piątek, 10 listopada 2017

Kazanie XXI - próba do nocy

Niebotycznie dobrą mieliśmy próbę. Niebotycznie. Aż się teraz boję, że mogę zapeszyć, choć nie wierzę w takie bzdury tylko cieżką pracę. Jeśli to będzie takie dobre i wyraźne jak dziś, to szykuje się świetna pozycja w repertuarze. Wszystkie założenia się sprawdzają.
Ale... poczekajmy...


filozofia pracy

Jestem przeciwny nieznającym sprzeciwu punktom widzenia, które dane osoby przedstawiają jako aksjomaty. Nawet krzty zastanowienia. Ani odrobiny wątpliwości co do ich słuszności. 
To wynika z jakiegoś wewnętrznego imperatywu, który każe mi się ciągle zastanawiać. To jest męczące. Kwestionować siebie. I tworzyć się od nowa. Do tego (według mojej filozofii pracy) pozwalać innym być artystami - tzn. nie narzucać mojego stylu. Wierzę w to głęboko. Nie wszystko musi być Dobre. Do tego dobra może dojrzewać. Czytałem niedawno ks. Tischnera, który  wychowanie nazywa "przebudzeniem". Mówi o wskazywaniu, a nie prowadzeniu za rękę. O otwieraniu oczu, ale nie mówieniu o kierunku patrzenia (że tak to nazwę). 
To się mocno zgadza z moim myśleniem. Nie wiem czy dobrze myślę. Widzę jak moi koledzy mają myślenie nowocześniejsze - nastawione na efekt, na precyzję. Tego ostatniego szukam, ale nie kosztem autonomii aktora. 
I znowu nie wiem czy dobrze. W literaturze teatralnej zaskakują mnie zdania, które potwierdzają to, czego ja nigdzie nie przeczytałem, tylko doszedłem do tego poprzez eksperyment. 
Jestem przed kolejnym eksperymentem. Jeszcze trudniejszym niż Terror. Opowiadanie pozbawione napięć dramatycznych. Stajemy tam z aktorem na głowie, żeby to było ciekawe (i mądre oczywiście).  Myśląc o tym, wiem, że coś jest jeszcze poza moim rozumieniem... coś jest POZA w tym temacie. Nie wiem co. To znowu męczy.  Nie lubię nie wiedzieć. 
Piszę o tym wszystkim, bo kiedyś chciałbym, żeby Ci, którzy powołują się na mnie - że u mnie się uczyli, o tym pamiętali. 
Problem tylko w tym, że jak miałem 20 lat to mogłem mówić otwarcie, że uczę się. Jak miałem 30 lat, to jeszcze jakoś. A teraz? Kiedy zbliżam się do 40? Czy wolno mi jeszcze eksperymentować kosztem jakości? Czy powinienem już odcinać kupony i robić sprawdzony "dobry" teatr?
W Kazaniu robię scenę gdzie 3 minuty nic się nie dzieje. To znaczy dzieje się dużo, ale tylko pod warunkiem, że widz będzie chciał. 3 minuty nudy! Przeciwko teatrowi? wolno mi? 


sobota, 28 października 2017

bezpośrednio po Terrorze

Spektakl był bardzo przyzwoity. Do początku piątego aktu był poziom rewelacyjny. Potem trochę błędów. Ale nie to jest najważniejsze.
Najbardziej cieszy mnie, że mam wrażenie, że zrobiliśmy coś dobrego. Pomysł ze strażakami to strzał w dziesiątkę. Udało się im podziękować za ich pracę. Od dawna chciałem coś zrobić dla nich. Ludzie wstali i bili im brawo. Wspaniale było. Teatr musi być częścią społeczeństwa. Nie być tylko rozrywką.
Łukasz wspaniały. Piotr bardzo dobry - to było ważne. Praca zespołowa!
Aaron pięknie powiedział o ich pracy po nawałnicy.
Pięknie.
Tylko znowu przypłacam zdrowiem.



