wtorek, 28 kwietnia 2015

Warsztaty z Teatrem Nikoli


Uwagi co do plastyki ruchu. Grania twarzą - brak autentyzmu - za duża inwestycja w twarz. I dialogowanie ciałem.

Olsztyn - VIII SOFT

Do tego festiwalu już zawsze pewnie będę miał sentyment, i nie o to chodzi, że dwa razy wróciliśmy stamtąd z nagrodami. Impreza jest świetnie zorganizowana, nie czuje się zawiści wśród odbiorców. Jest otwarte przyjęcie spektakli, z otwartą głową. Do tego w jury siedzą ludzie, którzy jasno wyrażają swoje opinie. No i... siedzi reżyser, a nie tylko aktorzy! I to jest duży plus, bo rozmowy o spektaklach zaczynają się od tego o czym to jest i po co zrobione. 
Łukasz zagrał bardzo dojrzale - z pełną świadomością tematu, dbając o treść i świeżość wykonania. Najpiękniejszy moment spektaklu jak dla mnie to sama końcówka, nie akwarium, tylko jak podniósł okulary bardzo precyzyjnie (rozumiejąc, że te okulary nabrały wagi muzealnej) zaproponował, żeby ktoś je wziął i z podobną precyzją odłożył na ławeczkę. To świadczy o mądrości aktora, o zaangażowaniu w temat, a nie w samo granie czegoś. 
Miałem też przez moment palpitację, bo nie ja robiłem światła do spektaklu, a nie lubię zostawiać tego komuś, ale tu pani Małgorzata została na próbie, obejrzała, i pomogła ustawić to tak, żeby było optymalnie. I do tego świetnie poprowadziła spektakl. Ja robiłem tylko muzę. 
Co do innych spektakli: to wszystko było ciekawe. Czasami się człowiek zastanawiał dlaczego takie jednostronne ujęcie, ale bywały całe sekwencje bardzo inspirujące. W Teatrze Bezpańskim z Olsztyna była taka sekwencja jak aktorka nie chciała dotknąć podłogi (bała się) i oni ogrywali ją jak królową, którą chronią przed dotknięciem podłogi. Moja wyobraźnia jakoś świetnie się bawiła, dopisywała do tego możliwe konteksty. Potem, na omówieniach, dowiedzieliśmy się, że to było na podstawie "Kupca Weneckiego" (?). Cieszę się, że o tym nie wiedziałem, bo wyobraźnia moja szła w różne ciekawe rejony. Spektakl plastycznie arcyciekawy. 
Dość duże baty dostał spektakl "Śpiąca Królewna" teatru z Gdyni. Można niestety zgodzić się z jury, że nie wiadomo dla kogo to spektakl. A do tego morały są podawane w tekście (a nie wynikowo ze spektaklu). Pomysł, że jest rok 1914 nagle na mnie nie działa. I tym samym nie działa na mnie pozytywnie to, co dzieje się później. To odważne połączenie, ale jak dla mnie nie mające żadnego usprawiedliwienia i sensu. Do tego te sceny po "1914" są skrótowe i "śliną" zlepione. Jest to wyczuwalne, że coś jest nie tak.  ALE: są też świetne pomysły, bardzo świeże, scena ognia (skrytykowana przez jury) jest świetna. Wyobrażam sobie jak taki skrót może działać na dzieci. Siła tej sceny jest zmniejszona, bo ona trwa za długo i pojawia się dwa razy. Są jeszcze takie leitmotywy, które się powtarzają, które też nie pomagają w uruchomieniu spektaklu (chyba wystarczyłoby zmienić pojedyncze elementy). (Oczywiście najłatwiej się mądrzyć nie o swoim spektaklu). A dla mnie do zapamiętania jest fakt, że cały spektakl jest napieprzany w rytmie bardzo szybkim. Mam nadzieję nie popełnić tego błędu w Belfrze. Dać czas widzowi. Wypauzować po scenach dynamicznych.
UWAGA do Łukasza (od Mikołaja): uważać czy nie za dużo jest twarzy. Czy to autentyczne takie przerysowanie. !!!! Bardzo cenne. 
Cytat: "Pan jest aktorem?" "Tak" "To może jakiś duet. Taki duet byłby... sympatyczny" :) made my day.

