wtorek, 28 lipca 2015

Przygotowanie do grania w filmie

Granie w filmie. Małe środki. Realizm. Trzeba się temu przyjrzeć.

poniedziałek, 27 lipca 2015

Grotowski - myśli (1)

Już dawno nie czytałem czegoś tak inspirującego (mimo, że czytałem sporo materiałów o Grotowskim wcześniej). Wracam do tej książki stale.
Usłyszałem kiedyś (będąc jeszcze aktorem w Stajni Pegaza), że Grotowski nie był człowiekiem teatru. Absolutnie się nie zgadzam. To niesamowicie sprawny logik, który wyróżnia się wśród innych tym (dla mnie), że zawsze podaje własną argumentację. Rozkminia pojedyncze elementy teatru - chce zrozumieć mechanizmy, bazuje niebezkrytycznie na wcześniejszych doświadczeniach XX wieku, nie przyjmuje wiedzy a priori.
Bardzo często czytam o jakimś założeniu teatralnym, ale brakuje uzasadnienia skąd się to wzięło. Imponuje mi taka logika i autentyczna chęć wyjaśnienia sobie czegoś nawet kosztem przyznania, że się czegoś nie rozumie (co nie wszyscy potrafią zrobić), lub weryfikacji wcześniejszego poglądu.
To co mnie szczególnie zaciekawiło to praca z niemą partyturą (wypowiadając tekst tylko w myślach; która może demaskować brak osobistego działania i reakcji; żeby znaleźć własną linię impulsów - Klaudia P. w EGO).
Grotowski podaje jednostki tworzywa rytmu:
groteska - powaga; linia psychiczna - zmiana aury, atmosfery - skupienie, koncentracja vs aktywizacja "rozpętanie" spektaklu; w linii konkretu - bezruch - zagęszczenie ruchu, cisza - zagęszczenie dźwięku, markowanie - zagęszczenie interpretacji. Te elementy określają rytm spektaklu.
Oczywiście nie interesuje mnie w ogóle manipulowanie tymi elementami pod kompozycję spektaklu. To może robić każdy reżyser. I widz się cieszy, że jest napięcie i się nie nudzi. Mnie interesują poszukiwania w stronę świadomości rytmicznej pod kątem omawianego tematu. I tylko biorąc pod uwagę wymagania sensowe. W te stronę muszą pójść dalsze badania materii.




