poniedziałek, 3 grudnia 2018

parenting

They fuck you up, your mum and dad.   
    They may not mean to, but they do.   
They fill you with the faults they had
    And add some extra, just for you.

But they were fucked up in their turn
    By fools in old-style hats and coats,   
Who half the time were soppy-stern
    And half at one another’s throats.

Man hands on misery to man.
    It deepens like a coastal shelf.
Get out as early as you can,
    And don’t have any kids yourself.


poza dwoma ostatnimi wersami. true.
Philip Larkin

piątek, 30 listopada 2018

jak ważne jest wspólne nazywanie intencji...

Spotkaliśmy się z Piotrem na próbie wznowieniowej "Dziecka", ale tylko z Piotrem (Błażej jest rozegrany). Okazało się jak bardzo się nie zrozumieliśmy w pracy - a konkretniej w rozumieniu zadań aktorskich (wnioski po 106 spektaklach "Dziecka"!!!). 
Przykład: scena śpiewana "aaaa kotki dwa". Zadanie (od zawsze) było ustawione na "ma być pięknie" (wcześniejsza scena jest okrutna; trzeba to przełamać). 
Ponieważ zostawiam aktorom sporo wolności w wypełnianiu pojedynczych scen (dopoki trzymają się interpretacji) czasami było tak, jak bym chciał. Czasami było mało "piękna" - mało dźwięku, dość nudnawo. Kiedy zwróciłem Piotrowi uwagę i poprosiłem o inną "bogatszą" wersję śpiewania, on zaśpiewał "na bogato" (cyt.). No właśnie o to mi chodziło od samego początku!!! A on na to, że to dla niego nie jest "pięknie", tylko z ozdobnikami. Krótko mówiąc INACZEJ rozumieliśmy zadanie na poziomie semantycznym. 
Ile takich nieporozumień jest jeszcze - zadaję sobie pytanie. 
Wnioski są proste: trzeba skrupulatnie nazywać z aktorem podczas prób z tekstem jakie jest zadanie. Najlepiej zapisywać to. 
Inną sprawą są narzędzia aktora: dramat vs dystans. I świadome wykorzystywanie ich. Ale to opiszę następnym razem. 
"Dziecka" nie powinniśmy już grać moim zdaniem. Przeszliśmy już całą drogę tym spektaklem - wydarzyło się już wszystko - było niesamowicie, źle, i średnio. Teraz spektakl wymagałby przysiedzenia nad nim, żeby dać sobie szansę odkryć coś nowego. Ani Piotr ani Błażej nie mają na to czasu. 
Szczerze mówiąc jestem zdziwiony, że ten spektakl (który zasadza się na jednej prostej zasadzie fragmentaryczności snu, a od strony struktury pozbawiony jest psychologii; jest osadzony na silnej strukturze rytmicznej) otrzymał tyle nagród. 




