niedziela, 14 października 2018

z okazji Dnia Nauczyciela

Z okazji Dnia Nauczyciela, chciałbym podziękować wszystkim tym, dzięki którym jestem odrobinę lepszy, bo miałem szczęscie mieć z nimi kontakt.

Kazimierz Pułakowski - nieżyjący już nauczyciel akordeonu; byłem złym uczniem, ale teraz przydaje mi się bardzo "czucie" muzyki

Marek Pruski - kiedy już mi się wydawało, że doskonale znam język, pokazał mi, co jeszcze można i trzeba zrobić, żeby mówić lepiej; chciałem być nauczycielem angielskiego dzięki niemu. 

Henryk Dąbrowski - nauczył mnie szacunku do słowa; zbudował mnie jako młodego człowieka; nauczył kochać teatr; dał mi wiarę, że "mogę" i "umiem"; dzięki niemu zajmuje się teatrem dziś

Ewa Ignaczak - dała mi życie ucząc mnie krok po kroku aktorstwa; przez rozmowy uczyłem się reżyserii - jak można interesująco budować świat teatru nie kopiując jedynie rzeczywistości. 


Stanisław Miedziewski - otarłem się o erudycję; uczyłem się dystansu i kontroli w teatrze, alikwotycznych właściwości głosu; mądrych poszukiwań; 


Prof. Jerzy Bielunas - wierzył we mnie; uczył mnie pracy detalicznej;
 otworzył nowe przestrzenie dla myśli

Prof. Agata Kucińska - w akademii teatralnej udowodniła mi, że nauka się nie skończyła jeszcze; o rok młodsza ode mnie, ale sama ciągle szuka skutecznie.

Prof. Lech Śliwonik - uczy mnie ciągle krytycznego myślenia


Prof. Bożena Suchocka - jej ostra krytyka, ale też konkretne uwagi pchały mnie do przodu - uczyły mnie na czym się skoncentrować, żeby umieć więcej. 


Może to trochę patetycznie brzmi, bo jak tu dziękować ludziom - jakim językiem? Po prostu mam potrzebę podziekowania moim mistrzom. Wysyłam Najlepsze Życzenia i Serdecznie Podziękowania.

czwartek, 11 października 2018

mojej córce...

po co znać język? właśnie po to, żeby zrozumieć i się może wzruszyć.


