nie o to chodzi, że są po prostu garbaci, tak jak się rozumie zwyczajnie, ale że sami są po prostu garbami, że kiedyś wyrośli na plecach swoich sobowtórów, którym zdarzyło się to samo, co jemu kiedyś; on jednak pozbył się swego garbu dzięki cudownym proszkom, a inni tego nie zrobili, wskutek czego doprowadzili do tego, że garby ich zjadły. Teraz, poza nim jednym, chodzą po świecie same garby, a nie prawdziwi ludzie. „Jesteś garbem — syczał do każdego spotkanego człowieka — rozumiesz? Jesteś garbem, a nie żadnym człowiekiem! Udajesz człowieka, a naprawdę zjadłeś człowieka i sam, garbie, zostałeś, żeby mnie oszukiwać. Tylko ja jestem prawdziwym człowiekiem!”
Tak to powtarzał, tak krzyczał i syczał, tak wszystkim wmawiał, że są garbami, tak się puszył i tak głośno zapewniał, że on jeden jest prawdziwym człowiekiem, aż w końcu ludzie zaczęli wierzyć, że są garbami i że powinni natychmiast coś zrobić, żeby przywrócić do istnienia prawdziwych ludzi, bez garbów. Ludzie zaczęli się wstydzić i bardzo im było przykro, że popełnili taką niesprawiedliwość.
Wreszcie, coraz większa ilość mieszkańców zaczęła sobie myśleć, że skoro Ajio tak skutecznie pozbył się garbu, to może warto spróbować proszków, których on zażywał i może coś z tego wyjdzie. Wszyscy więc jęli masowo kupować sobie cudowne proszki i łykać je nawet w większych ilościach, niż to było potrzebne. Robili to nawet ci, którzy przedtem byli garbaci i właśnie pozbyli się garbów dzięki proszkom.
Ale ponieważ nikt z tych ludzi nie miał prawdziwego garbu, więc nie mógł też garbu stracić. Natomiast, o dziwo, natychmiast po pierwszym okresie zażywania proszków, wszyscy zauważyli z niepokojem, że dzieje się coś odwrotnego, niż miało się dziać: wszystkim mianowicie zaczęły wyrastać garby na plecach. Garby rosły i robiło się z nimi to samo, co działo się kiedyś w przypad-ku Ajio: garby jęły obrastać stopniowo w różne części ciała i coraz bardziej upodabniać się do ludzi, którzy je nosili na plecach. Okazało się mianowicie, że te same proszki, które likwidują garby garbatym, powodują wyrastanie garbów u prostych. Kiedy to ludzie spostrzegli, było już za późno. Wszystkim wyrosły na plecach garby-sobowtóry, które natychmiast, tak samo jak w przypadku Ajio, zaczęły głośno wrzeszczeć, że one są prawdziwymi ludźmi, a tamci garbami.
Ajio promieniał. Miał teraz pełno koleżków, takich samych jak on, chociaż jeszcze połączonych z dawnymi ludźmi-sobowtórami. Wszystkie garby były też pod tym względem podobne do Ajio, że
wszystkie były kłótliwe, bezczelne, krzykliwe i wszystkie natychmiast chciały pozbyć się swoich garbów - to znaczy prawdziwych ludzi, których one ogłosiły za garby. Za to między sobą garby były w dobrych stosunkach i gdy się spotkały, razem szydziły bezlitośnie z ludzi, których jakoby nosiły na plecach jako własne garby.
Wreszcie garby oświadczyły, że dość mają tego, że nie chcą być więcej garbate i same zaczęły zażywać cudowne proszki.
W ten sposób w Lailonii powstało miasto garbów, w którym nie było jednak ani jednego garbatego. Dalsza historia tego miasta nie została opisana. O ile wiemy, istnieje dotychczas.
Mały synek Ajio, którego też chciano zmusić do zażywania proszków, żeby i jego zmienić w garb, nie dał się jednak. Uciekł z miasta, żeby nie zostać garbem, a kiedyś, jak dorośnie, wrócić do miasta i rozprawić się z garbami. Było mu jednak bardzo smutno.

Belfer - poprawki (po Wejherowie i Gdańsku)

do przemyślenia są następujące kwestie:
- imiona bohaterów (i w ogóle kontekst francuski)
- obecność w tym momencie impresaria (za duże rozluźnienie tematu)
- obecność w pierwszym tekście "zostałem skazany" i w ogóle długość tego.
- zatrzymania - stop klatki (po co? i czy konsekwentnie?)
- finał: wprowadzić wesołych belfrów i tak zatrzymać akcję (nie rozwiązywać tego zniknięciem belfra lub interakcją)
- spisać język teatru w każdej scenie
- przemyśleć rytmy pierwszych scen - lekcji
- znikanie ze sceny? jak?
- scena gwałtu? czy to nie za proste?
- podzielić scenariusz (jeszcze raz) na sekwencję i zweryfikować
Dobrze by to było zrobić w obecności Sebastiana.

niedziela, 1 listopada 2015

Kołakowski - studium

"Jednostka natomiast w lailońskiej rzeczywistości ma się jeszcze gorzej, bo z kolei niemal zawsze znajduje się w opresji uosabianej przez inną jednostkę sprawującą nieograniczoną niemal bądź –
co wnoszą już scenariusze – w opresji wizualnej, której wrażenie wywołuje przytłaczające otoczenie."

"Taka jest natura diabła – i jego demonów, by w nienawiści do człowieka stworzonego na obraz Boga szydzić, a w ostateczności okłamać i zniszczyć całe społeczeństwa, a nie tylko pojedyncze jednostki. Historia o garbie, który poprzez kłamstwo, manipulacje i zastraszenie zmienia prawdziwych ludzi w garby ukazuje nam prawdę o oddziaływaniu demonów, które działają poprzez silne jednostki i mogą doprowadzić do społecznego zniewolenia całych miast i narodów.
Potwór zmuszający do pełnienia swojej woli wskazuje na działanie sił zła demonicznego, który najpierw „zasiewa” złą, opartą na kłamstwie wiarę w chorobę, a następnie wciąga swą ofiarę w czeluść hipochondrii.
Nasuwa się znaczące pytanie: skoro tak się rzeczy mają to cóż my sami możemy zrobić w kwestii obrony się przed tą niewidzialna złą istotą? Stoimy przed dylematem ludzkich wyborów i ich konsekwencji na całą wieczność: czy wybierzemy kłamstwo i wygodę życia „jak większość”, która  może doprowadzić do tragedii czy będziemy chcieli poznać prawdę,za cenę utraty „komfortu” i owego pozornie spokojnego status quo? W tym sensie wolność kosztuje. Nie przychodzi łatwo, lecz w walce zapierania się wobec, co łatwe, znane, oswojone jak świat, z którym się pogodziliśmy i na swój sposób ułożyliśmy. Jak powiada C. S. Lewis:
”Nie chcieliśmy żeby co innego okazało się prawdą. Obawialiśmy się prostackiej wiary w Zmartwychwstanie, zerwania z duchem czasu, ośmieszenia, ale przede wszystkim baliśmy się prawdziwego życia duchowego, jego lęków i nadziei"