piątek, 20 października 2017

Priorytety

Rozważam kilka możliwości kierunku rozwoju Studia. 
Mam niezły czas, bo mam dużo pomysłów. Nie wszystkie dobre. Część idiotycznych. Część ciekawych, ale trudnych do realizacji. 
Na pewno czas rozpoznać kontekst Międzynarodowy. Jesteśmy na dobrej drodze. Okazuje się, że oprócz kwalifikacji w Niemczech "wygraliśmy" jeszcze tournee po tym kraju, za który oni zapłacą - za wyżywienie i noclegi. Zagramy prawdopodobnie ok. 10 spektakli po angielsku. Wraca moje pierwsze wykształcenie i intuicyjna selfstudy nauka języka niemieckiego. 
Nie wystarcza mi czasu na kompleksową pracę nad wszystkim. Ale może muszę się zreorganizować i zacząć sobie odhaczać wykonane zadania. (Choć wszystko ulega ciągłej niekończącej się weryfikacji za co aktorzy mnie nienawidzą). 
Zacząłem (i mam wrażenie skończyłem) Grzeczną. Teraz tylko to zrobić. Rozwiązania same się nasunęły. Nie musiałem (prawie) w ogóle nad tym pracować koncepcyjnie. Zobaczymy jaki będzie efekt końcowy.  
Z Błażejem niebezpiecznie zgodziliśmy się zagrać przedpremierowo "Kazanie XXI" na Ogólnopolskim Festiwalu. Z jednej strony wypróbujemy to sobie zanim zagramy u nas. Z drugiej tylko raz przedpremierę robiłem na ważnym festiwalu ("Mit"). Ciągle zastanawiam się nad używaniem symboli. Nie jest mi to potrzebne, a z drugiej czym jest teatr jeśli nie inwestycją również w obraz. Poza tym ostatnia scena zyskuje poprzez symbolikę inną rangę. Dotykanie sprawy winy i obecności grzechu przez pryzmat potrzeby obecności Boga. Nie będzie to łatwy spektakl. Ale mi filozofia bardzo odpowiada. Na festiwalu pójdziemy w wersję z obrazem. Odjąć jest łatwiej niż dodać. Tu chodzi tylko o odbiorców. Nie chce ich obrażać, tylko dialogować. Ale ludzie różnie reagują. Obraz działa ciągle silniej niż słowo. A co zostaje jak pozbawić Kołakowskiego tekstu? Nie wiele. 
Jednym z priorytetów teraz jest skończenie książki. Muszę znaleźć czas, żeby do tego wrócić. Boję się, że trochę się wybiłem z tematu. Ale zobaczymy. 
Mamy zaproszenia do grania Pippi. Bardzo ładna powstała relacja w Czasie Chojnic, gdzie dzieciaki też ładnie mówią o tym. To nadaje sens całemu projektowi, który przecież wymyśliłem przeciwko obecnym tendencjom. To niezłe pole eksperymentu. Na razie udało się w każdej z odsłon proponować inną formę (z ekstremalnym pomysłem - mąka). Jak dla mnie jest tam za dużo chaosu na razie, ale to się (może) dogra - jak wszystko. 
Doba zaczyna być zbyt krótka. Danka powiedziała mi ostatnio, że ma ten sam problem - pomysły niekoniecznie przychodzą w pracy, i ona też musi nosić notatnik. 

zdjęcie: wstępny projekt plakatu do Kazania. Ale to jeszcze nie to. 



środa, 18 października 2017

"Dziady" Premiera w Schronisku dla Nieletnich

Bardzo mi się podobała praca z chłopakami. Zdążyłem ich polubić. I nawet im ufam. Wiem i ciągle mi przypominano, że oni tam są, za to, co zrobili. Rozumiem to. I zdaje sobie z tego sprawę. Widzę w nich jednak fakt, że (primo) są dziećmi, którzy łakną... jak to nazwać... (secundo) normalności chyba. Ważne dla nich jest móc ubrać się w swoje ciuchy, zrobić zdjęcie z dziewczyną. Jakoś to wyraża tęsknotę za "normalnym" światem. 
Prowadziłem ich tak jak każdego innego początkującego aktora - tzn w ten sposób, żeby sami myśleli, nauczyli się weryfikować, żeby zadania były postawione ponad ich poziom (ale w granicach ich możliwości). Pięknie się to rozwijało do dnia premiery. Na próbie generalnej zagrali mi na 30 procent możliwości. Jeszcze wkurzył mnie jeden z nich terroryzując mnie, że on "zaraz może wyjść stąd". Opieprzyłem ich po raz pierwszy. I poprosiłem o zaangażowanie jak na próbach. Premiera udała się. Zaskakująco dobrze było trzymane napięcie. 
Następnym krokiem będzie wypracowanie emocji w gestach (w tekście już się to ładnie rozwinęło). Można by też jeszcze trochę wydłużyć spektakl, żeby móc go jeszcze częściej pokazywać. 
Dajemy sobie z Elwirą tydzień przerwy. I wracamy do tego. 
Pierwszy krok - indywidualne spotkania i wypracowanie dykcji. 
Drugi - spotkanie scenami - i wypracowanie emocji w gestach. Tę strukturę można by teraz rozszerzać i uatrakcyjniać, ale spokojnie...