czwartek, 23 lipca 2015

Usprawiedliwienie

Zadaje sobie ostatnio pytanie o teatr artystyczny ? Po uwagach jury festiwalu w Warszawie. W uwagach była taka sugestia, żeby pomóc widzowi zrozumieć, czym jest prostokąt i dzwonek. Trudno mi się nad tym głęboko zastanawiać, bo przecież wprowadziłem te rekwizyty  komplementarnie do białych twarzy i uniwersalności całości - a dokładniej do symboliki całości. Powinno to działać wspólnie jako jeden przekaz, dopełniać się, ale nie być wyjaśnionym wprost. Jako że jest to lait-motyw wyjaśnia się to stopniowo w trakcie trwania spektaklu, że to symbolizuje przejścia pomiędzy etapami. Ostatecznie mogę powiedzieć, że jest to świadome działanie zaplanowane artystycznie - artystycznie w tym sensie, że nie kopiuje życia, jest jakimś skrótem, który wedle mojej uczciwości reżyserskiej (wobec siebie) pogłębia opowiadaną fabułę. Czy jest to faktycznie nieczytelne? Nie należy sądzić, że jury chce źle, a jednak oni zazwyczaj zupełnie inaczej patrzą na spektakle niż "normalny widz". Jest w tym więcej skupienia, ale też (tak myślę) nie wchodzą w napięcia spektaklu oglądają bardziej na zewnątrz. Rozbierają, analizują... miałem się głębiej nie zastanawiać... :)
Tak naprawdę jest to wstęp do spraw, które umykają nam "artystom", które nie sprawdzają się podczas spektaklu, które być może usprawiedliwia logika życia, ale właśnie z tego powodu (że nie jest to logika sztuki) nie daje tym pomysłom lotności. Zamyka w przyziemnych oczywistościach. Cytuję za Grotowskim - usprawiedliwione musi być w równej mierze, że ktoś stoi na głowie jak i to że ktoś stoi na nogach. Ta myśl mnie poraża. To świetne podsumowanie myślenia detalem. Ale chodzi tylko o szczegół, ale też jego sens. Reżyser skurwiel sprawnie operujący materią teatralną umie różnicować rytmy nadawać niecodzienne sensy, ale to jeszcze w ogóle nie prowadzi do artyzmu spektaklu. I tu jesteśmy o wiele słabsi od najlepszych reżyserów. Opowiadamy na scenie być może swoją prawdę, ale bardzo powierzchowną, raczej przelotną myśl, o którą się zaczepiamy. Ubieramy to w formę atrakcyjności i sprzedajemy widzowi. On rozpoznaje to co już wie od zawsze, uśmiecha się, wychodzi zadowolony. W zasadzie nie postawiony przed autentycznym problemem obejrzanym ze wszystkich stron. Nie sprowokowany do zatrzymania się nad tym. Vi powiedziała mi, że wynudziła się na Apolloni. Tam jest tyle czasu. Ostrymi środkami opowiadane. Wrażenie jest takie jakby reżyser nie dbał o zadowolenie widzów. Dla mnie jednak ten czas jest zbawienny. Mam szansę pójść we własne skojarzenia, przemyśleć, "przeczuć" - wykracza to poza zabawę/rozrywkę wchodzi na grunt ontologiczny. "Co z naszym pieprzonym bytem".
Piszę te wynurzenia przygotowując się do spektaklu, który za chwilę zaczynam z Błażejem. Temat jest arcypoważny i drażliwy. Wykorzystujemy krzyż i Chrystusa do opowiedzenia tej historii. Operowanie takimi symbolami, które w zbiorowej psychice silnie funkcjonują zobowiązuje wyjątkowo do rozsądnego podejścia do tematu. Przede wszystkim z szacunkiem. A jednak jest tam ostra dawka prowokacji. Potrzebny jest czas widzowi, żeby zadał sobie to pytanie "co robię z własną wiarą". Ja sobie to pytanie zadaję od jakiegoś czasu również w obliczu zmian, które zachodzą we mnie. Już mi się śnią sceny, rozwiązania. Już korci mnie, żeby wejść na scenę. Będzie to spektakl analiza. Wiara kontra rozum. I wybór wte albo wewte. Wybór przecież nieoczywisty. W każdym razie, żeby wybrać, trzeba uczciwie spojrzeć na to, co wybieramy.

poniedziałek, 20 lipca 2015

Sklepy Cynamonowe - powrót

"Demiurgos - mówił mój ojciec - nie posiadł monopolu na tworzenie - tworzenie jest przywilejem wszystkich duchów. Materii dana jest nieskończona płodność, niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nas
nęci do formowania. W głębi materii kształtują się niewyraźne uśmiechy, zawiązują się napięcia, zgęszczają się próby kształtów.

Cała materia faluje od nieskończonych możliwości, które przez nią przechodzą mdłymi dreszczami. Czekając na ożywcze tchnienie ducha, przelewa się ona w sobie bez końca, kusi tysiącem słodkich okrąglizn i miękkości, które z siebie w ślepych rojeniach wymajacza.

Pozbawiona własnej inicjatywy, lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkich impulsów - stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, domenę wszelkich nadużyć i wątpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą i najbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować, każdemu jest posłuszna. Wszystkie organizacje materii są nietrwałe i luźne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła w redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem. Jest ono nieraz koniecznym gwałtem wobecopornych i skostniałych form bytu, które przestały być zajmujące. W interesie ciekawego i ważnego eksperymentu może ono nawet stanowić zasługę. Tu jest punkt wyjścia dla nowej apologii sadyzmu."
 
 ...
 
"Kto wie - mówił - ile jest cierpiących, okaleczonych, fragmentarycznych postaci życia, jak sztucznie sklecone, gwoździami na gwałt zbite życie szaf i stołów, ukrzyżowanego drzewa, cichych męczenników okrutnej pomysłowości ludzkiej. Straszliwe transplantacje obcych i nienawidzących się ras drzewa, skucie ich w jedną nieszczęśliwą osobowość." 
 