niedziela, 7 października 2018

"Luterek" - zajawka


Pani Edyta (organizatorka festiwalu "Luterek") poprosiła mnie, żebyśmy jako Studio nagrali "zachętę" do udziału w Festiwalu. Podobno Pan Adamczyk nagrał też, więc "będziemy w dobrym towarzystwie". Te materiały będą (już chyba są) puszczane na stronie "Luterka". 
Oczywiście, była to świetna okazja, żeby się trochę powygłupiać, więc nagraliśmy zajawkę w naszym stylu. (Nie wszystko wyszło tak jak chcieliśmy, ale zabawa była dobra).
Forma tej zajawki nie jest przypadkowa - chcieliśmy, żeby wyszło to, co w Wejherowie o nas po cichu mówią, to znaczy, że my jesteśmy bardzo nastawieni na wygrywanie, i że prawdopodobnie męczę aktorów, żeby uzyskać takie efekty. :) 
Startujemy w tym konkursie od 12 lat z różnym powodzeniem. 4 razy faktycznie otrzymaliśmy Grand Prix, ale za każdym razem w sytuacji niespodziewanej dla nas bądź dla organizatorów. Pierwsze Grand Prix otrzymaliśmy za "Bóg się rodzi" - totalnie niespodziewane - najmniej przez samych aktorów, którzy miesiąc wcześniej powiedzieli po (po negatywnych komentarzach w Maszewie), że nie chcą już tego grać. Ja poprosiłem, żeby jeszcze raz zagrali właśnie w Wejherowie, i tam sukces. Oczywiście wszyscy nagle chcieli ten spektakl grać! ;) 
Drugie dostaliśmy za "Versusa" - jeden z najlepszych spektakli, które mieliśmy kiedykolwiek w repertuarze - wtedy z kolei organizatorzy uważali, że był spektakl lepszy - mojego kolegi Włodka Ignasińskiego. (Po raz pierwszy mnie z nimi nie było, bo grałem "Uśmiech" gdzieś w Polsce). 
Trzecie - za "Władcę Much" spektakl, w którym lubiłem pojedyncze sceny - teraz zrobiłbym go inaczej, bo mam większy dystans do całości, ale nie było to złe - nie wychodził sens tej książki doskonałej niestety (ostatnia strona w książce: "Raplh stood  with dishevelled hair and wept. Wept for the loss of innocence, ..., and the death of his dear friend Piggy" - tak to zapamiętałem). Spektakl graliśmy o godzinie chyba 9 rano i nie było prawie nikogo na widowni. 
Czwarte - za Belfer#Show. Sam spektakl można oceniać różnie, ale miałem niesamowitą wenę przy robieniu go - cały tekst jest opowiadaniem, w którym nie ma dramaturgii jako takiej - dodałem tam bardzo sprytne rozwiązania scen. Były też dwie sceny słabe, których nie umiałem poprawić. 
Te nagrody - szczególnie dla młodych - to była fajna sprawa, ale nie najważniejsza. Faktycznie na festiwalu uczyliśmy się teatru, i rok po roku przyjeżdżaliśmy z lepszymi propozycjami ucząc się - poprzez eksperymentowanie - jak robić lepszy teatr. 
W zeszłym roku byliśmy z "Kazaniem XXI" i to już była dojrzała propozycja. Zupełnie inna niż te spektakle, o których pisałem tu wcześniej. Teraz jesteśmy skoncentrowani na tym, żeby to było jak najdokładniejsze i żeby było mądre (gwarancji, że tak jest nie ma, ale próba jest uczciwa). 
Do listy tego, co wydarzyło się na festiwalu dołączam jeszcze jedno: "Windę" w reż. Łukasza Sajnaja. Owacja na stojąco. Żadnej nagrody! Kuriozalne wyjaśnienie jury, ale i tak bywa. Nie pierwszy raz coś takiego przerabialiśmy. To wydarzenie ładnie krystalizuje pewne zagadnienie, nad którym od kilku lat się zastanawiamy: dla kogo się gra i tworzy spektakle? Odpowiedź jest jedna: dla normalnych widzów. Tych samych, którzy biorą książki do ręki. Niektóre odkładają, o niektórych pamiętają, niektóre muszą koniecznie mieć na półce, z niektórych pamięta się pojedyncze sceny. Ze spektaklami jest dokładnie tak samo: coś rusza, coś zupełnie nie, coś jest w miarę udane, inne nie itd. 



poniedziałek, 1 października 2018

"Opowieść Wigilijna" - scenariusz

Jestem w trakcie kończenia scenariusza do "Opowieści wigilijnej". W zasadzie pomysł, żeby akurat to zrobić zrodził się jakby mechanicznie - to znaczy potrzebne było "coś" świątecznego. Początkowo chciałem obsadzić Łukasza jako Scrooge'a, ale im dłużej myślałem o treści, tym bardziej przekonywałem się, że ja powinienem to zagrać. Nastrój postaci jest zbliżony do mojego ogólnego nastroju. Scrooge jest depresyjnym, "ciemno" myślącym, racjonalistą - przynajmniej na początku. 
Ot powstałby spektakl dla dzieci i dorosłych. 
Wczoraj doszedłem do sceny, kiedy bohatera odwiedza pierwszy duch - przeszłości. I jakby mnie piorun strzelił. Jednak nie ma przypadku (tekst wybrał mnie ;) ) - wzruszyłem się, kiedy postać wróciła do swojej przeszłości. To dla aktora oznacza, że jest szansa uzyskać jakiś rodzaj prawdy. Wiem, czego się będę w tych scenach chwytać. Nabiera to dla mnie od razu innego sensu. 
Co do tematu samego tekstu - już od długiego czasu zastanawiają mnie decyzje. Na ile są świadome. Do czego prowadzą. O tym zrobiłem "Terror". W przypadku "Opowieści" autor nawołuje do przypomnienia sobie o innych, do zrewidowania własnego sposobu myślenia o ludziach. Jakoś to wydaje mi się mega-aktualne, nawet w tej wersji pedagogicznej (autora). Wolałbym, żeby nasze przedstawienie nie było pedagogiką... ale jeszcze nie wiem. 
Książka powstała jako upomnienie ludzi w czasach, kiedy rozwijał się w Anglii industrializm. Pojęcie "człowiek" przestało znaczyć to samo. Była ogromna potrzeba zadbania o najniższą sferę. 
Ta rzeczywistość mogłaby być skopiowana na scenie - i pewnie zachowałaby swoje uniwersalne przesłanie, ale to wydaje mi się za proste: dlatego po raz pierwszy uwspółcześniam tekst jako eksperyment teatralny. 
Sam często zastanawiam się, po co reżyser uwspółcześnił daną sztukę (szczególnie Shakespeare'a) - uwspółcześnił to znaczy tutaj - powiedzmy w "Księciu Niezłomnym" Calderona wprowadził komandosów, miejsce akcji zamienił na basen (!!!). Po prostu nie jestem w stanie zdekodować takiego zamierzenia. 
Teraz sam się z tym zmierzę - zamieniam Scrooge'a w prezentera telewizyjnego, który ma dwie twarze - miły i lubiany, kiedy na wizji i druga prawdziwą - kiedy jest poza kamerą. 
Konsekwencje takiego wyboru są ciekawe, bo uruchamiają całą machinę teatralną - już wiem, że będzie ekran, na którym w pierwszej scenie wyświetlane będą wiadomości, żeby później wykorzystać go do odwiedzania przeszłości, teraźniejszości i przyszłości z duchami.
Na dziś stawiam sobie takie pytanie: Scrooge zapomniał o tym kim był, jaki był. Czy "powrót do siebie" oznacza tylko dawanie pieniędzy biednym? Na pewno nie. Jaką tu metaforą to poprowadzić w finale? 
PS. Dobry tytuł na spektakl "powrót do siebie".   