środa, 22 kwietnia 2015

Zasady. (Stanisławski) - AKTUALIZACJA

Analizuję Stanisławskiego po raz kolejny. I tym razem zatrzymałem się na dwóch rzeczach. Jedna ma charakter przypomnienia w mojej pracy pedagogicznej "ja chcę" - to świetnie koreluje z próbą rozluźnienia formy, a podejściem od strony treści, żeby forma ulegała zmianom w zależności od intencji - w ramach tej samej intencji - nawet jeśli ta zmiana wyraża się tylko w wektorach natężenie i tempo. Idealnie byłoby gdyby wyrażało się w tonacji frazy (rozluźnionej).
Druga rzecz jest bardziej skomplikowana. Stanisławski pisze, żeby zacząć od działań fizycznych zanim przejdziemy do pracy nad słowem. Ja robię odwrotnie. Zaczynam od słowa, potem znajduję działania fizyczne. Droga proponowana przez Stanisławskiego jest na pewno słuszna. Działania fizyczne (psychofizyczne) wywołują emocje i dają aktorowi mocne zaczepienie emocjonalne. Te zmiany w ciele są kodowane, żeby mieć większą łatwość pobudzenia emocjonalnego.
Ja zaczynam od świadomości słowa - tzn od jego wartości intelektualnej i potem szukam ciała. Czy nie utrudniam sobie (i innym) zadania? Widz potrzebuje uruchomienia w przestrzeni? (a przypadek Stanisława?), Anna Augustynowicz twierdzi, że obraz jest wtórny. Czy nie jest tak, że już gorzej nam się słucha? Nudzimy się gadulstwem na scenie? Wszyscy o tym ostatnio mówią, że "za dużo słów". Ale tylko ludzie teatru tak mówią. Czyli to jest tendencja w teatrze? A widz ma zaufanie do słowa? (Przy założeniu, że dobrze wykonywanego?)
I jeszcze jedno...
"Szlachetność" wyborów (finał muzyczny w Romeo)... Idę za Grotowskim - odważniej prowadzić teatr (ale nie bezmyślnie). Nie o prowokację chodzi, ale podchodzenie na nowo do ustalonych praw. "Bo tak się robi w teatrze". A dlaczego mam robić tak jak wszyscy? Chcę podejmować własne decyzje - tzn takie, które są zgodne z moim myśleniem. Nie przypadkowe są moje wybory (zakładam). Więc coś komunikują. Nawet jeśli ci szlachetni tego nie kupują. Bawią ich wybory, których według własnych zasad nie akceptują.... tylko według własnych zasad. Kto powiedział, że te ich zasady są słuszne? Nie mogą mieć takiej pewności. Mówimy tu o stylu, preferencjach, gustach, o tym, co sami wcześniej zrobili, lub widzieli. 

niedziela, 19 kwietnia 2015

Usztywnienie. Konsekwencje



Większość z nas działających teatralnie chce, żeby nasi aktorzy prezentowali "świeżość" - tzn tworzyli "na nowo" tekst, który ma być zagrany. Rozumiemy też, że żeby to miało miejsce trzeba recytatora/aktora nauczyć myślenia tekstem - tzn tworzenia procesu myślowego, od strony logiki frazy i od strony samego procesu psychologicznego. Każdy fragment ma zadanie/emocje.
Nie jest to łatwe, większości wydaje się na początku, że wystarczy znać tekst i go wypowiadać. A w rzeczywistości to, co istotne, to wszystko co dzieje się pod tekstem - tylko te "obrazy" czy skojarzenia dają "niesienie" scenie i aktorowi. To znaczy najtrudniej (z jakiegoś powodu) jest zbudować sobie tę serię (konkretnych) skojarzeń.
Jak przychodzi już do samej pracy, to wiele rytmicznych spraw nam się nie podoba. Podsuwamy możliwe rozwiązania zapominając, że każde usztywnienie formy może prowadzić do koncentracji na prowadzeniu tekstu od strony formalnej. Aktor, żeby tworzyć musi (primo) wiedzieć co mówi - nie mówię o rzeczach podstawowych jak logika, ale o interpretacji, czyli po prostu znalezienie przebiegu tekstu i Konkretnych obrazów/skojarzeń/uruchomienia wyobraźni (interpretacja to nie intuicyjne poddanie się logice - to dostrzeżenie grafiki tekstu, kim jest autor, co on podpowiada w tekście, i ostatecznie szukanie takiego zrozumienia i kompozycji, które wyciągają sensy), które wywołują emocje.
Nawet u Stanisława, który jest formalistą (w sensie takim, że precyzyjnie ustawia partyturę dźwiękową), trzeba się w tym "rozpuścić" (nadać sensy; często poddać się temu).
Dobrze by było o tym pamiętać.
Dyscyplina rytmiczna to jedno, ale sens jest ważniejszy w procesie uczenia ludzi operowania słowem.   
W pierwszym nagraniu słychać jak recytatorka ma luki w głowie, które realizują się w postaci zgrzytu rytmicznego, ale to nie rytmika spowodowała te dziury tylko "głowa". 