poniedziałek, 26 listopada 2018

Ostatni w tym roku festiwal - Windowisko Gdańsk

Na szczęście to już koniec wyjazdów. Windowisko skończyło się dla nas dobrze - Błażej dostał nagrodę dla najlepszego aktora. 
ALE: spektakl nie zaczął się dobrze. Widzowie - niestety złożeni w głównej mierze z innych uczestników - postawili niezłą ścianę i Błażej pierwszą część grał w ogóle się nie przebijając. Potem, aż się zdziwiłem - potrafił się zatrzymać i "grać swoje". Zaczął inwestować w emocje i zaczęło być dobrze. Druga część dla mnie za słaba. (zapomniał o kuli; scena tańca zupełnie bez sensu, dziwna była rytmika tej części) Zrezygnowaliśmy z tatuażu - jak się okazało niesłusznie. Po spektaklu przegadaliśmy, co się wydarzyło. 
Do tego - mamy to już sprawdzone - nawet się specjalnie nie zmęczył, brakowało trochę tego ognia (dwie godziny wcześniej na próbie doskonałej, leciało z niego). Ale ja już widziałem to tyle razy, że tracę dystans. Ja go generalnie podziwiam za to, co on potrafi na scenie. A w tym przypadku należą mu się gratulacje, że pomimo tego, że nie było napięcia potrafił nie "grać na pamięć" tylko zainwestować w siebie i przełamać się do widza. 
Świetnie, że w Wybrzeżu. Świetnie, że takie jury to oceniało: Paweł Szkotak - dyrektor teatru Polskiego w Poznaniu, i Adam Nalepa - reżyser teatru wybrzeże. Jury bardzo chwaliło spektakl. Mówili, że nowoczesne, mega inteligentne, że nie ma się do czegoś przyczepić (choć ja bym coś znalazł). Doskonale ocenili strukturę i zamysł. Że artystycznie bardzo ciekawe. Aktor, który był trzecią osobą w jury, powiedział, że Błażej gra jak zawodowiec, i że mogliby grać w tym samym teatrze. 
Miło, miło. 
Ja osobiście jestem zmęczony jeżdżeniem. Dobrze, że to już koniec. Trzeba trochę odpocząć. Koncentruję się teraz na Scroogu i na scenariuszu do "Mechanicznej Pomarańczy". To może być dobry spektakl. Mam tak kosmiczny pomysł, że to mnie nakręca.
Sto razy ważniejsze od jakichkolwiek nagród jest poziom spektakli. O tym trzeba myśleć. Ma się ludziom podobać. Piszą do mnie różne osoby prosząc o to, żebym zrobił komedię. Ja tak na zawołanie nie umiem robić niestety, ale mogę zadbać o to, żeby spektakl się dobrze oglądało (chyba).
Różnica między normalnym widzem, a specjalistą jest mniej więcej taka: że specjalista woli mniej środków, a widz chciałby, żeby było atrakcyjnie, żeby to była "dobra" rozrywka.

piątek, 23 listopada 2018

Drugi festiwal - Szczecin

Ogromnym wyróżnieniem była możliwość pokazania się w Teatrze Kana. To już legenda polskiego teatru (ostatni raz grałem tam dobrych kilka lat temu "Uśmiech Dostojewskiego"). 
Myślę, że spektakl wchodzi w fazę niebezpieczną, z dwóch powodów: napięcie pojawia się dopiero od jakiegoś momentu, i fraza zaczyna być podawana zawsze tak samo. 
Młody od połowy trzymał spektakl bardzo dobrze, podczas gdy ja byłem beznadziejny. Aż byłem zdziwiony, że jestem niemyślącą kłodą drewna. Nie mogłem (poza końcem) osiągnąć żadnego przyzwoitego stanu emocjonalnego. Jakby coś we mnie umarło. 
Inne spektakle? Coś dziwnego się tam zadziało. Spektakl Marka, który widzieliśmy w Gorzowie zmienił się nie do poznania - w Gorzowie ta historia była o przyjaźni, teraz zrobiła się o... nienawiści. Zbyt ostro grana, brakuje kontrapunktu. Sceny się zaczynają i tak samo się kończą. Coś się przekombinowało. 
Spektakl Michała niezrozumiały. Coś w tym języku teatru jest nie do rozkodowania. Nie pogłębia treści. 
Nasz spektakl widownia przyjęła bardzo dobrze. I o dziwo jury też. Był tam krytyk, który był też w jury w Gorzowie, gdzie spektakl się rozsypał nam totalnie (pani, którą Dominik wybrał do "jednej z" miała jakieś problemy chyba psychiczne, i zaczęła dyskutować), a "Julię" Przemek (członek jury) po prostu namówił na to, żeby wyszła na scenę. I się zrobiła masakra. 
Teraz krytyk powiedział, że rozumie, jak to powinno wyglądać. No i że to zupełnie inna optyka w Szczecinie. 
I teraz dla mnie najciekawsze: już dawno nikt nie zakwestionował mojego aktorstwa - to znaczy przez jury otwarcie - Piotr powiedział mi, że moje "wycofanie" gra na korzyść młodego, że nagle jest to historia o relacji, a nie o współzawodnictwie. Zapytał się mnie, co się stało, że tak zagrałem "skromniej". Prawda była taka, że po prostu byłem chory i ledwo dawałem radę, stąd to (niezamierzone) wycofanie. No i ta moja drewniana (emocjonalnie) postawa. 
Wniosek: grać mniej. To ciekawe, bo ja się nie zastanawiałem nad tym, że pewna szerokość może całości nie służyć. Wypróbuje sobie na następnych graniach tę "skromność". 
Dobrze ta uwaga też koreluje z tym, co próbuję osiągnąć w Scrooge Show. Tam też, chce małymi środkami grać. 
Było ciekawie, choć z powodu choroby ciężko. Skończyło się dla nas nad wyraz dobrze (w sensie werdyktu). Może czas odłożyć ten spektakl na chwilę. I wrócić do niego z jakąś świeżością. 

