środa, 9 grudnia 2015

Odpowiedź na post.

odpowiedź na post: http://boticellodellasperientia.blogspot.com/2015/11/romeo-i.html?showComment=1449733227402#c8609207306605868335
Faktycznie spektakl dojrzał bardzo od premiery. Szczególnie widoczna jest tu Twoja praca. Na początku ja dużo lepiej podawałem tekst - dużo więcej było u mnie świadomości samych słów. Teraz ledwo Cię gonię. Świadomość została, ale Ty dodajesz do tego zatracenie się w emocji (bez UTRATY ŚWIADOMOSCI - to jest tak ważne - już kiedyś Ci mówiłem, że jak dobrze gram Lolitę, to nie dlatego, że puszcza mi emocja, tylko dlatego, że mam swiadomość tekstu/sytuacji i tylko otwieram emocję i patrzę co ona może ze mną zrobić. I za chwilę dociskam śrubę w drugą stronę). Tego się trzeba trzymać, bo to jest jakość bardzo dobra. A z drugiej strony ciągle jestem ciekaw dokąd nas to jeszcze zaprowadzi. Świetnie się to gra. To jak wypływanie w ciągle nową przygodę. Od Nowa. Rzadkie i wspaniałe.
Z rzeczy które mnie zastanawiają:
- "Witajcie Panowie" - ten tekst nigdy mi już nie wychodzi, bo czuję że coś dogrywasz za plecami i nie ma to żadnej nośności (a zakładem, że dobrze go podaję). Musiałbym chyba wejść mocniej przed Ciebie. Albo ... nie wiem.
- tonacja "kocyka"? Może... ale tylko może... tam coś jeszcze jest tonacyjnie do poszukania.. jakiś rodzaj podniecającej nieśmiałości. Ty to oczywiście robisz dobrze, ja po prostu ostatnio to sobie badam i czuję, że jest tam jeszcze coś do dalej to może odsunąć od informacyjności, nadać nastrój.
- słuchaj, może byśmy pozwolili (jeśli sama podejmie taką decyzję) Julii  wejść na kocyk. Tzn przegadajmy co by się wtedy stało. To ciekawe w kategoriach naszych poszukiwań. Ja przy tym ostatnim zgaszeniu mógłbym ją stamtąd zabrać. To tylko taka myśl, raczej jestem ciekawy niż jest to potrzebne spektaklowi.
- na tym ostatnim graniu nauczyłem się czegoś istotnego - zaczynam to grać jak Lolitę - silnie balansując. Nawet ten tekst "łza osiadła" jest subtelniej zbalansowany. Ten kierunek mi się podoba.

We wcześniejszym poście piszesz o dialogu. Że nie musisz patrzeć na partnera kiedy dialogujesz. Być może nie. Być może to co teraz napiszę wynika z braku moich umiejętności. ALE: jest mi dużo ciężej się przebijać do Ciebie z "prawdą" kiedy ja do Ciebie mówię, a Ty zajmujesz się czymś innym. Tzn chodzi mi o to, że to, co piszesz o dialogu może jest prawdą jeśli chodzi o mówiącego, ale utrudnia drugiej stronie (słuchającemu) dialog. Grałem z Olą we Wstydzie gdzie najtrudniejsze były dialogi kiedy nie mogliśmy na siebie patrzeć, często się to mijało. Trafiało na ścianę. Przemyśl to. (Tam było ekstremalnie - graliśmy to w liniach, zawsze partner był w zupełnie innej linii). Sprawdź.
...chodzi mi po głowie, żeby to zaproponować jednak Teatrowi Gdynia Główna. I zagrać to razem z I Julią. To już ten moment. I byłaby frajda kolejna.
PS. co do porównania Dean i De Niro to żeś trochę jednak pojechał co?

Wojna

pomyliłem się bardzo. to doskonałe. "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Warto przeczytać. To tylko fragmenty potrzebne mi do rozwinięcia myśli o spektaklu. 