czwartek, 16 kwietnia 2015

2. dzień Kwietniowych

Bardzo ciekawie. Tyle interesujących myśli. Bardzo dobra młoda Podolska momentami. Ta dziewczyna już kuma co to jest mówienie i szukanie prawdy. Publika zamarła. Zrobiło się głucho jak mówiła. Czyli trafia. Jej siostra, a moja wychowanka się wyłożyła, ale jakoś jestem z niej dumny, że tak do tego podeszła, choć jak 10 minut później ją zagadałem żyła tym "odejściem". Czasami trzeba zejść nisko, żeby było się z czego podnieść. Ja i Łukasz dobrze to rozumiemy. Ona też to musi skumać. Nic samo się nie zrobi, trzeba zawsze od nowa. I zawsze jakby od początku. Ja rozumiem, że gdybym chciał współzawodniczyć z tymi dziewczynami musiałbym wejść w siebie na serio.
dobre te obserwacje.

środa, 15 kwietnia 2015

I dzień Kwietniowych

Publiczność dziś nie słuchała zbyt intensywnie. Tylu ciekawych wykonawców.
Większość wykonuje, ale nie myśli co wykonuje. Ten "sukces" wydarza się przed wykonaniem, bo interpretacji nie da się oszukać. Po dogłębnej interpretacji wykonanie pieczętuje "sukces". dla mnie nie sukces tylko bycie w sztuce.
Dziś słyszałem Julię i Viktorię. Julia potrzebuje tutoringu. Wszystko niby w porządku, ale to nie to. Jeszcze... (nie przemyślane; i zbyt zachowawcze, choć brzmi dobrze)
Viktoria natomiast była niesamowita. Dlaczego? Czy to jest mierzalne? Czy obiektywne?
Po pierwsze b.dobra interpretacja, czego się zawsze już po niej spodziewam, ale wykonanie. Świadome, aktywne, zmieniając nastroje. Tego się nie da zrobić, to trzeba puścić, żeby przeżyć. Poddać się tematowi. wtedy wszelkie techniczne sprawy przestają mieć znaczenie. Nie jak to brzmi. Tylko co recytator ma do powiedzenia. Nie chciałbym z nią współzawodniczyć, bo bym przegrał, gdybym się nie postarał być prawdziwym. Czysta przyjemność. Aż niemożliwe. Jutro (we własne urodziny) będę oglądał wszystkich (dziś miałem zajęcia).... i jestem bardzo ciekaw... bardzo... nie wydaje mi się, żeby można było lepiej... ale słyszałem Nickę na OKR'ze. Jak K.P się też wczuje to ją stać na bardzo dużo. Wszystkie teksty, które one "robią" są super trudne (muszą być dla rozwoju).
Większość uczestników mi się jakoś "podoba", ale wadzi sposób interpretacji. Wykonanie im odważniejsze, tym lepsze, ale interpretacja leży jeśli chodzi o to co słyszałem. 

niedziela, 12 kwietnia 2015

W dół.

Mark Strand

Winda

1


Winda zjechała do piwnic. Otworzyły się drzwi.
Ktoś wszedł i spytał: „Do góry?”
„W dół”, powiedziałem, „w dół. Do góry już nie pojadę”.

2

Winda zjechała do piwnic. Otworzyły się drzwi.
Ktoś wszedł i spytał: „Do góry?”
„W dół”, powiedziałem, „w dół. Do góry już nie pojadę”.


