piątek, 30 października 2015

M I T - monodram o solidarności


Premierowo pokazywaliśmy "M I T" - monodram, który zrobiliśmy w dwa tygodnie z Viktorią Szopińską. Wymyśliłem to, żeby ona wyszła poza recytację; żeby wpuścić ją w taką formę, która będzie trudna i wymagająca. Uprzedziłem też, że jest to ryzykowne, bo mało czasu, ale też powiedziałem, że będzie to grała nie tylko na festiwalu.  
Pomyślałem od razu o tekście L.Kołakowskiego jako punkt wyjścia do przerobienia tematu mitu - zastosowaniu tego, co się nazywa mityzacją - czyli, jeśli dobrze rozumiem to pojęcie, w skrócie, umieszczenie fragmentu rzeczywistości "pod" mitem. 
Tutaj sprawa dla mnie była od początku oczywista. Świetnie ten bunt koreluje z wydarzeniami 1980-89. Na początku staraliśmy się doprecyzować tę historię - tzn, żeby w finale okazało się dosłownie (w obrazie: polska flaga), że ta metafora dotyczy tych wydarzeń, ale potem (po rozmowie z Łukaszem też) uznaliśmy, że to nie jest potrzebne. To dla mnie nowe, bo ja lubię stawiać jasno tezy. Podczas pracy nad tym echem odbijały mi się słowa Kapuścińskiego w Lapidariach o emocjach tych wydarzeń; o tym jak całe miasto było ze strajkującymi. Miałem wątpliwość czy uda się nam to złapać na scenie bez nazywania po imieniu. Sprawdzianem miało być granie na festiwalu. 
Dzień wcześniej mieliśmy jeszcze konflikt między aktorką a Łukaszem, który polegał na tym, że Łukasz chciał pomóc (ja go poprosiłem o spojrzenie świeżym okiem), a ona nie chciała słuchać. Wszystko jakoś jej przeszkadzało, a najbardziej odczuła chyba brak czasu. Próba dzień wcześniej była bardzo zła aktorsko, ale udowodniła mi, że to się kupy trzyma, bo miało to swoje niesienie, zróżnicowanie, tempa, i ostatecznie napięcia. 
W Wejherowie było... zaskakująco dobrze. Viktoria zmusiła się do wysiłku i koncentracji i było to naprawdę dobre. Powiedziałbym, że ona była lepsza od konstrukcji, bo np. okazało się, że nie potrzebna jest muzyka w pewnym fragmencie, bo ona to świetnie trzyma. Tam tylko zostały nam szczegóły do dogrania, a potem to już jest jej festiwal bez mojej ingerencji. Pewien pan siedzący w jury nawet pochwalił ją za (według mnie) najsłabszy element jej wykonania czyli dykcję. Nad tym też musimy posiedzieć. Aktor z Gdyni (z Miejskiego) powiedział Viktorii, żeby się mnie trzymała, bo ma świetnego instruktora. Miło, że jej to powiedział. Szczerze mówiąc zrobiliśmy ten monodram, żeby jej zwracano uwagę na jej słabe strony, ukierunkowywano ją. Zaczęło się od klepania po ramieniu i właściwie nic do pracy nie zostało wypunktowane. Ale w grudniu ona pojedzie na jeszcze jeden festiwal (beze mnie) i może wtedy ktoś jej  na coś zwróci uwagę. 
Pomyślałem, że taka forma jest świetna dla aktora, żeby się rozegrał. Poza tym daje mi szansę skoncentrowania się na jego aktorstwie. Zrobię taką formę z tymi dziewczynami, które będą chciały dalej współpracować. Zacznę od Buszka i Podolskiej. 
Jeszcze taka uwaga do siebie: to jest proste, ale skuteczne. I przez odjęcie skomplikowania (typowego dla mnie) czyste. Te dwa następne też tak spróbuje zrobić. Teraz badam "garb".