"...niedawno przyszedł taki list: „Nam, starym, trudno żyć… Ale cierpimy nie z powodu małych, poniżających emerytur. Najbardziej boli to, że zostaliśmy wygnani z wielkiej przeszłości w nieznośnie małą teraźniejszość. Już nikt nas nie zaprasza na spotkania w szkołach, w muzeach, już nie jesteśmy potrzebni. Nie ma nas już, a jeszcze żyjemy. To straszne — przeżyć swój czas…"

"Są zakochane w tym, co im się wydarzyło, bo to nie tylko wojna, ale także ich młodość"

"...przyszły mąż mi się oświadczył, to było już w Berlinie, przed Reichstagiem, powiedział: Wojna się skończyła. My żyjemy. Mieliśmy szczęście. Wyjdź za mnie. Chciało mi się wtedy płakać. Krzyczeć. Uderzyć go! Jak to - wyjść za niego? Teraz? Wśród tego wszystkiego — za mąż? W otoczeniu czarnej sadzy i czarnych cegieł… Popatrz lepiej na mnie… Popatrz, jaka jestem! Najpierw zrób ze mnie kobietę: przynieś kwiaty, zalecaj się do mnie, mów piękne słowa. Ja tak tego pragnę! Tak na to czekam! Omal go nie uderzyłam… Chciałam uderzyć…"

"Leży kapitan… Lekarze uprzedzili mnie przed dyżurem, że w nocy umrze, nie dociągnie do rana, a ja go pytam: «No jak tam? Jak ci pomóc?». Nigdy tego nie zapomnę… W pewnej chwili uśmiechnął się, miał taki pogodny uśmiech na umęczonej twarzy: «Rozepnij fartuch… Pokaż piersi… Dawno nie widziałem żony…». Zawstydziłam się, coś tam mu odpowiedziałam. Wyszłam i po godzinie wróciłam.
  Leży martwy. I ten uśmiech na jego twarzy…"

wtorek, 8 grudnia 2015

Casting w Wawie

Kiedy przez dwa tygodnie telefon milczał, już wydawało mi się, że nic z tego nie będzie. Że jednak poszło mi nie tak "prawdziwie" jak mi się wydawało. A wydawało mi się, że jestem sprytny zmieniając emocje, żeby pokazać ile potrafię na zawołanie. Nawet się autentycznie wzruszyłem na koniec i uderzyłem tą emocją w mojego partnera. A tu telefon milczał. Przez te dwa tygodnie zdążyłem sobie wmówić, że jednak nie jestem tak dobry jak mi się czasami wydaje, albo jak przyjazne dusze mi mówią. 
Pojechałem na ten casting, żeby dać sobie szansę, odwrócić niezbyt dobrą passę, zrobić wrażenie, zrobić coś dla siebie. Już na wejściu do sali przekonałem się, że się denerwuje, co w moim przypadku jeśli chodzi o scenę już dawno się nie wydarzało. To znaczy chodzi mi o ten szczególny rodzaj zdenerwowania, który na początku trochę jednak paraliżuje, powoduje że drżę. Pierwsza moja swiadoma myśl była taka, że chyba już nie jestem aktorem. Potem jak już wszedłem w tę scenkę improwizowaną było coraz łatwiej - świadomie dialogowałem, wymyślałem zwroty akcji, nawet zastanawiałem się podczas trwania jakim natężeniem złości ostatecznie uderzać w partnera (jak to rozwijać; gdzie jest granica). On był chłodny, nie wchodził w to naprawdę, ale dobrze słuchał i pozwalał rozwijać wątki. Było ciekawie. Wychodząc pomyślałem, że za drugim razem będzie jeszcze lepiej. 
Telefon nie dzwonił. Aż do wczoraj. Dostałem jedną z głównych ról. Zdjęcia zaczynają się 18 grudnia, czyli wtedy kiedy mnie już nie będzie w Polsce. Nie żal mi wcale. Raczej chodziło o udowodnienie sobie, że umiem. Poza tym z tą panią od castingu dogadaliśmy się, że jak wrócę to może coś będzie innego. Chciałbym zobaczyć jak gram przed kamerą. Czy jestem wstanie być naturlanym. Mogę grać w takim serialu jak Łukasz, w ogóle mi to nie przeszkadza. Potrzebuję nowych doświadczeń. Odskoczni od teatru. Innych bodźców. Inne postrzegania. Trochę takiego jak Bortkiewicz robi spektakle "filmowe". W filmie jest tylko jedna szansa, więc każda drobna zmiana ma "kosmiczny" wymiar. W teatrze dotychczas pozostawiałem pewne sprawy otwarte. Chciałbym zbadać to środowisko - nie mówię o ludziach - tylko o samej materii. 
Jest też wsparcie.

