wtorek, 26 kwietnia 2016

Historia Aktorów Studia w OKR

Historia aktorów Studia na OKR'ze
Studio Rapsodyczne dostało taką właśnie nazwę, bo miało być przedłużeniem Studia Henryka Dąbrowskiego, w którym spędzałem każdą wolną chwilę jako student filologii angielskiej. Poznańskie Studio rzadko robiło spektakle, natomiast intensywnie organizowało koncerty poetyckie, a to wymuszało pracę nad poezją i prozą. Mistrzynią Henryka była Irena Jun. Kiedy słyszę panią Irenę słyszę poprzez nią też głos Henryka, jego frazowanie, szerokość tonacyjną, nade wszystko żelazną logikę i „powód” do wypowiadania tekstów.
Ogólnopolski Konkurs Recytatorski był zawsze bardzo istotnym spotkaniem. Sprawdzał nasze założenia, podpowiadał dalsze kierunki rozwoju, i ostatecznie przywracał prym słowu. Moja percepcja konkursu zmieniła się po tych wszystkich latach uczestniczenia najpierw jako recytator, potem jako instruktor. Obecnie konkurs jest dla mnie przyczynkiem do robienia teatru. Uczy prawidłowego podawania tekstu, myślenia tekstem, stawiania prawidłowego akcentowania logicznego, rozszerza zasięg tonacyjny aktorów, uczy prawdy emocjonalnej i sprawdza ich „głowy” kiedy muszą zbudować „inną” rzeczywistość tylko za pomocą własnego głosu. Ta praca świetnia owocuje potem na scenie. Aktorzy są lepiej przygotowani do pracy scenicznej. Wyczuwają rytmy tekstu, skraca to czas pracy z samym aktorem. Bardzo dużo w ciągu lat uczestniczenia w konkursie nauczyłem się. Każdego roku wracam z nowymi przemyśleniami.
W ciągu 11 lat istnienia Studia przewinęło się bardzo wielu recytatorów, którzy otrzymywali nagrody na etapie wojewódzkim. Przejście jednak do etapu centralnego to nie lada wyczyn i udaje się garstce. Jury przepuszcza maksymalnie dwie osoby z całego województwa. Udział w Centralnych Spotkaniach to ogromne wyróżnienie. Wystarczy przypomnieć, że co roku w konkursie bierze udział 10 tysięcy osób w całej Polsce (od etapów szkolnych, miejskich, powiatowych, wojewódzkich, aż do centralnych). W jury zasiadają profesorowie z Akademii Teatralnej na czele z „pilnującym” konkursu Lechem Śliwonikiem (byłym rektorem Akademii Teatralnej im Zelwerowicza w Warszawie).
Pierwszym któremu udała się sztuka przejścia do finału byłem ja. Kilkakrotnie byłem w finale - otrzymałem pierwszą nagrodę, a rok wcześniej trzecią nagrodę. W moim odczuciu lepiej mówiłem kiedy zdobywałem trzecie miejsce. Najmilej jednak wspominam otrzymanie pierwszej nagrody, dlatego, że był to 50. jubileuszowy OKR i w jury zasiadali Bożena Suchocka (dziekan), Lech Śliwonik (rektor), Lech Dąbrowski (reżyser, wykładowca) oraz Tadeusz Malak i Irena Jun (najwięksi aktorzy swojego pokolenia). Mówiło się wtedy 3 teksty (obowiązkowo jeden tekst miał być Mickiewicza). Przygotowywał mnie Henryk Dąbrowski i Henryk wypracował każdy detal, abym wiedział co mówię, a także jak mówię. (Byłem również w finale w kat. teatru jednego aktora w reż. Stanisława Miedziewskiego - 3 nagroda)
Jako instruktor, już we własnym teatrze, pracowałem z własną grupą, początkowo pracując tylko nad słowem. Już w trzecim roku pracy do finału dostały się aż dwie osoby: Marta Kurzak (obecnie aktorka teatru polskiego w Warszawie) oraz Łukasz Sajnaj (w kategorii wywiedzione ze słowa; najbardziej utytułowany i nagradzany aktor Studia). Pamiętam spokój Marty w finale i dojrzałość jej wykonania. Łukasz bardzo się denerwował w finale, tym bardziej, że występował pierwszy. Oboje dostali wyróżnienie. Rok później Łukasz (jako student) dostał się do finału w kat. recytacji.
Następną osobą, która awansowała do finału była Aleksandra Kania. To było dla nas nowe doświadczenie, bo pierwszy raz robiliśmy monodram (nie do końca wiedząc jak to się robi). Ola świetnie sobie poradziła. Podczas konsultacji ja jako reżyser spektaklu nasłuchałem się jakie błędy ja popełniłem. Bardzo dużo mi to dało. Stałem się uważniejszy i jeszcze więcej zacząłem czytać o teatrze.
W 2009 Łukasz Sajnaj awansował do finału z drugim monodramem Studia „Bon Voyage”. W finale nie poszło nam jednak zbyt dobrze. Mnie posądzano o chęć zabicia aktora (Ci, którzy widzieli monodram wiedzą o co może chodzić), a także o dłużyzny tekstowe, i nieprecyzyjne operowanie symbolami. Gdyby nie ta porażka pewnie nigdy nie przemyślelibyśmy całego monodramu. Do dziś śmiejemy się z Łukaszem, że gdyby nie porażki, nigdy byśmy się nie rozwinęli. Jesteśmy zbudowani z porażek i o nie mądrzejsi. Spektakl obecnie ma 10 nagród na koncie - i dla Najlepszego Aktora, i dla Najlepszego Reżysera, i nagrody główne. Wszystko tylko dlatego, że otworzyliśmy głowy po finale OKRu. Łukasz jest jedyną osobą w Studiu, która była w finale w trzech kategoriach.
W 2011 Judyta Tachasiuk zrobiła to, co rok wcześniej nie udało się jej bratu. W finale nie otrzymała nagrody, ale w jej rozwoju to było ważne doświadczenie - nie tylko z powodów czysto artystycznych.
W 2013 wszystkich zachwycił Dominik Gostomski (obecnie student w Akademii Teatralnej we Wrocławiu), który w finale zdobył 1.nagrodę. W moim odczuciu jeszcze lepiej powiedział wiersz niż prozę, którą zachwycił w finale wojewódzkim profesor Suchocką. 
W 2014 Damian Szmagliński wszedł do finału. Otrzymał wyróżnienie. To, co dla niego było ważne, to fakt, że Irena Jun bardzo mu gratulowała i „kazała” iść do Akademii Teatralnej. Damian skutecznie używa słowa jako dziennikarz. Wykładowczyni na jego uczelni pogratulowała mu świetnego warsztatu.
Dochodzimy do roku 2016… Viktoria Szopińska jest już w finale w kategorii recytacji i ma szanse również dostać się z nagrania spektaklu w kategorii Teatru Jednego Aktora. Trzymajcie kciuki.
Grzegorz Szlanga