poniedziałek, 26 października 2015

Wejherowo i Gdańsk - aktualizacja


Tydzień temu graliśmy dwa razy spektakl "Belfer#SHOW" (i premierowo "Mit" w wykonaniu Viktorii - o tym oddzielny post) w Wejherowie i wieczorem w Gdańsku na Windowisku. Pierwsze granie było bez próby, bo młodzi studenci (studentki) są rozsiani po Polsce i mogliśmy się spotkać dopiero na miejscu w Wejherowie. Spektakl z powodu ogromu sali rozłożył się w czasie, wydłużyły się sceny - spektakl zyskał czas, który pogłębił relację z bohaterem. Scena śmierci zagrała jak marzenie.
Było tam trochę błędów aktorskich związanych chyba z jakimś rodzajem braku zaangażowania - schodzenie prywatne ze sceny (Nicka i Paulina), odtwarzanie tekstu (Paulina - impresario, Kamila - połowa pierwszego wejścia dyrektorki, Seba - "jeśli ciało ucznia..."), za dużo grania (Łukasz - Hamlet; niebezpieczny jest też ten drugi fragment, bo już Łukasz zdążył go sobie silnie zrytmizować, niewiele się tam już wydarza nowego - trzeba na to uważać). 
Z mojej strony - i Windowisko mi to potwierdziło - obecność impresario w tym momencie po minister rozwala nastrój, odbiera bohaterowi siłę i zapominamy o zabiciu (przemyśleć!). Ida podpowiedziała, żeby końcówkę nie zostawiać taką (podobnie powiedziała Maria Eichler, ale tu nie mogłem znaleźć dla siebie uzasadnienia) - Ida powiedziała, że najgorszym co dla niego się może stać, to to, że córka pójdzie w jego ślady; ergo jest w tym rodzaj okrucieństwa, a my zostawiamy tę historię otwartą, ale w patosie... to cenna uwaga. I też uwaga do MNIE, żebym jednak DLA ODMIANY umiał rozważyć coś SZERZEJ i INACZEJ niż moje myślenie!
W każdym razie to granie było równe, dość dobre, ale nic się nie wydarzyło, nie poszło do przodu, nic się nie zmieniło w percepcji aktorów. 
Windowisko to już inna sprawa. Wszyscy nagle poczuci ciśnienie jak zobaczyli w jakiej przestrzeni gramy, jaki ścisk panuje (zaskakująco służący sytuacji), jaka jest ranga festiwalu, jak inne będzie musiało być zaangażowanie. I faktycznie. To było bardzo ważne granie dla tego spektaklu. Rodzaj energii aktorskiej i "świeższego" myślenia jest nie do przecenienia. Teraz myślę, że jest szansa, żeby się to jeszcze rozwinęło. Poszło głębiej. Poszerzyło aktorów. Tak naprawdę potrzebuję ze 3 dni prób, żeby to usprawnić, wyczyścić. Powiedziałem jasno: jeśli mamy z tym jechać do Warszawy, to bez prób i zaangażowania nie jadę z tym. 
Pomyślałem też, że każda ze studentek potrzebuje takiej formy jaką obecnie ma Viktoria, żeby się ograć i żebym miał szansę popracować nad tym, nad czym w spektaklu nie mam czasu. Ta forma monodramowa Viktorii nie kosztowała mnie prawie nic - jest to prościzna, bez wymyślnego języka, wszystko dopasowane pod treść, zadania postawione tak, żeby były trudne i różnorakie. Silne zmiany, rytm porządkujący materię. Dość to precyzyjne, choć po Wejherowie musimy wejść i wyczyścić zmiany pomiędzy postaciami. Ale czuję, że to dla niej był strzał w dziesiątkę. Nie usłyszałem dziękuję. Ale też przestałem tego oczekiwać.
W Wejherowie dostaliśmy trzy nagrody, z których dla mnie najcenniejszą jest Nagroda Aktorska dla Seby, bo on sobie na to zapracował. Myślący aktor, który weryfikuje, poddaje w wątpliwość, zadaje pytania, jest 100% zaangażowany. Ależ się ucieszył. 
Wejherowo było ważne jeszcze z innego powodu. Oni obchodzili 10-lecie istnienia Luterka - dla mnie ten festiwal był najważniejszy przez długi czas w kalendarzu, bo myśmy się tam uczyli teatru. Uważnie słuchaliśmy komentarzy, wskazówek, oglądaliśmy inne grupy. Miałem ogromną potrzebę podziękowania za te 10 lat (a my nigdy nie należeliśmy do najłatwiejszych zespołów w obyciu - zawsze był jakiś problem z nami). Kupiłem 11 róż (10 na jubileusz i jedną w nadziei na przyszły rok) i udało mi się podziękować podczas wspaniałej gali. Przewspaniałej. Doskonale zorganizowany jest ten festiwal. Byłem zaskoczony, że tylko nasze Studio wykonało taki gest. Uhonorowany był też mój Mistrz, o którym bardzo ciepło wypowiadała się p.dyrektor.   