piątek, 4 grudnia 2015

Sebastian Mrówczyński

Prawdziwym fenomenem i zmianą w moim myśleniu jest praca z Sebastianem. Dotyczy to kilku podstawowych spraw. On tego nie czuje, ale można z nim zbudować wszystko z kilku powodów - podstawowy jest taki, że on nie ma żadnych wcześniejszych nawyków (oprócz jednego - pauzowania - nie pilnuje się, ale nad tym pracujemy). 
Zaskakujący jest jego zasięg tonacyjny. Robi takie rzeczy, których ja nie umiem. To mi otwiera oczy na sprawę tonacji ostatecznie. Na jej możliwości. Każdy z nas ma zasięg tonacyjny "jakiś". Niektórzy bardzo skromny, inni - z dobrym uchem - szeroki, ciekawy. Oczekujemy od siebie emocjonalności, ale często ta "prawda" emocjonalna jest tak... prywatna... że jest bardzo bliska informacyjności. Komunikat emocjonalny jest dobry, ale to czy to dotrze do odbiorcy zależy od jego... otwartości (szukam słów). Natomiast są takie mozliwości tonacyjne, które umiejętnie prowadzone wprowadzają tak pobudzające kontrasty (i konflikty; mistrzem S.Miedziewski), że ma to zupełnie inną nośność. Kiedyś Ola mi powiedziała, że tego się "dobrze słucha", choć nie porusza emocjonalnie. Całe lata próbowałem zrozumieć dwie szkoły, których dotknąłem: Ewy Ignaczak - emocjonalnej naprawdę i Stanisława Miedziewskiego - tonacyjnej partytury. Nie do wyobrażenia jest to że obie te jakości są do uchwycenia!
Bardzo szybko złapał to Sebastian, z którym pracuje się bardzo efektywnie. On pracuje w domu. Myśli o tym. Zadaje pytania. Ale też nie podnieca się samą emocją, tylko jest chłodniejszy na początku, co pozwala mu osiągnąć niebywałe tonacje. jest to bardzo szerokie, atrakcyjne, nie da się obok tego przejść obojętnie. do tego pilnuje rytmu, którego też nie da się oszukać. To istotna składowa, która... atakuje ucho widza po pierwsze większą ilością materiału niż nadąża przetworzyć. Po drugie tworzy partyturę muzyczną, która nie jest jednostajna - składa się z pauz, ale umiejętnie wrzuconych nie wynikających z przeżywania aktora, tylko z potrzeb konstrukcyjnych. To szczególnie istotne w recytacji gdzie nie ma podpory teatralnej. Po trzecie - aktor nie poddaje się emocji; to on narzuca i kontroluje widza. 
Przy takiej konstrukcji aktora jakim jest Sebastian to wszystko jest bardzo inspirujące. Pomysły same przychodzą mi do głowy. Często wychodzą z jego propozycji, z tego co w zalążku się u niego pojawia. Niektóre jego pomysły są od razu same z siebie doskonałe.  
Założyłem się z Sebastianem, że na każdym konkursie będzie dostawał jakąś nagrodę. Po prostu jest to zauważalne. Jest w naszym teatrze od kilkunastu miesięcy a już ma nagrodę aktorską za Belfra; i 3 nagrodę za recytację na konkursie o bardzo wysokim poziomie. I pomyśleć, że to debiut. ALE też on jest jedną z najbardziej pracowitych osób jakie miałem. 
....jakby w dobrym momencie się pojawił...
od razu się to przełożyła na moją pracę z innymi; głównie z Viktorią. 
Jestem przekonany, że "kocyk" w Romeo i... to też inna tonacja niż ta którą osiąga Dominik. Ona właśnie jest zbyt informacyjna. Gdzieś zbadać "niewinność" (nieśmiałość?) w tonacji.