wtorek, 25 września 2018

Politycznie

Moje serce jest po lewej stronie. Ojcu mojemu ufam. Widzę, że on dobrze myśli. Nie ma w nim złości i idiotycznych prekoncepcji. Jest myślenie analityczne. Zawsze to u ludzi cienię. Z Pisem nie chce miec nic wspolnego. Nie podoba mi sie ich propozycja rzadzenia krajem. ALE: nie ma we mnie zgody na to, co wydarzylo sie na konwencji wyborczej, gdzie facet z PO wyzywa pana Mrówczyńskiego, a ludzi z Pisu nazywa patałachami. Ten rodzaj dyskursu jest nieodpowiedzialny i ponizej wszelkiego poziomu. 
Prawdą jest, że z panem Mrowczynskim juz nie wiedzialbym, o czym rozmawiac po donosie do Enei.  Z tej strony politycznej przypomina mi to, jak została potraktowana Roksana Galewska przez, jeszcze wtedy nie w Pisie "polityka" w moim wieku, który kazał jej się "pieprzyć" (skrót i cudzysłów). 
Po co buduje się taki "dialog"? Ludzie u góry powinni czuć odpowiedzialność za to, jak ich wyborcy będą myśleć. jakimi kategoriami. naprawde wstyd. I niech nikt mi nie mówi, że polityka rządzi się własnymi prawami. Ludzie generalnie mają w dupie, co politycy między sobą załatwiają. Ale też słyszą jakim językiem się operuje. Można podbijać nastroje anty, albo mądrze kontrargumentować. 
Prawo jest jedno: szanować i nie obrażać ludzi. Dlaczego? 
Bo różnice poglądów, nie mogą prowadzić do jeszcze głębszych podziałów. Moim zdaniem tylko idiota podburza już i tak podzielone społeczeństwo. Wystarczy popatrzeć na Stany. 





środa, 19 września 2018

W taki dzień...



Rzucam to tu, żeby nie zapomnieć. To piękne. Wierszy nie umiem pisać. Zostaje z myślami niewypowiedzianymi. Jak większość z nas. 




poniedziałek, 17 września 2018

Wymiana doświadczeń na początek sezonu.