czwartek, 22 października 2015

To czego nie umiemy.

prawda jest taka. Przyjemna prawda jest taka, że co chwilę odkrywamy sensy w teatrze. 11 lat i ciągle odkrywamy. Z niektórymi jest trudniej (Vi), ale zawsze zostaje z Łukaszem, żeby obgadać myśli (też  z Sebą który weryfikuje). Bardzo to dobre i ma charakter iluminacyjny kiedy odpowiadamy sobie na pytania.
Byłoby świetnie gdyby tych partnerów było więcej. ale na to trzeba zapracować. jeszcze dam sobie szanse. (przed)ostatnią.

środa, 21 października 2015

29 października - goscinnie teatr

reżyseria: Błażej Tachasiuk
projekt plakatu: Martyna Zienkiewicz

poniedziałek, 19 października 2015

Gorzów - Versus - Łukasz Drewniak

Gorzów nas zaskoczył. Najbardziej atrakcyjny spektakl Versus nie miał żadnego trzymania. Nic się nie sprawdzało. Widownia od pierwszej sceny pozostała chłodna. Na omówieniach aktorzy dostali cięgi, i ja za niezrozumiały powód robienia drugiej wersji Walizki. Łukasz Drewniak, który bardzo sensownie mówi, pamiętał wersję poprzednią (która rok wcześniej wygraliśmy Bamberkę) i powiedział, że według niego jest to najlepsza adaptacja Walizki jaką widział włączając w to duże produkcje teatrów zawodowych. Co do tej wersji ani nie widzi sensu, i uznaje, że to poniżej poziomu tego słuchowiska. Padło też takie stwierdzenie, że Polska jest tylko niszczona.... tu myślę, że warto przemyśleć ostatnią scenę - przekrzykiwanie się; może dać temu czas; zbudować to jako pełną scenę. Na początku przejęliśmy się nie rozumiejąc co się właściwie wydarzyło. Teraz przekuję to w pozytyw - większą dbałość o detal. Prawda jest też taka, że graliśmy bez porządnej próby. Tylko ciesząc się, że mamy szansę do tego wrócić. Aktorzy zrobili jak dla mnie krok do przodu. Szczególnie Daria, która była logiczna i zaskakująco precyzyjna. To się kłóci z opinią jury, ale ja muszę się trzymać swoich wytycznych i tego, co umiem. Dla mnie aktorstwo to nie to do czego aktorzy zostali porównani. Bo tamto było proste i nie wymaga (prawie) żadnych umiejętności. 
Dobrze, że pojechaliśmy. Oddałbym dużo za możliwość konsultacji z p.Drewniakiem, bo on mnie przekonuje. Jego brak manieryzmu i autentyczne poszukiwanie sensów jest godne podziwu. Aktorzy i reżyserzy jednak mają swoje manieryzmy. On jest otwarty i podporządkowuje swoje sądy jakiejś logice - przejrzystej - łatwo przejrzeć sposób myślenia i odczytać linię myśli. Rzadko spotykam takich ludzi, którzy nazywają konkretnie. 
Spektakl, który jeszcze zostanie w mojej pamięci to Gramonta monodram. Zostanie w pamięci z dwóch powodów: odwagi realizatorów i nieoczywistości tej historii; świetnego kontekstu Peru, nieznanego mi, i tym samym bardziej interesującego. I druga sprawa: spektakl nie ma finału; i oni się w ogóle tym nie martwią; cieszą się, że mogą zagrać, i otwarcie przyznają, że tak zrobili, bo tekst się kończył i już. Nie ma sztucznego artyzmu, powodów niewiadomojakich. Ot spektakl. I tyle. Ogromna wiara z tego bije i przyjemność z robienia teatru. 
Warto jeździć. Zawsze na coś nowego człowiek zwraca uwagę.  