czwartek, 21 kwietnia 2016

nie do wiary...

http://wyborcza.pl/duzyformat/1,151493,19947134,onr-w-bialymstoku-macie-sie-czego-bac.html

Rowicki ma tendencje do przeginania pały bez wątpienia - balansuje, ale... również bez wątpienia obok jego tekstów nie można przejść obojętnie. Są to mocne deklaracje - z tych spektakli, które ja widziałem na podstawie jego tekstów - są takie, które mogą podzielić widzów, wzburzyć, mogą obrazić.
Ja się nie obrażam, ale raz poczułem w Chojnicach... powiedzmy... ,że nie są mi potrzebne takie spektakle, bo dla ludzi najnormalniej w świecie są rzeczy święte.... moim celem nie jest obrażanie w tak małej miejscowości. Chciałbym, żeby ludzie czuli się u mnie dobrze i chcieli wracać.
Chyba są inne środki, żeby do ludzi docierać. (Piszę to ogólnie - tutaj sytuacja jest absurdalna, ale oburzyła ludzi do żywego; kabaret polega na tym, że nikt nie potrafi zdefiniować co tam jest "złego")
I oczywiście zachowania tych ludzi z artykułu są karykaturalne; to jest dopiero nienawiść w czystej postaci. A pod spodem czuje się taką informacje w artykule - przecież to tylko teatr. ALE: my wszyscy, ludzie... powiedzmy sztuki, chcemy, żeby teatr oddziaływał na ludzi, więc sami sobie tworzymy taką atmosferę... paranoja jest jednak niewyobrażalna - i do tego należy dodać, że Piotr Ratajczak to mądry gość, który jest bardzo dobrym człowiekiem - świetnie łączy mądrość przekazu ze świetną rozrywką.
To tylko zalążek moich myśli w tym temacie. Jeszcze muszę to przemyśleć.