...  

piątek, 10 kwietnia 2015

OKR 2015

Jak co roku przygotowywaliśmy się do etapu powiatowego OKR'u - najbardziej prestiżowego konkursu, wieloetapowego, w którym mamy znaczące sukcesy w spotkaniach centralnych. Teraz przed tymi, którzy zostali wybrani etap wojewódzki, i myślę, że mają duże szanse. 
Nie pamiętam konkursu, który by stał na tak wysokim poziomie. Zabrakło mi tylko Pauliny i jej głosu, ale i Nicka i Vi i K.P i Dominika zrobiły ogromny krok do przodu. Przyjemnie się słucha licealistów, którzy mają już taki wachlarz środków i umieją szukać prawdy. Bardzo się cieszę, że nie ja musiałem decydować kto idzie dalej, bo bym nie miał pojęcia kogo wybrać pomiędzy tą 4. Ostatecznie stanęło na Vi (trudność tekstów ogromna) i Klaudii Podolskiej (ona sobie zasłużyła pracą na obecność w tym wojewódzkim etapie).
Cieszy też fakt, że Piotrowi się udało, choć tam jeszcze jest dużo pracy (proza - kompozycja tekstu). 

Natomiast on umie sprawnie mówić, pięknie opowiada, i jest pozbawiony egoizmu. 
Dziewczyny ewidentnie idą w stronę aktorstwa. Ja tego tak nie lubię u recytatorów, ale kurcze, jest to trochę poza nimi - dość długo już grają na scenie, a to nad czym ostatnio pracujemy to tworzenie postaci, więc siłą rzeczy przenoszą to w recytację. 
W recytacji w moim rozumieniu tego słowa trzeba mówić własnym głosem. Najbliżej tego jest Piotr, i co zaskakujące młody Meller, który wygrał Konkurs Poezji Polskiej i był bardzo dobry. Prawdziwy i sensowny. 
Jeden z członków jury powiedział, że jest przepaść pomiędzy tymi, którzy pracują ze mną, a resztą. Ja zawsze przygotowuję ludzi na finał. Już na wojewódzkim etapie (który bardzo trudno wygrać) jest dobra konkurencja. Póki co mieliśmy szczęście do istnienia w werdyktach, choć jestem na takim etapie, że to mnie najmniej interesuje. Tylko jak widzę rozwój, to mi daje kopa. Dziewczyny zrobiły się naprawdę dobre. 
W kat. poezji śpiewanej przeszła Julia. Ten utwór, do którego Janek Łangowski napisał wspaniałą muzykę jest doskonały. Tak zróżnicowany i jakoś chwytający ideę tekstu Tuwima. 
W kat. teatru jednego aktora (najtrudniejszej kategorii) bardzo ciekawy wydaje mi się Aleks, którego pamiętam kiedy był dzieckiem i namawiałem jego mamę  (tylko raz mi się zdarzyło namawiać kogoś), żeby go posyłała na zajęcia. On ciągle jest ciekawy i sprawny, ale potrzebuje kogoś kto ma pojęcie o inscenizacyjnych potrzebach tej formy. Reżyserka powiedziała, że się uczą dopiero. I to jest w porządku. Największym problemem jest sam tekst, któremu brakuje dramatu. Widziałem ten monodram dzień wcześniej i wiedziałem, że to nie mój teatr. Poza tym nie można ingerować w strukturę na dzień przed konkursem, ale jest też w tej prostocie tego spektaklu coś ujmującego. Nie przeszkadza mi czas, w którym to się odbywa. To było w gruncie rzeczy ciekawe.  

wtorek, 7 kwietnia 2015

Doskonałość

Doskonałość to wiele małych rzeczy robionych precyzyjnie. To najlepsza definicja jaką kiedykolwiek słyszałem. Idealnie odnosi się do sytuacji teatralnej. Od razu myślę o pierwszej scenie Belfra. Czy nie można tego rozegrać między aktorami? Ta wersja powstała w pędzie. Jeśli uda nam się to trzeba to rozegrać "w czasie".