piątek, 16 października 2015

Jagielski - ofiary i kaci w jednej osobie

(...) "przypadła rola mieszkańców napadniętej wioski. Żaden z chłopców nie chciał zostać włączony do tej trzeciej grupy. Wyrywali się nauczycielowi, chowali jeden za drugiego jak chłopcy na szkolnym boisku, zmuszani do gry ze słabeuszami w drużynie skazanej na przegraną. W końcu mieszkańcami napadniętej wioski zgodziło się zostać kilka starszych dziewczyn, które z niemowlętami na rękach przyglądały się kłótniom z boku. Dołączyły do nich najmłodsze, kilkuletnie maluchy.
Chłopcy wyznaczeni do odgrywania roli żołnierzy odeszli pod bramę, pozostawiając na środku podwórza dziewczyny z niemowlętami. Partyzanci, których było najwięcej, zebrali się pod samotnym drzewem. Razem z Norą i nieodstępującym jej Samuelem przysiedliśmy w cieniu na ławce.
Dowódcą partyzanckiego oddziału został krępy chłopak w porozciąganej bawełnianej koszulce. Ustawił swoich poddanych w szereg i władczym tonem wygłosił do nich przemówienie. Potem, podchodząc do każdego z osobna, kreślił palcem znaki na ich czołach. Skończywszy, wyrzucił w niebo ręce i zaintonował pieśń. Brzmiała smutno i znajomo. Byłem przekonany, że już ją gdzieś słyszałem. Kiedy śpiew umilkł, a chłopcy, spuściwszy w skupieniu głowy, zawołali „Amen”, przypomniałem sobie, że podobną pieśń śpiewał dziecięcy chór w katedrze w Gulu podczas niedzielnej mszy.
Dowódca w czerwonej koszulce dał znak i partyzanci ruszyli w kierunku dziewcząt z wioski. Przygarbieni, skradali się z wolna, w milczeniu, porozumiewając się ruchami rąk. Kiedy byli już blisko, komendant podniósł rękę, a chłopcy, przyczajeni, zastygli nieruchomo przed wioską.
Dziewczęta, przyszłe ofiary, na widok groźnych min prześladowców krztusiły się ze śmiechu i pokazywały ich sobie palcami. W głos śmiała się też Nora, trzymająca za rękę Samuela.
Wtem rozległ się okrzyk dowódcy, wysoki, przeszywający, pobrzmiewający groźbą, ale także trwogą, przerażeniem. Skamieniali dotąd w bezruchu chłopcy jak za czarodziejskim zaklęciem rzucili się na upatrzone ofiary, wymachując karabinami, pałkami i maczetami. Wołali też głośno, na podobieństwo dowódcy, jakby chcieli zagłuszyć wszystko dokoła, także swój własny strach i wątpliwości, a jednocześnie porazić i obezwładnić tych, którym mieli zadać cierpienie. By się nie bronili, nie błagali, nie próbowali odwrócić losu, jaki był im pisany.
Nad podwórze uniosła się chmura rudego pyłu, która przesłoniła kłębowisko dzieci. Gdy powoli opadła, odkryła pole bitwy. Napadnięte przez partyzantów dziewczyny leżały nieruchomo, twarzami do ziemi, udając nieżywe. Kilka próbowało się wymknąć, ale zostały dogonione i powalone. Tę, która odbiegła najdalej, partyzanci ciągnęli teraz na środek podwórza za ręce i nogi. Zadarta wysoko spódnica odsłoniła poznaczone sinymi bliznami uda.