Dość dużo kosztowało mnie to energii. W Tucholi atmosfera była magiczna. Była wystarczająca ilość publiczności: bardzo dobra energia płynąca od widzów. W Chojnicach niespodziewanie tłumy przyszły i dostawialiśmy krzesła. Ktoś powie: ciesz się, że przyszli! No pewnie, że się cieszę, ale nie mam pewności czy wrócą, bo warunki tej sali nie sprzyjają takiej ilości osób - każdy dodatkowy rząd, każde dodatkowe krzesło po bokach ma swoje przykre następstwo: gorzej słychać, gorzej widać. O tego widza trzeba dbać, i dawać mu jakość. Frekwencja nie jest sukcesem samym w sobie - sukcesem będzie jeśli (nadal) ludzie będą przychodzić regularnie. Dobrze, że już za chwilę będzie inna sala... I dobrze, że nie odpuściliśmy i nawet jak nie mieliśmy gdzie, to te lata wytrzymaliśmy i nie obniżyliśmy lotów (chyba). ALE trwam przy swoim: dawać ludziom zadowolenie, żeby chcieli przyjść następnym razem. Teatr to nie jest nic popularnego. Trzeba ciągle dbać o przekonywać, że warto. 
Energii kosztowało wyjątkowo dużo, bo dwie miejscowości i fakt, że dwa spektakle potrzebowały prób, i trzeci - nie mój - też. Technika sama się nie zrobi. Sale same się nie zrobią. Najbardziej spociłem się, kiedy podczas Lusi wysiadł sprzęt. 
Monice trzeba było pomóc, żeby grała to z większą świadomością, więc w sobotę jeszcze dodatkowe dwie godziny pracowałem z nią. 
Spektakl jej nie nadaje się na duże przestrzenie, musiałoby to być grane w skupionej przestrzeni z widzem tylko i wyłącznie z przodu. Tak zdaje się było w Krakowie, gdzie dostała owację na stojąco. Forma jest ascetyczna i to jest w porządku, bo jest czysto. Pozostaje skupienie na aktorce. Nie rozumiem, po co zostały dodane pewne fragmenty (po tym jak to widziałem w Wejherowie) - zaburzają logikę całości - odbierają flow. 
Spektakl nie jest może atrakcyjny w formie, ale ma swoją siłę. Gdyby pracować nad tym raz jeszcze, to trzeba by się było zastanowić co zrobić, żeby widz dokładnie wiedział "w co" ona gra. (Precyzyjniej: wobec jakiego problemu - bo wiemy, że w kontrze do Kreona). Dziewczyna jest ewidentnie bardzo zdolna, i świetnie się z nią pracuje, bo ona kuma od razu, i od razu potrafi nanieść poprawki. 
Konrad raczej się podobał (a dla niektórych najbardziej), choć dla mnie jest to za mało sprytne. Ta poprawiona wersja do mnie już tak nie przemawia jak tamta. (Ale też muszę przyznać, że nie mam już do tego dystansu). Jedno jest dla mnie oczywiste: drugie wejście Pułkownika powiela wejście pierwsze i obniża napięcie. Dodatkowo jest dla mnie zbyt płaskie dramaturgicznie, ale trudno się z nim walczy. Choć może  i dobrze, bo on jest poszukujący, ma swoje zdanie, chce być autentycznie twórcą tego, no i scenariusz jest jego. 
Szybko rozwinął się bez wątpienia. To, czego musi się nauczyć to precyzji wykonania i wykorzystywania sytuacji dramatycznej - zasada tu jest jedna - jeśli coś się wydarzyło, to nie można w następnej scenie startować jakby poprzedniej sceny nie było (lub w środku sceny: list). Nie będziemy już raczej tego grali, bo on jedzie do Wawy na studia. W planach mam zrobienie Gier Wojennych 2 z Łukaszem (może na dwie osoby?), ale nie na tym tekście, i na zupełnie innych okolicznościach założonych. Mam naprawdę sprytny pomysł na to, no i będzie to coś, czego jeszcze nie robiłem - podpowiem tylko, że nie będzie na czym siedzieć. 
No i Viktoria: spieprzyłem jej sprawę przez to, że zawiodła dwa razy technika - w momentach kluczowych.  
Ja lubię ten spektakl, czekam aż będziemy grali go z rozmową z psychologiem, może coś realnie dobrego z tego wyjdzie. Temat jest dobrze podany, inteligentnie, całość jest atrakcyjna i bardzo w moim stylu - łamanie wykorzystywanych elementów teatru. Mam dobre przeczucia, co do tego spektaklu i jego rozwoju. Zastanawia mnie jedno: w scenie kiedy uwaga przenosi się z "odkrywania" innych dziewczynek w ścianie, na te "dziewczynki" na widowni - moja pseudowrażliwość podpowiada mi, że tam powinien być jakiś kontakt fizyczny, a nie tylko spojrzenie. Może się mylę... ale chętnie bym taką wersję wypróbował. Oczywiście niesie to ze sobą pewne konsekwencje strukturalne - wydłuży się ta sekwencja znacząco, może trzeba by dodać jakiś nienachalny dźwięk, żeby dodać scenie napięcia. 
Ładnie rozpoczął się sezon. Ktoś mi powiedział, że wiedział, że będzie tylu ludzi, bo się "stęsknili". Teraz tylko mądrze rozporządzać tą tęsknotą. Dbać o jakość, o różnorodność. I nie grać na siłę dla tłumów. Te formy nie są dla tłumów. Wymuszają skupienie. Tak jak ostatnio zagraliśmy niesamowite Kazanie XXI w Warszawie w sali, gdzie nagle zapominało się, że jesteśmy w teatrze... To była magia. 
Przeczytałem recenzję Marii: "w sumie było ciekawie". Dla mnie było dużo ciekawiej niż ciekawie. Ale ja jestem świrem. 