piątek, 3 kwietnia 2015

Akropolis i rozmowa z Anną Augustynowicz

Miałem bardzo dużo szczęścia, że uczestniczyłem w spotkaniu z jednym z najciekawszych reżyserów zarazem dyrektorką teatru Współczesnego w Szczecinie - p.Anną Augustynowicz. 
Spektakl Akropolis to bardzo ciekawa rzecz, kilka scen jest tak silnych, że jestem o te sceny mądrzejszy. Jesteśmy tym, co oglądamy. Jestem przekonany, że to mi się przypomni jeszcze. Scena gdzie mężczyźni w różnym wieku wykonują "za" czwartą ścianę rytmiczny taniec bojowy do tekstu jest Arcydziełem emocjonalnym. Uderzenie niesamowite. Do tego ta różnorodność tych mężczyzn. Od razu rozpoznałem Hektora po sile jego ekspresji. 
W jakimś momencie spektaklu miałem wrażenie, że zmienia się temat spektaklu. Bardzo silnym motywem jest różnica w postrzeganiu przez pryzmat płci - Hektor chociaż Achilles nie walczy jest gotów na śmierć i walkę. Chce się oddać walce. To jego los, który on można powiedzieć prowokuje. W czasie oglądania miałem różne myśli; w różne strony wędrujące. Dla mnie to zawsze był znak, że spektakl "nie trzyma", ale... okazuje się, że jest to świadoma droga reżyserki - po spektaklu odbyło się z nią spotkanie, na którym mógłbym siedzieć całą noc badając jej sposób patrzenia. 
Pani Augustynowicz powiedziała, że ją nie interesują recenzje, co się mówi, tylko ten moment kiedy się ogląda - jak myśli idą w różne strony, nawet w inne strony niż spektakl prowadzi (!!!). Mówi, że próbuje wyciągnąć intuicyjnie jak najwięcej treści z autora i lepiej lub gorzej przenieść tę treść na scenę. Wyczuwa się u niej spory dystans. Powiedziała też, że ona nie wyraża własnych tez w teatrze - jest w służbie autora i tematu. Bardzo silnie odczuwałem jakieś intuicyjne wybory w tym Akropolis. 
Powiedziała też, że obraz dla niej jest wtórny (!!!!!!), a słowo nośne ("w XXI wieku, który nie jest czasem dobrym dla słowa"). Ta tendencja jest ewidentnie pod prąd, poza tym wymaga mistrzowskiego aktorstwa. W Akropolis jest kilku bardzo zaangażowanych aktorów (tzn w treść i sens; Hektor), ale są też tacy, którzy "grają" to bez większego entuzjazmu. A przynajmniej takie jest wrażenie. Mało ludzkie te kreacje, silnie grane, nie tworzące treści na nowo, tylko odtwarzające (może to trudne przez ten rytm?). Choć może jeszcze nie odkryli słów. Ciężko się ich słucha. A konflikty wydają się mocno przerysowane.
Podstawowym środkiem, który jest wykorzystywany to opozycja zbiorowych akcji do dwójkowych/trójkowych scen. Ładnie to działa. Spektakl ma bardzo ciekawy rytm. Szczecinianie nie mają z nią łatwego życia... ona na pewno zmusza widzów do wysiłku intelektualnego i ciągłej atencji. 
...przez jej słowa przebija też fakt, że chyba w pracy jest katorżnicza. Kiedy zadałem jej pytanie o rytm definitywnie odpowiedziała, że "nie może się rozchodzić" - i prawie "poczułem" jak wyglądają u niej próby. (ale jest to tylko przypuszczenie). 
Miałem szczęście otrzymać od niej scenariusz Akropolis z dedykacją dla Studia. Powiedziała też, że cieszy się, że coś takiego istnieje. Czy słyszała o nas czy odniosła się do nazwy (która sugeruje podobne podejście do słowa) nie wiem, ale to było miłe.  
Jestem o to doświadczenie mądrzejszy. Wszystko podczas tego wyjazdu było doskonałe i twórcze. 

zdjęcie powyżej: o tej scenie mówiłem - arcydzieło. Rozwiązanie znalazło się podczas szukania w pogańskich źródłach. Obok Hektora jest starszy aktor (tu widać tylko but)
foto: Anna Augustynowicz

środa, 1 kwietnia 2015

Władca - przed próbą piątkową

Założenia:
- poprowadzić początek na grotesce; na opozycji między Prosiaczkiem i jego dupowatością (i grubością), a Ralphem i jego głupkowatością
- Prosiaczek wpieprza potajemnie czekoladki
- Jack śpiewa na klęczkach, innych sprowadza na klęczki (zadanie: pouczyć jak żyć wobec Boga)
- "berek"; biegają wszyscy; wyciemnienia; zaczynają się czymś zajmować; biega tylko Jack
- Wybór na wodza: ze śpiewania (Ralph śpiewa lepiej); Jack wchodzi jako lider Tamtej rzeczywistości; tu świat się "tworzy" od nowa
- wejście Jacka: przerywa wymienianie denerwujące imion osób na wyspie Prosiaczka
- wyrzucić Odę do Radości (co to był za durny pomysł)