Jeszcze coś wyjątkowego: już po próbie bardzo nieudanej, 20 minut przed występem, siedziałem i myślałem o tym, co jeszcze trzeba zrobić. I nagle jeden po drugim zaczęli przychodzić chłopcy i siadać koło mnie. Nagle cały zespół się znalazł. Już dawno takiej dobrej energii nie poczułem. Zespołowości. Bez słów. Po prostu obecność. 

Jestem pieprzonym idealistą i takie rzeczy są dla mnie ważne. 

zdjęcie: Zuza, która 30 minut siedziała w trumnie.  

poniedziałek, 16 października 2017

"Pippi Pończoszanka" - podsumowanie


Założenie jest jedno podstawowe:
Pippi jest absolutnie wolna i uczy wolności zahukane dzieci Annikę i Tommego.
Wszystko pod to trzeba dopasować, stąd po premierze już wiem, co nie trzyma, co trzeba poprawić.
0. Przy wprowadzeniu jednak mówić o koniu i małpce - bo to część Pippi. Dzieci powinny wiedzieć. Mogę to tłumaczyć, że zrezygnował z grania.
1. Wprowadzenie Pippi - ekspozycja postaci - zbliżenie do widzów poprzez akcję jednak. Tylko jaką?
2. Fraza narratora na początku - inaczej zlogizować ją lub wybrać inną emocję.
3. Narrator - "o tatusiu" - precyzyjniej, wolniej.
4. Murzyńska scena - też da się to uruchomić - zrobimy z tego scenę o wolności
5. Zrezygnowałbym z cukierków i naleśników - z cukeirków na pewno - zły komunikat
6. Zmiana muzy po naleśnikach wcześniej - przejście do jajka - precyzyjniej zbudować rytmy
7. Szybciej wejście muzy między rozdziałem 1 a 2.
8. Forma bitwy - wprowadzić porządek
9. Tak ułożyć bitwę, żeby była szansa na finalny tekst: "Jeśli chcecie wiedzieć co wydarzy się dalej, przeczytajcie książkę..."
10. zadbać o słyszalność Domina. Może też mikroport?

Ogólnie wyszło dobrze aktorsko. Dzieciom się podobało. Podchodziły dzieci i pytały co jest dalej w książce, więc spełnia to swoje zadanie.
Zobaczymy jak to się będzie w nas rozwijać.

Dziewczyny bardzo są sprawne. Jeszcze zobaczymy w która stronę to u nich pójdzie.
plakat świetny: projekt Danuta Wolińska (jeden z lepszych plakatów jakie mieliśmy)

sobota, 14 października 2017

misterium rok temu

przypominam to jako ważne doświadczenie. Trwa próba. Robimy swoje - my aktorzy. Chór ćwiczy swoje. Próbujemy budować "prawdę sceniczną". To sie wydarzyło tak, jakbym po raz pierwszy usłyszał chór - komentarz. USŁYSZAŁ. I ZROZUMIAŁ. I nagle po moich słowach - jak już wszedłem "w Józefa" słyszę - "nie bój się Józefie, weź Maryję i dziecię do siebie"... i nie mogę powstrzymać łez. Leci ze mnie. I nie moge już nic powiedzieć, niczego "zagrać". Jestem zablokowany. Żaden spektakl nigdy tak na mnie nie zadziałał. Było kilku świadków (oprócz 50 osobowego chóru) - ludzie płakali razem ze mną. Ot co znaczy "prawda". To było podczas próby. Zrozumiałem, że podczas spektaklu muszę sie kontrolować/opanować, bo nie dokończę spektaklu. Poczułem "problem" Józefa w tym momencie.
Podczas oratorium wiedzialem juz, ze musze sie opanowac. Było trudno, ale udało się. Przez zablokowanie czucia.
https://www.youtube.com/watch?v=yiPJPgiIAOQ

