piątek, 31 maja 2013

E G O według Ayn

Robimy próby spektaklu, w zasadzie widowiska ulicznego, które będzie grane i na scenie i na ulicy. Ładnie pracuję z aktorem -stopniowo, żeby wiedział czego się chwycić. I oni od razu trafiają w dobry "ton". To trudne.Bo tu ciało jest emocją, ale widzę, że ciało reaguje. Nic nie kłamie. I to jest plus. Dbam o to, żeby wiedzieli jak ze sobą pracować. Nie od razu wszystko wychodzi, ale na bazie doświadczeń się uczą. Najważniejsze wiedzieć gdzie sie dokonuje decyzja.
Bardzo to się robi obrazkowo atrakcyjne. Zmian emocjonalnych dużo. I zmian temp. A to dopiero 1/3 spektaklu. Stawiam zadania przeciwko "dyspozycji" aktorom, którzy już coś umieją. I widzę ładne poszukiwanie sensu. Będzie to mocne czuję. Bo jest zaangażowanie w temat. A wszystko wychodzi od zrozumienia. Dobra praca.
Dziś zapisałem tekst, który będzie nagrywany. Ich głosami. Efektowniej byłoby moim, ale to nie jest pedagogiczne podejście. A z drugiej strony może wcale nie efektowniej...
Swietnie się to rozkręca. A jest bez tekstu. Studio Rapsodyczne bez tekstu... nieźle...
filozofia, która byłem zafascynowany mając lat 18. Życie autorki udowodniło, że she did not practise what she preached. ale to ciągle ciekawe tezy. 

poniedziałek, 27 maja 2013

Idea (2)


wróciłem do Tercetu Metafizycznego Barbary Skargi. Omawia ona Heideggerowski PROJEKT opisując go kategoriami: uwarunkowanie (I), zobowiązanie (II), oraz możliwośc (III). Pierwsze - uwarunkowanie sprowadza się do prostej konstatacji jacy przychodzimy na świat, determinuje rzeczy niemożliwe (Skarga - człowiek bez nóg, nie może biegać). Drugie - zobowiązanie jest już bardziej skomplikowane i niesie ze sobą konsekwencje życia w tym czasie i danej przestrzeni.  - To, co jest naprzeciw. Jak rozumiem, należy włączyć w to przymus społeczny, naciski z zewnątrz (rodzice, grupa, narodowość).  Również istotą tego, co naprzeciw wydają mi się podświadomie wchłaniane nawyki, 'stawanie się kopią' towarzystwa, w którym się znajdujemy. To, co na nas oddziałuje. Warto tu wspomnieć, że Słowa (sic!) wydają mi się obecnie najsłabszą formą nabywania czegokolwiek. I tu przychodzi mi kilka przykładów prostych z mojego życia, ale  i też kilka bardziej skomplikowanych. Powiedzmy, że osoba, której powtarzano, żeby chodzić do kościoła, a samemu się tego nie robiło, może nie poddać się słowom; natomiast osoba, która nic nie robiła w domu, ale widziała jak ojciec co sobotę sprząta dom, jest bardziej prawdopodobna zaaplikować sobie taki nawyk.
W przestrzeni zawieszam pytanie na ile determinuje nas świat i na ile nasz świat jest tak bardzo niezależny i wyjątkowy. Śmiem wątpić. Niewielu jest tych, którzy łamią stereotyp i rutynę własnych żyć. Żyjemy od - do. I nie ma w tym nic dziwnego, ani negatywnego. Ludzie potrzebują czegoś, o co mogliby się silniej zahaczyć. Spokój "o" jest tak samo istotny jak "pobudzenie do działania". 
Co to ma wspólnego z teatrem? Ten ostatni element układanki Heideggerowskiego projektu: Możliwość (plan, wyobrażenie, przyszłość), która rozpoczyna się od "chcenia" ("by sięgać ku gwiazdom") daje odpowiedź. Czy to nie właśnie obca - nowa przestrzeń idei teatru, która wyraża się w postaci spektaklu/postaci/kreacji daje Możliwość? Możliwość wchłaniania Nowego, Poza Nami. Poznawania. Rozumienia. (Jeśli słusznym jest podejście, że wiedzieć więcej, to być lepszym kontra cyklop, który zna datę własnej śmierci). 
Esencją tego jest fakt BIERNOŚCI ludzi; jesteśmy tylko Kamerdynerami Historii (Hegel). "Wchodzimy w świat, który już był przede mną, obojętny wobec mojego i moich narodzin".