Wróciłem do tego przypadkowo. Ile tu jest skutecznych obrazowych metafor. Jak to mnie uruchamia językowo. Każe się zastanowić nad słowem, zdaniem. Jakąż autor ma lekkość i nienachalną mądrość.  Nie mogłem (nie mogę) przebrnąć przez Invisible Man Wellsa. Brakuje tam konfliktu, posuwania akcji, albo najnormalniej w świecie się nudzę. Temat wydaje się fascynujący. Problem niewidzialności. Niby to cecha superbohatera, a jednak większość z nas chce być zauważona. Mógłbym spróbować zbudować sceniczną wersję, ale na pewno nie na podstawie tej książki. Ciekawym jak można przełożyć na scenę Sklepy. Czy można? Jak? O czym? Kilka razy robił to teatr lalek, a dramatyczny?




5. OFTS - Warszawa - "Bądź ze mną. Jestem"

Przez ostatni tydzień przygotowywaliśmy się do festiwalu OFTS w Akademii Teatralnej w Warszawie. Jesteśmy jedynym teatrem, który bierze udział w festiwalu od początku. Tym razem było o wiele więcej stresu z mojej strony, bo jechaliśmy z "Bądź ze mną. Jestem" - dość jednak hermetycznym spektaklem, gdzie stawiam na wyobraźnię widza, jest wiele niedopowiedzeń, operujemy symbolami. 10 lat męczę sie z tym tekstem, znam go na wylot, i ta skrócona historia życia mnie fascynuje. I ciągle czułem, że coś mi ucieka...
Przypadkowo na tydzień przed spotkałem się z reżyserem Rafałem, który powiedział mi, że ma zamiar zająć się taką historią chłopca, który umiera na raka i przeżywa całe życie. Rozpoznawszy Oskara powiedziałem, że ja to zrobiłem, wyłuszczyłem mu tezy, ale też jakoś udało mi się zdefiniować problem. A on na to, żeby "mój wewnętrzy reżyser porozmawiał z moim wewnętrznym inscenizatorem". Przemyślałem to. I właściwie rozwiązanie wpadło samo. Ale to co istotne, to to, że faktycznie zacząłem się zastanawiać od strony inscenizacji nie fabuły. Jak złamać ten prostokąt, który staje się martwy. I zmieniliśmy kilka rzeczy. Większość z nich zadziałała jak marzenie. Jedyne co jakoś się nie składa to rytm początku. Bardzo szybko to się dzieje. Spektakl ma teraz więcej powietrza, stał się szerszy w interpretacji, i zmieniała się relacja tekstu do obrazu na korzyść tego drugiego. Zmieniłem też formę tekstu na "nie wiem, może" - nie ma już pedagogiki, bo i nie może być u nas - widzimy mężczyznę, nie dziecko.
Zagraliśmy tam bardzo dobry spektakl. Aktorzy pięć razy wychodzili do szczerych braw. Daria była lepsza niż na próbach, bo autentycznie świeża (choć jej by się przydała praca regularna, ale nie wiem czy ją to jeszcze interesuje), a Łukasz był genialny. To było tak dojrzałe. Ostatnio tak gra. Absolutnie koncentrując się na "głębokim" wypełnianiu zadań, a nie na robieniu min, lub pokazywaniu czegokolwiek widzowi. To była czysta przyjemność. Już po spektaklu były głosy, że Łukasz dostanie nagrodę dla najlepszego aktora. Ja sobie tak wyobrażam aktorstwo - to, co zobaczyłem u niego. Bardzo jestem ciekaw, co się będzie działo dalej. 
Był też Błażej z Czarnym Kwadratem i oni zagrali podobno świetny spektakl. Błażejowi bardzo zależy, żeby odnieść sukces. Myślę, że już z tym spektaklem to mu się uda. Oni się dobrze czują we własnym towarzystwie. Dość krytycznie oceniają inne spektakle. 
Jak zwykle kiedy dostajemy nagrody nie ma nas na ogłoszeniu werdyktu. A szkoda. To miłe nagrody (za Najlepszą reżyserię i dla Najlepszego aktora - fajnie, że razem dostaliśmy), choć równie dobrze mogłoby ich nie być, bo uczymy się grać dla widzów nie mając ciśnienia na nagrody - nie zawsze tak było. To jest miłe, że ktoś dostrzegł wkład pracy w tę inscenizację. Jeśli ktokolwiek zna oryginał, to wie, że historia uległa transpozycji, a przecież jest to opowiadanie. Udramatyzowanie tego, to była ciekawa i trudna praca. 