na zdjęciu: jedna z dwóch dla nas przyznanych nagród (na 4 przyznane): wyróżnienie aktorskie dla Dominika, poza tym dostaliśmy jeszcze Nagrodę za spektakl. 

poniedziałek, 19 listopada 2018

Dwa festiwale w 4 dni - najpierw Wejherowo

Pojechaliśmy z "Popatrz na lusię" do Wejherowa. Pierwszy raz pokazywaliśmy go na festiwalu. Dodatkowo na ogromnej scenie Filharmonii Kaszubskiej. 
Posypało się prawie od początku. Aktorka się mocno zestresowała - nawet myślę, że nie z jej winy. 15 minut to za mało, żeby porządnie przygotować się do występu - ogarnąć przestrzeń. Dodatkowo w pełnym napięciu, bo naciska się "czy już gotowi?". Oczywiście wiedzieliśmy, że takie są wymogi festiwalu (i dla każdego takie same) więc po prostu trzeba się podporządkować i tyle. 
Nie udało się wejść w prawdziwe stany emocjonalne. Aktorka nie widziała widzów. Najwyraźniej to jest jej potrzebne - stąd czerpie energię emocjonalną (ja mam tak samo). 
Interpretacyjnie było dobrze, natomiast w wykonaniu zabrakło "dobrych" tonacji. Obiecaliśmy sobie, że jak będziemy robić następną próbę, o to zadbamy, nad tym popracujemy. 
Ciekawie wyglądały natomiast omówienia. Było bardzo ostro. Jury, w którym była naprawdę mądra i oczytana aktorka Magdalena Smalara i świetnie potrafiący dekonstruować spektakle Michał Pabian (co zawsze cenię najbardziej w jury) objeżdżali z góry na dół bezlitośnie wszystkie spektakle. Poza 4 (w tym nasz).  
Było to ostre, ale muszę powiedzieć, że prawdziwe. Podawali sensowne argumenty, z którymi czasami można polemizować, ale ogólnie to były uwagi tak konkretne, że gdyby autorzy przemyśleli je, i wprowadzili poprawki, to mieliby o 50 procent lepszy spektakl. To się rzadko zdarza na omówieniach. Najczęściej słyszy się jakieś pseudo-uwagi, które trudno zinterpretować, i nie wiadomo potem, co z tym zrobić. 
Nasz spektakl wyróżniono. Powiedziano o dobrej konstrukcji, ciekawych znakach teatralnych itd. i powiedziano, że Viktoria jest bardzo dobra. Co przy braku tego, co ona robi jak zazwyczaj gra, było miłym zaskoczeniem.  
Na koniec powiedziałem (jeszcze na omówieniach) do pani dyrektor Filharmonii, że od 13 lat jestem na tym festiwalu, i jeszcze tak ostrych uwag nie słyszałem od nikogo. (Nawet od prof. Suchockiej, która potrafi przywalić). Powiedziałem to wobec uczestników, żeby wiedzieli, że ta ostrość w tym przypadku jest dowodem na to, że traktuje się nasz ruch poważnie, a nie z przymrużeniem oka na zasadzie "niech sobie młodzież gra". 
Moje słowa zostały różnie przyjęte - pani Edyta powiedziała mi, że jury nie powinno tak robić, i że niepotrzebnie "chwalę" ich za to, bo ja sobie z krytyką radzę, bo jesteśmy "świetni". (Gdyby tylko wiedziała...) 
Oczywiście z niektórymi radami jury można dyskutować, jeśli się ma trochę doświadczenia. Na przykład sugerowano aktorowi, żeby "buntował się" przeciwko reżyserowi. To znaczy kwestionował jego propozycje. To dosyć niebezpieczna konstatacja. W teatrze buduje się zespół oparty na wzajemnym zaufaniu - ani aktor, ani reżyser nie ma pewności, że "robi dobrze". Ufamy sobie na wzajem, jednocześnie akceptując wzajemne porażki, i nieumiejętności. 
Był spektakl piękny (pani Basi Malawskiej z Wejherowa) - wszystko działo się w poezji (choć bez słów) - w poezji to znaczy pełne niedopowiedzeń, z ogromną wrażliwością na to, co dzieje się między ludźmi. Ten spektakl dotknął część widowni. Na omówieniach został zmiażdżony. Podszedłem potem do pani Basi i powiedziałem, jak bardzo mi się podobało. Było jej to potrzebne, bo ona nie była przygotowana na aż taką krytykę. Ja wolałbym być zruganym przez jury, ale dotknąć widza, niż zagrać "fajnie" dla jury, ale pozostawić widza obojętnym. Mam wrażenie, że tak było z Lusią. Może to wynikać z tego, że aktorzy młodzi, którzy występują (widzowie na naszym spektaklu składali się już tylko z aktorów innych grup) są pewniakami. Nie mają problemu Lusi. Są pewni siebie, nawet może do jakiegoś stopnia arogancji (sądzę to, po tym jak na korytarzach słyszałem jak to "my wygrywamy ten festiwal"). 
Na dużej scenie nasz spektakl inaczej działa. Będziemy mieli okazję to sprawdzić na naszej nowej scenie Chcku. 