J A     -      zastane       -   nowe/nieznane   - możliwość i konieczne działanie 
  

wtorek, 21 maja 2013

I d e a. (fix)

Czytałem na facebooku co na temat teatru ma do powiedzenia Lea "współ"cytując różnych znanych. Ostatnie wydarzenia z Dominikiem, z Darią, z Władcą Much też prowadzą mnie do myśli o "Moim" teatrze. Jaki on jest. Jaki chciałbym, żeby był. Jakie są przesłanki w prowadzeniu go. Wreszcie o co mi chodzi. 
Żeby odpowiedzieć na te wszystkie konfliktowe zagadnienia trzeba wyjść od definicji teatru. Mojej. Wtedy wyłoni się cel. Jest w tym jednak pułapka, bo kiedy się mówi co... powiedzmy... należy robić, wszyscy w zgodzie kiwają głowami, a potem okazuje się, że praktyka zaprzecza tezom. Muszę uważać, żeby nie wpaść w taką przepaść rozbieżności między tym, co jest, a tym, co mi się wydaje. Chociaż pewne rzeczy zawsze chyba tylko będą się wydawać... 
Teatr powinien zostawiać nas lepszymi. To jest najważniejsze. Lepszymi to znaczy bardziej chłonnymi, rozumiejącymi, żeby ten czas, który mamy był procesem odkrywczym. Każda postać powinna być wchłaniana na zasadzie jak najpełniejszej - empatycznej - wchłania się tę nową rzeczywistość w ten sposób poszerzając granice własnej percepcji świata. Czy tak w istocie jest? W moim przypadku tak (ale gdzie jest tego granica). Czy jestem przez to lepszy? Nie wiem. Konceptualnie więcej rozumiem, wydaje mi się. Łapię się na tym, że wszystko wydaje mi się relatywnie uzasadnione - to znaczy uzasadnione "Pierwszą zasadą ontologiczną", że nie ma prostych rozwiązań w tym życiu. Że żeby dotrzeć do "prawdy" trzeba zrozumieć sposób myślenia innych. Ocenianie własną kategorią prowadzi tylko do niepojmowania, zamknięcia, złości. Czy tak robię? Próbuję. Czy to się udaje? Udaje się do momentu kiedy nie wchodzi jakaś emocja, nad którą tracę kontrolę. W teatrze natomiast relatywnie łatwo nawiązuję kontakt z bohaterami, których gram (gorzej z tymi których reżyseruję - tu szukam u aktora jego rozumienia). Szukam w nich tych powodów. Anektowanie tych nowych przestrzeni postaci jest przyjemne w momencie grania, choć prawdziwa praca nie odbywa się na scenie - tylko w mojej głowie. Szukam empatycznego powiązania ja - mój bohater. Cała rzecz w graniu polega na tym, żeby się zaangażować w to życie. Najbardziej czuję to w Humbercie. Tak trudny temat i charakter. Tak daleki ode mnie. Znalazłem jego motywy, tragedię jego życia, która mnie wzrusza. Do tego dochodzi zrozumienie "zła", które nim powoduje. Uaktywnienie tego na scenie. Dłubanie w sobie, żeby to znaleźć. Naprawdę. Nie odegrać. To trudne. Nie zawsze się udaje. Ale droga wyznaczona jest słuszna. Pytałem Prof. Bielunasa czy to co przez lata wypracowałem intuicyjnie (wychodząc od recytacji jako przekazywanie "swoich" treści) jest słusznym podejściem - żeby na pełnej emocji (którą sam profesor przyznał coraz rzadziej się spotyka w teatrze) grać. Tak powinno być, powiedział. 
W pracy teatralnej interesuje mnie proces. Do tego procesu muszą być partnerzy. Z jednej strony teatr amatorski daje możliwość, której nie zawsze daje teatr zawodowy - tzn. wolność, eksperyment, podejmowanie ryzyka porażki (- bez tego nie ma rozwoju), a z drugiej strony największym wrogiem teatru naszego jest Brak Czasu. Aktor musi dojechać, aktor musi się angażować, nie ma komunikatu zwrotnego między aktorem a rezyserem, aktor stawia opór, nie ma energii do prowadzenia prób, reżyser się wkurza, że nie wychodzi, nie ma atmosfery, panuje nuda. I nie ma czasu, żeby Dopracować to, o czym pisałem wcześniej. Wejść w to naprawdę. Nikt nie chce robić złego teatru, ale nie do przecenienia jest partnerstwo rezyser - aktor. Z Łukaszem tak można pracować, ale on też dojrzał do takiego procesu. W gruncie rzeczy chodzi o W S P Ó L N E wypracowywanie, cieszenie się tym. A potem to już tylko festiwal dzielenia się tym z innymi. I nadzieja, że zostanie to zrozumiane, odebrane. Przyjęte jako refleksja na temat zadany. Może ktoś powie zgadzam się, nie zgadzam się. To jest sukces. 
Ale jest jeszcze aspekt pedagogiczny z tymi, którzy mają się uczyć. Warsztat. Doświadczenie obcowania z widzem. Zapomnienie o ego w pracy z partnerem. Nie Ja, a My. 
cześć dalsza nastąpi... 