środa, 27 września 2017

Michael Haneke - Funny Games Le Pianiste



Spielberg jest popkulturowy, wpisuje się w pojęcie atrakcyjności, sprytu, jego konstrukty są dopracowane, bazują na niespodziance. Gdzieś na drugim biegunie jest Michael Haneke. Łączy ich dopracowanie detali i trzymanie napięć. Różnią ich środki. Haneke jest bezczelny w swoich filmach - łamie otwarcie iluzję fikcyjnych napięć, zmusza do zatrzymania się, do refleksji nad tym czym jest fikcja, a czym rzeczywistość. Dobiera ostre środki silnie kontrastywne. Nie martwi go nuda - skupiony jest na sensie. 
Obejrzałem jakiś (przepraszam) dość idiotyczny materiał podsumowujący Funny Games w reżyserii Hanekego - że to niby Haneke "bawi się z nami w grę". Pewnie to przypuszczenie bazuje na tym, że w tytule jest Games. Jeśli to gra, to bardzo okrutna, gdzie oczekujemy ciągle, że bohaterom się uda. Haneke świetnie wyczuwa tu różnicę między Happy Endem fikcji i przerażającym okrucieństwiem rzeczywistości, która na dodatek nie potrzebuje specjalnej motywacji.
Jest tam genialna scena - co za pomysł! - kiedy bohaterce udaje się zastrzelić jednego z oprawców, i złoczyńca... bierze pilota i przewija na "oczach widza". Doskonałe! Happy Endu nie będzie! Choć do końca pozostaje w widzu nadzieja. Paradoks - wzmacnia to fikcję filmu, podbija środkiem artystycznym, żeby uwypuklić tezę: "rzeczywistość jest nie do zniesienia", "jest niebezpieczna", "nigdy nie wiesz kiedy ktoś cię napadnie", "nie musisz zasłużyć na śmierć, żeby ją bez problemu od ludzi uzyskać", "życie wydarza się przypadkiem".  
Jego filmy są wstrząsające. Wszystko jego warto obejrzeć pamiętając, że jeśli coś u niego się pojawia (długa scena, daleki kadr) to na pewno ma to jakiś sens. Finał w Le Pianiste... jezus! 

wtorek, 26 września 2017

Sylvester Stallone

Drogi ludzi są różne. Chciałem napisać o filmie Hanekego "Funny Games", ale najpierw ciągnie mnie w stronę aktora i scenopisarza Stallone'a. Nie miał łatwej drogi. Nie chciano, żeby zagrał Rockiego. Z wyraźną wadą wymowy z uporem maniaka miał nadzieję. Nadzieję, że się uda i że to będzie miało sens. Zagrał w tylu filmach, o których moje pokolenie pamięta. 
Teraz, po tylu latach, gra minimalistycznie, konsekwentnie prowadzi rolę, z ogromnym wyczuciem, i (!) na granicy wzruszenia. Są to ciągle filmy o zwycięskich walkach, ale tym razem zwycięstwo jest natury psychologicznej - dotyczy bohatera, zawiera konieczne zaskoczenie, boks jest pretekstem, żeby opowiedzieć historię bardziej uniwersalną. Oba filmy "Creed" i "Grudgematch" do mnie trafiają. Pierwszy to historia boksera osadzona i wykorzystująca realia współczesnego świata. Z nowoczesnym klimatem, zachowująca coś z Rocky'ego. Ciekawe, z dobrą dramaturgią, świetnym tempem. 
Drugi - lepszy - dwóch pierników 30 lat czeka, żeby zemścić się na sobie. Świetnie wyważone proporcje w dramaturgii. Ciekawe zwroty akcji. Warto to zobaczyć. No i Robert de Niro. Obaj świetnie grający. 
Jakoś ten Stallone przykuwa moją uwagę w tych dwóch filmach. Coś jest w tym graniu intymnego, szczerego. Sentymentalnego? 
Przypomina o sobie. Mówi: jestem stary (starszy), ale jestem. Wartości moje są tu.