na zdjęciu: "Starsi koledzy gratulują młodszej koleżance" - Domino i ja - kiedy ogłaszano werdykt graliśmy akurat "Romea" w Szczecinie. Relacja w następnym poście. 



środa, 14 listopada 2018

...wątpliwości

Pojawiły się pierwsze wątpliwości czy w dobrą stronę prowadzę ten spektakl interpretacyjnie. Podobno mam tak zawsze. Zrezygnowałem z postaci niepełnosprawnego Timiego, żeby nie poddać się sentymentalizmowi. Zmiana znaczeniowa w stosunku do oryginału jest ogromna. Ale też jakoś ciekawa. 
Skończyłem wczoraj ostatnią scenę. Aktorsko najtrudniejszą. Nie mam pojęcia, czy jestem w stanie wydobyć z siebie tyle pozytywu. 
No nic. Muszę podwoić wysiłek. Od zawsze wierzę, że tylko jeśli jest wysiłek ogromny przy pracy, będzie efekt. 
Świetnie pracuje się z Davidem, z którym nagrywamy clipy do spektaklu. On ma świeże pomysły i  wykonuje te filmy na bardzo wysokim poziomie. Już bym chciał zobaczyć jak ludzie zareagują na ducha Marley'a. Mi się to bardzo podoba. W ogóle jego pomysły są po prostu dobre. 
Na tym spektaklu uczę się transpozycji myśli - tak jak Grotowski o tym pisał - przeniesienia do nowych warunków "na dziś". Pierwszy raz coś takiego robię. To ciekawy proces, choć tak jak pisałem wcześniej dość niebezpieczny. 
Jak oglądam uwspółcześnienia Szekspira w teatrze, to zawsze zadaje sobie pytanie czy to było tego warte. Odpowiedzi są różne, czasem te przeniesienia dodają niczego, a nawet nie zmieniają oryginału, więc po co to robić - widziałem kiedyś takiego Calderona (to był "Książe Niezłomny"), gdzie wszystko działo się w basenie, i nagle na basen (!) napadali komandosi. To było... dziwne. Nie byłem w stanie odczytać po co zostało to przeniesione na basen. 
Oby tak nie stało się tu. Moja odpowiedź brzmi: my przenosimy, bo ta historia XIX-wieczna nie ma racji bytu w XXI wieku. Jest patetycznie pedagogiczna. 