zdj: Dorota Kaczmarek

poniedziałek, 6 lipca 2015

psychika

Problemy natury psychicznej. Gdzie się nie obrócę (oprócz "za" plecami mojego biurka) zauważyć można, że z jakiegoś powodu uprawianie tego zawodu jest bardzo inwazyjne psychicznie. To znaczy jeśli podchodzi się do tego na serio. Pamiętam jako "dziewica" teatralna jak oglądałem B.Wr. w monodramie w Radomiu, i potem mieliśmy okazję z nim porozmawiać. Weszliśmy w jakiś ciemniejszy korytarz teatru, a stamtąd leciały kurwy i chuje w stronę technicznych od samego B.Wr. Zapamiętałem to jako obraz "złego" człowieka, który nie miał powodu, żeby tak się zachować. To było jak rażenie piorunem, silnie zostało w mojej pamięci jako kontrast do tego genialnego aktorstwa. 
Płacimy cenę babrania się we własnym wnętrzu, a prawdopodobnie nie jesteśmy do tego przygotowani... Tak zwane zawody artystyczne, które jednak uzależniają... To ciekawe, że kiedy się trafia na jakiś ciekawy temat. Pojawia się ten nęcący znak zapytania "jak to by wyglądało". Jeszcze jeśli się ma wyobraźnię, to ta fikcja kusi bardziej niż rzeczywistość, która przecież nie oferuje tak skondensowanej dawki różnych emocji. Wierzymy w tę fikcję. Pokładamy w niej nadzieję. Szukamy w tym siebie, prawdy, formy jako wehikuł tej prawdy.
Jak to się ma do "prawdziwego" życia...
Rozwinę "kwiaciarkę". Pierwsze wstępne założenie: my "(pseudo)artyści" jesteśmy popierdoleni.
Nie umiemy żyć jak kwiaciarka, która 8 h pracuje i czeka na klienta, żeby żyć/zarabiać. Klient się pojawia i wtedy ona z kwiaciarki staje się florystką. I nareszcie ma szansę "pomóc" klientowi dając mu to, co ma najlepsze - umiejętność estetyczną (która jak wszystko kiedy się chce coś robić dobrze, wymaga serca i nie lada umiejętności). My popierdoleni "artyści" bywamy artystami, kiedy raz na jakiś czas uda nam się stworzyć coś prawdziwego i "klient" to dostrzeże. Dajemy widzowi naszą wrażliwość, dzielimy się punktem widzenia, zadajemy pytanie jak to z "tym" jest, traktujemy go jako partnera do rozmowy, i traktujemy serio. I tu się kończą podobieństwa, a zaczyna się "w przepaść w przepaść w przepaść". Wracamy do domu i zostają w nas niedograne role, nieudane sceny, niezamknięte emocje, świadomość rozczarowania widza. I tak się idzie prosto "w przepaść w przepaść w przepaść" - a wszystko przez fikcję, która nie pozwala normalnie żyć.Przez to silniej odczuwa się rzeczywistość. Łatwo się załamać kiedy prywatnie coś nie gra, a nawet kiedy komuś innemu jest źle. 
Młody mi kiedyś powiedział po spektaklu zagranym (świetnym) "szkoda, że się skończyło". To najsmutniejsza rzecz jaką słyszałem, a zarazem tak trafna jeśli chodzi o nasze podejście. 


Wewnętrzna dyscyplina.