środa, 20 kwietnia 2016

po II Bitwie

Ta impreza - podobnie jak w zeszłym roku - daje mi kopa energetycznego. Zmusiłem się, żeby nagrać filmiki. Tym razem wyszło dużo lepiej, bo Łukasz był czujny, żeby usprawniać moje pomysły lub dodawać swoje, a Daniel ze swoim genialnym zmysłym łapał superkadry. Do tego porozumienie było 100 procentowe i szybko to szło. Nauczyłem się obrabiać filmy. Było przy tym dużo dobrej zabawy. Do tego wywiad w radiu, gdzie jak w zeszłym roku przeginaliśmy trochę z Dominikiem, ale też było "inaczej" i zabawnie.
Promocyjnie sprawdziło się. Choć miesiąc i dzień na Bitwę nie był dobry - rezygnujemy z dużej liczby studentów. Ale o tym trzeba pamiętać jeśli zdarzy się 3 Bitwa. Na razie mam bardzo niewyraźny pomysł na trzecią. Wspaniale byłoby skontrastować młodość i dojrzałość. Dwie energie, może wcale nie przeciwne. To by było ciekawe dla mnie i dla widza.
W każdym razie na 2 Bitwie ludzie się dobrze bawili. Najważniejsze dla nas było, żeby zagrać dwa dobre spektakle. cdn

poniedziałek, 18 kwietnia 2016

premiera Króla Maciusia Pierwszego

Tamten tydzień był dla mnie zbyt intensywny i teraz zbieram tego plon. Ale: owocny. Bitwa to oddzielna sprawa. W niedzielę premierowo zagraliśmy "Króla Maciusia Pierwszego". Spektakl już na próbach mnie zadowalał - w kontraście do wcześniejszych większość scen jest udramatyzowanych. Aktorzy wymyślali rozwiązania, byli czujni. I bardzo zdyscyplinowani. Dobrze się tego słucha. Odkryłem sam, ile już się nauczyłem poprzez ten projekt - głównie jeśli chodzi o rozluźnienie własnej frazy. Mam teraz większe możliwości tonacyjne i lepiej/mądrzej reaguje na żywo. 
To właśnie zadanie, które postawiliśmy sobie w tym projekcie. Poszerzenie zasięgu tonacyjnego, zadbanie o świeżość wykonania, doprowadzenie do opanowania słowa. Słowa tu musi być "atrakcyjne", bo niewiele więcej będzie niosło treść. (Ale nie ma być usztywnione - aktorzy muszą się "wczuć")  A dzieci, jak wiadomo, szybko się nudzą. Projekt jest pod prąd tendencjom XXI wieku, ale jeszcze złego słowa o tym nie usłyszałem. 
Do poprawy: 
- artykulacja - precyzja (indywidualnie - paradoksalnie mikrofon uwypukla wszystkie niedoskonałości)
- długie fragmenty (czuje się, że aktorzy je czytają, brakuje tam logiki, struktury, ale przede wszystkim tego luzu, który jest w momentach krótszych fragmentów nad którymi łatwiej zapanować)
- wyczyszczenie w obrazie sceny walki
- początek tekstu - weryfikacja intencji (u wszystkich, szczególnie u mnie - brakuje logiki; Minister wojny - pierwsze złamanie ostre; narrator - logika i rytm)
- bęben - na murzyna - do mikrofonu - za słaby nastrój bez nagłośnienia. 
Teraz chciałbym to grać, skoro obsada jest na miejscu. Dać temu szansę się rozwinąć.