zdjęcia: D.Frymark

czwartek, 3 grudnia 2015

Praca. (1)

Przypadkowo moje badania idą w stronę "świadomość vs emocja". I tu wnioski. NIE MA SENSU CISNĄC EMOCJI dogrywając ją na maksa. Trzeba tylko uczciwie na serio ją otwierać i rozszerzać. Otwierać to znaczy zbudować sobie pełną motywację działania. Świadomość natomiast jest bezpośrednio z tym związana - obecność NA NOWO w tekście. To otwiera możliwości kiedy się zna zadanie.  
Robi to obecnie Łukasz, Sebastian (to najlepszy przykład na świadomość i jednocześnie otwarcie emocjonalne - ten przypadek opiszę szczegółowo), robi to też doskonale Dominik - obudował całą rzeczywistość w swojej głowie. Znalazł motywację, ale też inaczej traktuje tekst. Bardzo świadomie. Najlepszy dowód, że muszę bardzo się starać, żeby mu dorównać, a i tak nie daje rady. Dominik często podsumowywał moje granie mówiąc "że puściła emocja". Ja wiedziałem, że to zupełnie nie tak. Kontrolowałem tekst, poddając wszystko silnej obecności, otwierałem emocje i tylko pozwalałem temu robić coś ze mną - pozwalałem temu działać. Ale świadomość tekstu powodowała, że to niosło całą historię. Trzeba tylko jak Łukasz i Dominik wiedzieć jaką historię się prowadzi. Ta wiedza otwiera dodatkowe możliwości. 
Zaskakujące jest to, że Viktoria powtarzalnie umie też to zrobić od momentu kiedy zrobiliśmy monodram. Nie da się przejść obojętnie obok jej wykonania. Tak jak nie da się przejść obok wykonania Sebastiana (choć nie do końca z tych samych powodów). 
I nie ma zmiłuj... rytmu też się nie da oszukać. Są takie rzeczy, które rytmicznie nawet przy najpiękniejszej prawdzie, nie da się obronić bez rytmu. Dominik kiedyś powiedział oburzony, że w szkole mówią mu, że trzeba szybciej wolniej. I... oni mają dużo racji. Pod warunkiem, że zbuduje się sobie wewnętrzny świat, nie świat ogólny, tylko bardzo szczegółowy, znajdzie się sposób na siebie, żeby się uruchamiała emocja. Np. kiedy umarła osoba z mojej rodziny z jakiegoś powodu tak to mną nie wstrząsnęło jak śmierć osoby mi raczej nie znanej. Zakwestionowałem wtedy własny zdrowy rozsądek, ale takie były fakty. Gdybym miał opowiedzieć o śmierci cofnąłem bym się do tego właśnie co mną tak wstrząsnęło, mimo że to zaskakujące, że właśnie to działa - mocno uruchamia. 
Chciałbym to jeszcze rozkminić szczegółowo opisując. 
W Szamotułach sprawdziłem swoje założenia i inaczej niż dotychczas wypracowaną jakość. I się sprawdziło.