Trzeba to wziąć na klatę. Domino przyszedł i chciał pisać, że to nie studio i tak dalej. Ja widziałem co się działo, a jednak to puściłem. Więc ludzie mają rację, że obwiniają mnie. Zapomnę o tym jak najszybciej, ale też już wyciągnąłem wnioski. Nie ufać. Nie słuchać bajek o tym co zostanie zrobione, bo jeśli nie zostało zrobione, to już nie będzie. 
Do tego bardzo mi wstyd za to co ja tam pokazałem. To znaczy swoim nieprzygotowaniem albo niepewnością przyczyniłem się do tego. A jeszcze bardziej szkoda mi ostatnich trzech nocy nieprzespanych antycypując tę porażkę. Ale... usiedliśmy z Łukaszem, przegadaliśmy to, i jak zwykle z tego dna się podniesiemy. Jest się z czego podnosić. I dobrze, że nas przetrzepało. Szkoda, że Młody upiera się, że to było dobre. Ale po dzisiejszej rozmowie coś się może zmieni. Choć chyba po prostu musi upłynąć czas. On na razie myśli tylko o sobie.
Przypadkowo wpadłem dziś na niezłą metaforę - mam nadzieję, że o niej nie zapomnę. O kwiaciarce, która zamienia się okazjonalnie we florystkę, podobnie jak "twórcy" okazjonalnie zamieniają się w artystów, z tą zasadniczą różnicą, że Florystki nie jęczą o niesprawiedliwości życia i takich tam. 
Prasa nie zostawiła suchej nitki, ale mogli to zniszczyć tak jak na to zasługiwało, a zostało tylko opisane krótko. 
Pomyślałem sobie też o zaufaniu do reżysera. I jego pracy. Jak niewiele aktor wie, kiedy gra w czymś, jak to w rzeczywistości wygląda holistycznie. A właściwie jak autentycznie zespołowa jest praca teatralna. I jak trzeba budować zaufanie obopólne (Belfer). Tutaj oczywiście wiedzieliśmy, że nic nie jest gotowe.  Proste rzeczy - maska dla quasimoda, gargulce, zadania dla cyganek. (Choć według mnie największym problemem jest dramaturgia całości - to znaczy przyczynowo-skutkowa rzeczywistość z naciskiem na sceny, które dramatyzują sytuację. Np. Wejście quasimoda po śmierci Esmeraldy. Jeszcze nie było kontaktu między nimi, a on już śpiewa; albo scena po "bitwie" na miecze, kiedy wchodzi Belle; (czy mogłem o tym powiedzieć Mlodemu? Mogłem, ale przypomniałem sobie Muszkę).
Jak się udaje, że się robi coś w trzy dni, to nie ma szans. Ale mieliśmy chyba nadzieję, że już się to połączy samo w całość. A tu już od pierwszego momentu nie wychodziło. Powinienem się też nauczyć, że NIGDY nie mogę podejmować takiego ryzyka, że wykonuje coś co do czego nie jestem przekonany i czego nie mam wyćwiczonego. (obiecałem sobie, że zadbam o ten wokal, ale to wymaga więcej niż trzech dni) Tutaj już mamy dużo do stracenia. Nie pracowaliśmy 11 lat, żeby taka poszła teraz opinia. 
Ale trzeba się ostrzej zabrać do pracy. I to jest w tym dobre. To właściwie teatr nas tego nauczył. Dyscypliny wewnętrznej.





piątek, 3 lipca 2015

Na dzień przed...

Już dawno tak źle się nie czułem w teatrze... do tego "własnym". Stres jest ogromny. I wiem, że jest duże prawdopodobieństwo, że skiepszczę to, bo jestem rozkojarzony na próbie. Dodatkowo podminowany faktem, że bardzo źle śpiewam. Próbuję bronić moją postać, ale za mało jest czasu, żeby zbudowała się jakakolwiek relacja. Najlepszą mam z Quasimodo, bo on świetnie słucha. Staram się jemu też słuchaniem pomagać. Coś się dzieje między słowami.
Łukasz bardzo fajnie z odwagą w to wszedł. Lubię oglądać jak on szuka. Ja gubię tekst. Gdyby on nie był do rytmu, to bym dał radę, ale on jest silnie zrytmizowany. Wyznaczany bitami muzy.
Muszę się wyspać, dziś upewnić się, że znam tekst na blachę. I jutro na luzie... tylko czy to jest możliwe.
W oryginale to fajna wielowymiarowa postać, która naprawdę się zakochuje. I nie rozumie tej miłości, którą wspomaga dość trudny charakter tego księdza. A właściwie fakt posiadania władzy.


środa, 1 lipca 2015

the art of directing.

Dziś zrozumiałem raz na zawsze jedną rzecz. że rezyseria to szacunek dla aktora. nie robienie z niego debila poprzez wystawianie go na "przypadek". Ogólnie to bym powiedział, że to normalne, ale dziś wiem, że to jest moja zaleta. Dbanie o aktora. Nie odgradzanie się mikrofonem i stolikiem. Dawanie aktorowi szansy na bycie artystą. Pilnowanie, żeby nie robił z siebie idioty, bo ja też występując potrzebuję kompetentnego partnera, który mi powie od zewnątrz jak jest i co jest. Okazuje się, że może być zgoła przeciwnie. 
To boli. I odbiera wiarę. Ale to już ostatni raz tak jest. Zastanawiam się co się stało, że można tak podchodzić do sprawy???