Nora wciąż się śmiała. Chłopcy stali nad ofiarami, wymierzając w zapamiętaniu udawane ciosy pałkami i maczetami. Najmniejszy z nich, kilkuletni bosy malec, przepychał się między starszymi, głośno wołając. Dzieci na ławce zaniosły się śmiechem. Zachowywały się jak widzowie na przedstawieniu, oklaskujący szczególnie udane występy.
– Co woła ten mały? – spytałem.
– On mówi: ja też! ja też! Dajcie i mnie kogoś zabić! – odpowiedziała Nora, odwracając wzrok od dzieci na podwórzu.
Partyzanci obsypali ciała zabitych suchymi liśćmi i trawą i udawali, że rozpalają na nich ogień. Kilku wziętym do niewoli dziewczynkom związali sznurkiem ręce, a pozostałym rozkazali zbierać z ziemi porozrzucane zabawki, łupieżcze trofea. Ustawiwszy jeńców w szereg, zbierali się już do wymarszu, gdy zza rogu wypadli żołnierze i ruszyli do natarcia.
Rozpoczęła się kolejna bitwa, nowe widowisko. Wojsko szybko wzięło górę nad partyzantami, którzy rzucili się do rozpaczliwej ucieczki. Chłopcy-żołnierze pędzili za nimi po całym podwórzu, a nawet między budynkami. Pogoń nie przypominała już zabawy, lecz rozgrywany ze śmiertelną powagą wyścig, w którym nikt nie zamierzał godzić się z porażką.
Złapani partyzanci nie poddawali się jak mieszkańcy napadniętej wioski, lecz walczyli do końca, zabijani w końcu na niby przez liczniejszych i silniejszych żołnierzy. Tylko najmniejsi dawali się wziąć do niewoli. Najdłużej nie dawał się pojmać partyzancki komendant, w czerwonej porozciąganej koszulce. Kilka razy ścigający dopadali go, ale wyrywał się im jak dzikie zwierzę i biegł dalej, mokry od potu, umorusany kurzem i ziemią.
Osaczyli go w końcu przy bramie, skąd, choć była uchylona, nie miał już dokąd uciec. Bawiono się tylko na podwórzu.
Opadnięty przez wielu prześladowców, szarpał się i bronił, ale już pogodzony z przegraną. Powalili go na ziemię tuż przy ławce, na której siedzieliśmy z Norą i Samuelem. Walczący zdawali się nas w ogóle nie zauważać. Nie było nas w świecie, w którym teraz przebywali.
Przygnieciony kolanami czterech nieprzyjaciół, partyzancki komendant ciężko dyszał.
Zabawę zakończył nauczyciel głośnym gwizdkiem. Otrzepując się z kurzu i omawiając przebieg bitwy, dzieci poszły na lekcję rachunków.
– Sami ich namawiamy do takiej zabawy – powiedziała Nora. – Czasami tylko w ten sposób można dowiedzieć się, co im się przydarzyło naprawdę.
Kiedy na dziedzińcu rozgrywały się bitwy podobne do tej, którą widziałem, nauczyciele i opiekunowie uważnie przyglądali się każdemu z dzieci, wpatrywali się w ich twarze, wsłuchiwali w to, co wołały. Nora mówiła, że podczas zabawy w wojnę dzieci powtarzały dokładnie to, co widziały, a najczęściej to, w czym same uczestniczyły". 