środa, 15 maja 2013

Festiwal w Grudziadzu - pierwszy wyjazd młodej grupy z "Bog sie rodzi"

Pojechałem tam, żeby młodzi naoglądali się jak to w Polsce robi się teatr. Sam chciałem poznać nowe miejsce. Do tego element integracyjny był ważny. 
Poziom festiwalu niestety niezbyt wysoki. Niektóre spektakle dość żenujące, ale każdy orze jak może. Po prostu inaczej nie umieją. Sprawy nie ułatwia scena, która jest duża i dość problematyczna dźwiękowo. Bardzo daleko siedziałem, więc miałem ogląd z lotu ptaka i nie mam pojęcia jak było w rzeczywistości jeśli chodzi o emocje. Słyszałem tylko frazowe granie czasami przekombinowane. I nie wytrzymywanie rytmu. Polegam na relacji reżysera z jury, który rozpływał się w komplementach. My sami doszliśmy co jeszcze było nie tak. Jedziemy jutro zagrać jeszcze raz jako laureaci. Prawdopodobnie dostaniemy jakąś nagrodę. Facet, który zaoferował nam nocleg za darmo bardzo miły. I faktycznie fakt bycia tam dwa dni wiele zmienił. Czułem jak wszyscy oddychamy - z dala od szkoły głównie, ale też jakoś ciesząc się, że możemy sobie razem ugotować spaghetti (niedoskonałe, ale prawdziwe) czy rano zjeść wspólnie jajecznicę. Coraz bardziej takie aspekty tej pracy teatralnej mnie interesują. Może dlatego, że "jakość" już jakąś mamy. Poniżej pewnego poziomu już chyba nigdy nie zejdziemy. Młodzi się rozkręcają - to się czuje. Do tego najważniejsze - zdobywają doświadczenie, a tego już nikt im nie zabierze. Oczywiście jak zwykle reakcja rodzicielki, że "nie było lepszych teatrów?" "bo to słabe takie", ale nawet to mnie nie rusza. Wiem dokąd zmierzamy. Jest szansa, że Ci ludzie będą autentycznie dobrzy, kiedy wyjdą ze Studia. A jeszcze trzy lata przed nimi. 
Teraz zabieram się za uliczny Anthem - bez słów. To wyzwanie, ale mam pomysł. To da mi szansę skoncentrować się na obrazie/plastyce. Już mam każdą scenę rozpisaną.  I chyba ludzie nasi już się nie mogą doczekać. (zdjęcie tak dla przypomnienia - dokonania roku za 2012)