poniedziałek, 12 listopada 2018

"Scrooge Show"

Tytuł posta to prawdopodobny tytuł spektaklu. Szybko w spektaklu przekonamy się, że chodzi o media, manipulację... i ogromną samotność w jego świecie.
Chciałbym uniknąć płytkiej oceny konsumpcjonizmu, bo jestem jego częścią (i wcale nie cierpię z tego powodu, że mam do niego dostęp).
Wkurzają mnie w teatrze - spektakle, które próbują udowodnić jak to celebryci są źli, reklamy są złe itd.
Jeśli już, to w człowieku rozgrywa się jakiś konflikt - ile z tego świata przyjmuje, i czy to jest tego warte. Proste oceny są dla prostych, binarnie myślących ludzi. 
(Należałoby dodać, że w moim środowisku na niektórych festiwalach, takie proste konstrukcje łatwo zyskują poklask u jury). 

U Dickensa rzecz dotyczy Scrooga, który jest kontrą do "dobrego" świata wokół niego. U nas transpozycja w XXI wiek wymusiła zasadne pytanie: kim Scrooge byłby teraz. I odpowiedź (może niesłuszna) brzmi: jest trybikiem maszyny, która tworzy w człowieku konflikty nie do pogodzenia. W efekcie prowadzi to do samotności. 
Scrooge świetnie wpisuje się jako gospodarz telewizyjny w ten świat, który zapomniał o drugim człowieku. Ale nie zapomnienie jest tu tematem, tylko decyzje. Całe swoje życie Scrooge podejmował złe decyzje. Była inna droga. (jak w wierszu "Two roads diverged in a forest" - R.Frost) Ale on wybrał, poddał się (?) tej niewłaściwej. 

Ktoś powie - no tak - ale jak tu odróżnić "dobro" od "zła". I ja jestem pierwszym człowiekiem, który zadałby to pytanie. Kierujemy się własnymi odczuciami, chęciami, często dobrymi intencjami, żeby coś osiągnąć, a nawet dla kogoś, więc niby "dobrze".  

ALE: w gruncie rzeczy dość łatwo jest dojść do wniosku, że "czyn" nie jest dobry. Jest przeciwko drugiemu człowiekowi. Nagina prawdę do niewyobrażalnych proporcji. Wiemy to. Cokolwiek sobie potrafimy wmówić.

Cała rzecz w tej historii jest ujrzeć kawałek siebie. Przejrzeć własną przeszłość, określić co się udało, co nie, gdzie zostały popełnione błędy. Oczywiście z tym już nic nie można zrobić. Ale jest przyszłość i związane z nią możliwości. Wydaje mi się, jakbym od długiego już czasu "maglował" w teatrze to samo.

Scrooge w naszym spektaklu jest integralną częścią tego świata, który zatracił rozpoznawanie podstawowych wartości. Aż mnie boli patetyzm tego zdania. Ale w głębi serca, jakoś bardzo wewnętrznie, czuję potrzebę powrotu do wartości. Też gdzieś to zgubiłem.  

"Opowieść wigilijna" Dickensa jest pokrzepiającą bajką o powrocie do siebie - do dobra. Ale co to znaczy dziś? Czym jest ta historia, albo może jaka by była ta historia dziś? Pracuję z aktorami nad tym, żeby to uwspółcześnienie było nasze, żeby wyrażało nasz stosunek do niej. 

Teatr rządzi się własnymi prawami - każda zmiana struktury oryginału prowadzi do zmian znaczeniowych i trzeba być czujnym. Do tego literacka warstwa tekstu nijak się ma do dramaturgii dialogu. Zbudowaliśmy co prawda cały przebieg psychologiczny sceny, ale język czasem trąci pedagogiką. 