POLECAM CAŁĄ KSIĄŻKĘ "Nocni Wędrowcy".  Niesamowite są te historie. Tak nieoczywiste. 
Od jakiegoś czasu chciałem przeczytać coś Pana Jagielskiego. Pamiętam kilka lat temu jak regularnie czytałem jego felietony (chyba) w Tygodniku Powszechnym.

poniedziałek, 12 października 2015

"Solidarność" - Viktoria - "Mit"

Przypadkowo pracuję nad dwoma monodramami z inspiracji tym samym autorem. Praca jest intensywna. W przypadku Viktorii trzeba uczyć ją myślenia wykonaniem - tzn precyzji w rozumieniu zadań i poszerzaniu ich w sobie. Błażej jest tak sprawny, że możemy od razu koncentrować się na interpretacji (precyzji myślenia zadaniami; postacią; przebiegiem). Viktoria wyrzuciła mi, że "siedzę naburmuszony" i jej nie pomagam. Faktycznie trochę w tym racji. Tzn celowo pozostaję chłodny. Pilnuję interpretacji, nie podpalam się dobrymi wykonaniami. Ten pozorny chłód jest mi potrzebny, żeby nie dać się ponieść ogólnemu wrażeniu "że przecież jest dobrze". Dzięki temu uzyskuję większą świadomość detalu. Zauważam słabsze wykonania pewnych fragmentów, czuję co się osadziło już, a co pozostaje zewnętrzne. I to, co najistotniejsze: jeśli pomimo chłodu mojego czuję zmiany nastrojów tzn, że one tam są, a nie są już moim pozytywnym patrzeniem (jak to bywało kiedyś). Cięcia nastrojów są zdecydowane, wyraźne. 
To, co mnie zastanawia w przypadku monodramu Viktorii to sam temat. Podjąłem się udramatyzowania tego tekstu (który opowiada o buncie - jako pewnym schemacie) myśląc o "Solidarności". O mitologizowaniu rzeczywistości. O rodzaju uniesienia, o którym pisze Kapuściński w "Lapidariach", kiedy pisze, że całe miasto było za strajkującymi (czuje się w samym jego opisie jakąś podniosłość) kontra to, co się obecnie dzieje wokół tego mitu, (który dopiero teraz można nazwać mitem, bo się zmieniło postrzeganie społeczeństwa). W wolnej Polsce "ciężej" być chyba członkiem Solidarności niż dawnym komunistą. Myślę, o tym, że dopóki jest o co walczyć, to wychodzą pozytywne impulsy; teraz kiedy Solidarność musiała się "przekwalifikować", Duda najwyraźniej poddał się tej zmianie w negatywnym znaczeniu. 
Ciekawe, ale pomyślałem, że mógłby mi pomóc M.W gdyby można było z nim normalnie rozmawiać (w końcu napisał książkę o Solidarności; spojrzenie kogoś z zewnątrz ze znajomością tematu by pomogło)
W każdym razie, wiem, że opowiadam o bardzo szlachetnym buncie, który zaczyna się od jednostki (i pobudek prozaicznych). Czy da się o tym buncie uniwersalnym (mitologicznym) opowiedzieć bez używania słów Solidarność? O buncie, którego mogłoby nie być, gdyby nie pewna grupa ludzi... o buncie, który umiejscawia moje pokolenie w wolnej Polsce. Już nie muszę jechać za granicę, żeby poczuć Europę. Ona już tu jest. Opowiedzieć o możliwościach. O otwartej przestrzeni. I też o tym jak prozaicznie takie bunty się zaczynają. Gdzieś w kontrze do tego znajduje się nienawiść do Solidarności, nienawiść do komunistów. Z czego wynikają obie? U starszych ludzi może z powodu krzywd, które doświadczyli (od komunistów za to, że m.in niczego nie było upraszczając; od solidarności, że demokracja zmieniła intencje na czysto rynkowe? nie wiem. Jeszcze jest możliwość, którą również podejrzewam, że chodzi o zwykłą "złośliwość" (upraszczając) (niechęć do ludzi ot po prostu, która jest motywowana własnym widzimisię; ale to wytłumaczenie mi się wymyka, bo ja muszę mieć na wszystko powód, więc nie rozumiem takiego podejścia).




środa, 7 października 2015

Gość specjalny

Dziś gościem specjalnym w ramach projektu "Czytasz Ty, Czytam Ja" był Maciej Gudowski - jeden z najbardziej znanych głosów telewizyjnych. Razem z aktorami Studia Pan Gudowski czytał "Mikołajka". Młodzież tłumnie ustawiała się po autografy.
muzyka: Janusz Łangowski
Próbowałem wyczuć na czym polega fenomen tego bardzo dźwięcznego głosu. Odpowiedź jest gdzieś w intonacji nietypowej. W kilku sylabach pan Maciej potrafi uatrakcyjnić słowo. Tonacja słowa można powiedzieć, ma kilka barw; podczas gdy u "normalnego" człowieka słowo ma prostą liniową tonację. (u niego to jakby fala).  Ciekawe i niepowtarzalne. Z aktorami spróbuję zrobić to jeszcze raz, ale zrezygnuję prawie ze wszystkich opisów i postawię na dialogi. Siła jest też w tych postaciach, w ich zabawnej charakterystyczności, którą próbowaliśmy uchwycić z Łukaszem. 