piątek, 7 września 2018

spontaniczny filmik :)

Inwestycja w kulturę - inwestycją w siebie. Ten slogan mi wyszedł. :)


poniedziałek, 3 września 2018

Warszawa - Grand Prix za Romea

Aplikowałem o kwalifikację w zasadzie z jednego powodu - bo festiwal organizowała Pijana Sypialnia - bardzo już znany i renomowany teatr. Chciałem zobaczyć jak pracują i w jakich warunkach. Myślę, że nie jest im łatwo. Tym bardziej ich sukces jest zauważalny. 
Byliśmy najbardziej doświadczonym teatrem tam (poza Pijaną Sypialnią), choć to nigdy nie gwarantuje dobrego grania, ani efektu. Dzień wcześniej usiedliśmy z Młodym i nie robiliśmy próby tak jak zawsze, tylko skupiłem się na wyczyszczeniu niepotrzebnych tematów - do kogo w danej scenie mówimy - żeby uniknąć mówienia do nikogo, albo w podłogę. I co gramy - bardzo precyzyjnie tym razem. Na przykład scena "kocyk" zawsze była grana intymnie jako zaproszenie do seksu, ale teraz ustaliliśmy precyzyjniej to zadanie: "magia pierwszego razu". I od razu inaczej to brzmi na scenie. Do tego zadbaliśmy, żeby nie było równej frazy, która powoduje, że nie słyszy się sensów, tylko słyszy się rytm. 

Widzowie prawie od pierwszej minuty weszli w spektakl. Trochę nam roznosili spektakl śmiechem, ale to sprawiło, że graliśmy jeszcze poważniej wypunktowując sceny dramatyczne. 

Na omówieniach usłyszeliśmy jakie genialne to jest i tak dalej. Granie faktycznie było w punkt. Dominik bardzo dobry ze świetną końcówką. Bardzo dobry dialog pomiędzy nami. Zero pustych przebiegów (poza początkiem). Duża dawka prawdy. Spektakl stworzył się na nowo. 

Inne spektakle ciekawe, choć na różnym poziomie. Głównie koncepcyjnie w niektórych przypadkach to leży. Nic nie uratuje spektaklu poza wymyśloną sprawną strukturą. 

A propos struktury: organizatorzy jako imprezę towarzyszącą ustalili spektakl "Bal Manekinów" w reż. Jerzego Stuhra z rolą Maćka Stuhra w teatrze pani Jandy Och Teatr. Bardzo ciekawa pierwsza i ostatnia scena. Reszta według mnie to chaos organizacyjny. Dziwne pomysły z gaszeniem światła kompulsywnym. I nie ma fokusu na niczym w zasadzie. Młody Stuhr bardzo fajny według mnie. Sprawny, zabawny, ze świetnym dystansem. Ale nawet jego sprawność nie powoduje, że "morał" zyskuje na sile - nie ma podbudowy we wcześniejszych scenach. Sceny są prowadzone fabularnie i tyle. 

Zastanawia mnie dlaczego spektakl jest tautologiczny - czy Warszawiacy nie kumają teatru, żeby trzeba było wprowadzać współczesnego policjanta, aby przypomnieć widzowi, że to nie jest historia zaprzeszła? Według mnie to obraża inteligencję widza. 

Spotkaliśmy się z Pijanymi i gadaliśmy długo o teatrze. O tym, że przychodzimy do teatru z chęcią doświadczania czegoś. Przewagą ludzi takich jak my, jest to, że ja wszystko kumam w teatrze. Dekoduję od razu, bo sam używam takiego języka. 
Nie żałuję, że byliśmy w Och Teatrze. To udowadnia, że granice dobrego teatru ciągle wyznacza zaangażowanie, inteligencja, a nie fakt, czy ktoś jest nazywany offem czy zawodowcem. 
filmik: dla zabawy zrobiona relacja po spektaklu.