zdjęcie: Maria Eichler, Gazeta Pomorska

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Wołomin - Blackout

Rzadko mi się to zdarza, żebym zabiegał o kwalifikację na festiwal. Zazwyczaj wysyłam materiały i nagranie i zostawiam to. W tym przypadku wysiliłem się. Sprawdzałem czy doszło, pytałem czy jest ok itd. Na miejscu organizatora festiwalu bym zakwalifikował nasz zespół, żeby już dali spokój. W każdym razie potrzebny był mi ten wyjazd - żeby naładować się teatrem. A po drugie jakoś intuicyjnie ciągnęło mnie tam. I było warto. Dzięki tym ludziom przekonałem się, że nas - wariatów zakochanych w teatrze i poddających się jego magii jest więcej. 
Organizatorem festiwalu jest Teatr PaTaTaj (muszę się Piotra zapytać skąd ta nazwa). Prowadzącym teatr jest Piotr Stawski - facet, którego miałem za zadufanego przystojniaczka - i jak się okazuje on o mnie miał podobne zdanie :) . W rzeczywistości to bardzo ciepły człowiek, z ogromną wrażliwością, i z pasją w oczach. Polubiliśmy się, do tego stopnia, że drugiego dnia Piotr mnie zaprosił na scenę, żebym razem z nim (jajcarsko) poprowadził losowanie. Miałem też okazję dwa razy zapowiedzieć inne teatry. Było zabawnie. Potrzebowałem tego. 
Zagraliśmy nasz spektakl. Było różnie. Ale im bliżej końca, tym lepiej. Natomiast widownia zamarła.  Skończył się spektakl i była cisza jak makiem zasiał. Żadnych braw. Myślałem, że aż tak się to nie spodobało... potem się okazało, że fala wzruszenia przeszła przez widownię. Łukasz dostał bardzo duże brawa. (Ja już nie wiele odczuwam jak oglądam ten spektakl; bardziej interesuje mnie Łukasz w tym niż całość). Zasadą na tym festiwalu jest to, że od razu po spektaklu idzie się na omówienia. Jak zwykle nieśmiało poszliśmy. Usłyszeliśmy same superlatywy. Przede wszystkim to, że jest to najmądrzejszy spektakl na tym festiwalu i że jest to pierwszy przypadek, że można usiąść i pogadać o tym. Zawsze jak idę na omówienia i nie znam ludzi z jury to się obawiam, że będzie pokutować to, że jesteśmy z małej miejscowości. A na festiwalu teatry z Krakowa, Warszawy, Olsztyna, Szczecina. I nasze małe Chojnice. Szczególnie w nowym miejscu to tak może działać. Na festiwalach na których już byliśmy pozostawiliśmy (chyba) pozytywny ślad.  
Mówiono też o tym, że monodram to tak trudna forma itd... Uhonorowano nas nagrodami dla Najlepszego aktora i Najlepszego reżysera. Dla mnie najważniejsze jest to, że Razem dostaliśmy te nagrody. Po raz kolejny to cementuje naszą przyjaźń i zrozumienie jako partnerzy na scenie. 
To, co było dla mnie najważniejsze na tym festiwalu zostawiłem na koniec... jeden z członków jury na omówieniach nie mógł słowa wypowiedzieć - tak był poruszony. Podczas gdy pani teatrolog mówiła nie wytrzymałem wstałem i przytuliłem go. Nie mogłem znieść patrzenia jak się męczy z tymi emocjami. To było wyjątkowe. Tak jak powiedziałem - to właśnie dało mi zastrzyk bardzo pozytywnego serum na moje wątpliwości - są ludzie dla których to jest ważne i których to dotyka. Dla tego wydarzenia i poznania Piotra warto było przyjechać. 
Poza tym - nie było tam słabego spektaklu. To zasługa organizatorów - wrażliwości i skrupulatności Piotra podczas wybierania. Pierwszy raz widziałem bardzo znany w Polsce teatr Graciarnia z Krakowa. I rozumiem dlaczego są znani. Bardzo to sprawne, choć wedlug mnie forma nie wytrzymuje Balladyny. Wytraca się psychologia. Ale to ciekawy, ambitny spektakl. 
Podobnie spektakl 7 kobiet - to bym chętnie pokazał naszemu widzowi. Kryminalna zagadka, która demaskuje kobiety. Nie miało to szans na festiwalu - po prostu za długie. No i finał kiedy w tle wszystkie płaczą jest śmieszny po prostu, a szkoda bo powściągliwość aktorki, która monologuje na proscenium jest mocny. 

czwartek, 7 kwietnia 2016

II Bitwa - 2. zwiastun



To też zaskakująco dobrze się udało, chociaż byłem słabo skoncentrowany na ogarnięciu całości.

poniedziałek, 4 kwietnia 2016

II Bitwa - zwiastun 1.

 wspaniale się to udało zrobić. W środę nagrywam kolejny. Pomysł: "molestowanie w pracy". :) zgodnie z zasadą: there is always a bigger fish.