wtorek, 6 października 2015

Warsztaty z dialogu - refleksja

Prowadziłem warsztaty z dialogowania będąc nastawionym na to, że tego nie uda się nauczyć tylko raczej zasiać jakieś ziarno wiedzy. Wyniki były zaskakujące. Świeżość myślenia i podawania frazy jest możliwa, tylko trzeba się w tym rozluźnić. Każde spięcie powoduje bazowanie na zastanych nawykach rytmicznych. 
Analizowaliśmy też sytuację słuchającego - w dialogu równoważnego partnera dla mówiącego. I przy pewnym tutoringu udało się skupić na słuchaniu, a nie dogrywaniu słuchania, albo reagowania. Przy słuchaniu trzeba mniej grać, a więcej być skupionym na partnerze. Uprościć swoją sytuację przez rezygnowanie z dodatkowych gestów (które niczego nie wnoszą) np. potakiwanie, oburzanie się ciałem etc. 
Kiedy zespoły grały spektakle niestety tylko niektórzy dialogują (na palcach jednej ręki), ale też nie można było oczekiwać efektu od razu. Mechanika wykonania to strach przed modyfikacjami przed tym, że coś może pójść nie tak.

piątek, 2 października 2015

Recenzje i lekcja krytycznego myślenia

Dostałem do sprawdzenia i ocenienia recenzje ze spektaklu "Romeo i...". Trudno je traktować w pełni poważnie, bo to pierwsza recenzja licealna najmłodszej klasy, poza tym część podeszła do nich po macoszemu, ALE: 
jest tam wiele spraw, które zwracają moją uwagę. Główne wrażenie jakie mam to jak bardzo "rozjeżdża" się moje myślenie z odbiorem sztuki. To, co jest śmieszne młodzi już nie interpretują, dla nich nie dodaje to niczego do obrabianego tematu. Dla niektórych temat jest banalny, finał jest przewidywalny, odpowiedzi na pytania kończą się na pierwszych skojarzeniach. Dla innych wszystko jest super i fenomenalne. Może nie ma w tym spektaklu o czym gadać, to też jest możliwe. Ale możliwe jest też, że oni zupełnie nie kumają języka teatru nie umiejąc rozwijać tematu w sobie. Kto ma rację? Odpowiedź jest jedna: zawsze widz ma rację, bo jeśli nie znajdą się osoby, które będą chciały to oglądać, to znaczy, że to już nie ma sensu. A z drugiej strony widza jednak trzeba edukować, szczególnie młodego, kiedy jeszcze on ma obowiązek poddania się sensownej edukacji. Przygotowywać widza do recepcji.
Jedna osoba podała spektakl "Dziecko dla początkujących" jako spektakl ambitny w porównaniu do "Romea i...". Gdzie indziej jest moje greckie niebo zdecydowanie bliżej niedopowiedzeń Romea. 
Najciekawszą recenzję napisała dziewczyna, która była wybrana na Julię. Ona (poprzez bezpośrednie zaangażowanie) opisała wszystkie swoje stany dokładnie tak jak to było przez nas zaplanowane. Opisała smutek po śmierci, wątpliwości co do jego miłości, itd.
Byłem na lekcji kolejnej oddając recenzje i starając się opowiedzieć młodym na przykładach czym jest materia teatralna i jakie są możliwe podejścia krytyczne. Jak środki wykorzystywane mają służyć całości i są składową sztuki. Najlepszym przykładem była nuda (pozorna), którą wprowadza Warlikowski np albo Haneke. Ten środek przez większość oceniany jako bezsensowny, oni wykorzystują świadomie, żeby np. otworzyć/dać czas potokowi myśli i skojarzeń, albo żeby oddalić od tematu, żeby nie stał się banalny, przegrany, zbyt atrakcyjny, zbyt podobający się.
Pomimo tego, że tak się różnimy, widzę głęboki sens w takiej edukacji teatralnej. Edukacji, która nie ogranicza się do instruowania, ale punktem wyjścia jest rozmowa, wspólna analiza.