Jeszcze dużo pracy. Dla mnie to jest... chciałem napisać oczyszczające... ale chyba nie. Po prostu działa na mnie. Wzrusza mnie. Chyba rozumiem postać, której w zasadzie nie gram. To znaczy nie mam potrzeby grać dużo. Chciałbym jak najbardziej zrezygnować z siebie podczas grania. Szukam uczciwej prawdy jego intencji. Chcę poddać się historii i dialogowi z innymi aktorami.


poniedziałek, 5 listopada 2018

Konkursy dla dzieci i myślenie o przyszłości

Jesteśmy bliżej zachęcania młodych do udziału w naszych konkursach recytatorskich. Ubolewam nad tym, że w konkursach trzeba określić kto jest lepszy, ale w tym roku - w Eko-arcie - udało nam się zbudować nową platformę w trzech najmłodszych grupach. Nową platformę, która ma zachęcić do uczestniczenia w konkursach "kulturalnych" - ergo chęć uczestniczenia w sztuce w naszym mieście - ergo tworzyć nowe pokolenie, które będzie wrażliwsze. 
Wszystko zaczęło się od najmłodszej kategorii - dzieci 1-3 - nie umiałbym nie dać im nagród. Każdy z nich był tak otwarty, proponował świetną jakość (taką o jakiej już potem zapominamy jako aktorzy - to znaczy "niczego się nie boję"). Więc pomyślałem, że można dać każdemu nagrodę - tylko podzielić to na wyróżńienia 1 i 2 stopnia. 
Skutek - różnica w odbieraniu nagród przez dzieci całkowicie inna. Czuły się docenione. I uśmiechnięte. Do tego dopasowaliśmy nasze zachowanie - nie pieprzyłem o tym jak trzeba mówić - oczywiście trochę tak, ale koncentrowałem się na tym, żeby dzieci się śmiały. I udało się. (przebijaliśmy piątki). 
Rozluźniliśmy ten konkurs - zaczął Łukasz, który jako wicedyrektor fajnie szukał kontaktu z młodymi. ja potem robiłem to samo i cieszyłem się razem z nimi. 
Napisałem artykuł do "SCENY" o tym jak konkursy recytatorskie stają się elitarne, i już nie edukacyjne. Przestają promować literaturę. Zaczynają być tylko popisem i rankingiem kto jest lepszy. 
Od dwóch lat prof. Śliwonik zaprasza mnie do finału OKR'u i zaczynam to dobrze rozumieć - jak konkurs przestaje być popularny wśród "normalnych" ludzi. Na pewno będą rożne opinie o moim artykule. Nieważne czy ktoś się zgadza czy nie - ważne jest, żeby zredefiniować cele konkursu. Udało nam się to zrobić w Chojnicach. Zobaczymy czy uda mi się przeforsować zmiany w Polsce. 
Wygrałem 50. OKR. Nic mi to nie dało, poza prestiżem. Więcej dało mi wtedy, kiedy dostałem 3. nagrodę - poznałem mojego przyszłego reżysera Stanisława Miedziewskiego, i w koncercie galowym występowałem ze wspaniała recytatorką Kasią Flader (ona dostała chyba drugą, ja trzecią nagrodę) (teraz Flader-Rzeszowską), która obecnie jest doktorantem w PWST Warszawa. 
Krótko mówiąc - świetnie że są Kwietniowe Spotkanie. I dobrze, że Chck szuka formy dotarcia do młodych. 
Szczerze mówiąc, wśród wszystkich uczestników wyczuwam to, co nazywamy potoczne talentem. Bardzo często wśród młodych, którzy nie dostają żadnej nagrody. Ale mają dobrą wyczuwalną myśl, tylko nie umieją jej wyrazić. Wystarczyłoby kilka prób z kimś kto ma pojęcie, żeby wydobyć to na wierzch.  Oczywiście to jest długi proces. I ciągle będzie się kwestionować, co się potrafi. Tak jest w naszym zespole aktorów. 
Konkurs prowadzi Ewa Kierplik, która po prostu wspaniale organizuje ten konkurs. Ja tego nie umialem zrobić, wcześniej też było to organizowane źle, ale ona naprawdę dba o to, żeby dzieci wychodziły zadowolone.