poniedziałek, 14 listopada 2016

Jeszcze reminiscencja z Kielc - Stolarski

Monodram "Ecce Homo" w wykonaniu starego znajomego, doskonałego aktora Janusza Stolarskiego.  Jako student chodziłem namiętnie z Henrykiem do teatru polskiego na Dziady. On grał księdza Piotra - zjawiskowo. Był jednym z najlepszych, jeśli nie najlepszym aktorem tego zespołu. Teraz myślę, że to głównie z powodów interpretacyjnych. Do tego bardzo precyzyjny. Rozumiejący "małe" gesty, wypełniający treścią. Bardzo "w ciele". 
To jest popis aktorstwa, bez popisu. Forma, treść. Myślę, że warto by to było pokazać naszej publiczności, choć materiał jest trudny - Nietzsche "Tako Rzecze Zaratustra". Doskonałe i niejednoznaczne. Bardzo wielowarstwowe. Teatr się tu wydarza w niedomówieniach. 
Mam bardzo ciekawe doświadczenie z Jankiem. Kiedy poznałem go po raz pierwszy - Henryk namówił mnie, żebym poszedł przećwiczyć z nim wiersz - nieśmiało poszedłem. Powiedziałem "Wenus" Poświatowskiej. Janek posłuchał. Pauza. I mówi "masz chuja?" (wiersz był o zachwycie nad kobietą). Wtedy po raz pierwszy skonfrontowałem się z patetyzmem. Wyszedłem zszokowany, ale już inaczej patrzyłem na sztukę. 
Spotkałem go teraz po 5 latach od naszego ostatniego spotkania w Maszewie. I on jest ciągle doskonałym aktorem. Kiedy go wywalili (?) z polskiego, podjął pracę świadomie jako woźny (?), żeby to zostało skomentowane. Z tego co wiem... nikt nie skomentował otwarcie. Ludzie mieli w nosie. https://www.youtube.com/watch?v=0SXKZIKj4Z0

niedziela, 13 listopada 2016

Jan Nowicki, Ecce Homo, Marek Kościółek

XX lecie Ecce Homo. Sama śmietanka alternatywy z Polski - bardzo uznane teatry z Polski.
Wczoraj graliśmy "Romea i...". Nie wszystko nam wyszło, ale ludzie wchodzili w to, coraz głębiej. Udało się zbudować finalne sceny. To wszystko jednak idzie w stronę refleksji serio. Ja już prawie nie gram "na śmieszno". Musimy jeszcze usiąść i przegadać to. Ludzie bardzo zadowoleni. Brawa bardzo szczere. Ania Kantyka zadowolona, powiedziała przy widzach, że to pewniak do nagród.
Był też Jan Nowicki. To już drugie moje z nim spotkanie. Jak zawsze bardzo ciekawe. Ostatnim razem zrobił świetne wrażenie na moich aktorach. Na mnie też podczas rozmowy. Natomiast gorsze podczas prywatnych rozmów.
Wczoraj wszystko co mówił było bardzo interesujące. Zaskakiwała mnie głębia i nieoczywistość jego refleksji. Miałem wrażenie jakbym poznawał go na nowo. Siedzieliśmy we trójkę - Bortkiewicz, Kantyka i ja. To było bardzo ciekawe. Mam nadzieję, że zapamiętam. Gadaliśmy o śmierci, powinnościach, filozofii. Jakieś podsumowania się wyklarowały. Cokolwiek powiedział Nowicki było jak odkrycie Ameryki - do tego powiedziane takimi słowami, które trafiają.
Jak mu podczas pierwszego spotkania opowiadałem o Romeo to on zadawał bardzo sensowne pytania. To po prostu bardzo mądry gość. I niczego nie udaje.
Spotkanie z Markiem Kościółkiem po roku niewidzenia się było dla mnie bardzo ważne. Zrozumiałem co się dzieje. Jak tu w życiu mówić o przypadku kiedy spotyka się w "tym" momencie kogoś kto rozumie "dokładnie".


piątek, 11 listopada 2016

interpretacja


obraz i tekst - prowadzenie roli

Już jakiś czas temu przyjąłem inną strategię budowania scen - prowadzę je dwukanałowo i staram się na przemian jeden kanał wyłączyć podczas pracy. Tekst (dźwięk) (1.) i idące za nim sensy i (2.) obrazy. Daje to szansę poszukania obrazu, który będzie jakoś zaskakiwał mocniej - zmieniał nastroje intensywniej. Rezygnuję z tego zabiegu tylko wtedy, kiedy skonstruowana fabuła prowadzi samoistnie do wytworzenia napięcia - wtedy rezygnuje z tego, chyba dlatego, żeby nie zaburzać tego napięcia niczym innym - żeby ono istniało i rozszerzało się na własnych prawach. 
Inwestycja w obraz daje jedną zasadniczą przewagę - odciąża aktora, uruchamia widza. Do tego jeśli obraz jest ciekawy (nieoczywisty) to załatwia również sprawę napięcia. 
Piszę o tym w kontekście poszukiwań formalnych, które są zależne od koncepcji. Już rozumiem, że mam tendencje do szukania wehikułu dla całości - rodzaju artystycznego przetworzenia rzeczywistości, żeby już sama przestrzeń grała. Tak jest bez wątpienia w "Bądź ze mna. Jestem", gdzie pokój Oskara to taśma, ale jednocześnie on poruszający sie po niej odmierza czas własnego życia. Tak jest w "Romeo i...", gdzie obrazy - sceny zmieniają przestrzeń wobec oglądającego widza. 
....ale co z prowadzeniem scen realistycznie... i tu jest pole do kształcenia. Za mało dotychczas pilnowałem sensów mikroscen - widzę to teraz pracując nad scenariuszami (i pracując nad Terroryzmem). Zbyt topornie rozwija ją się tematy w aktorach. Wtedy kiedy nie mogę operować swoim językiem (nazywam go sprytnym) jestem już dużo gorszy w konstruowaniu świata. Świat w takim przypadku jest zależny od umiejętnego prowadzenia aktora. I to u mnie nie jest skuteczne. Dopiero teraz uczę się tego. Doprecyzowuje cele i zadania. To wszystko da się nazwać. I też trzeba spojrzeć prawdzie w oczy - jeśli oglądając sceny z Terroryzmu dla mnie coś nie jest bardzo jasne, to dla widza nie będzie jasne w ogóle. Więc potrzebne są klarowne zadania. I to proste - prowadzące od a do b do x.
Jeśli Łukasz gra terrorystę, który nie chce zdradzić się z tym, że to on podłożył bombę to co z tego wynika jeśli chodzi o prowadzenie roli. Podstawowa sprawa: chce, żeby wybuchło. Druga: prowokuje pasażera (złości się, straszy go, cieszy się, podpuszcza, manipuluje, ukrywa intencje, puszczają mu emocje, chciałby mu za dużo powiedzieć, "podnieca" go bomba). Trzecia: wobec Mnicha buddyjskiego - rywalizuje z nim.   
"Użycie dwóch niezależnych kanałów, zapewnia łatwość rekonstrukcji" Gombrich

środa, 9 listopada 2016

moment zatrzymany w historii

Trump jest prezydentem. Jak bylem w Stanach to moi przyjaciele rozmawiali o nim jako o poważnym kandydacie. Wszelkie znaki na niebie i na ziemi wskazywały, ze jednak on. Choć nikt nie wierzył... ale pamietam te rozmowy wśród nich - bardzo merytoryczne. Wcale nie wśród głupich ludzi jak to się wydaje nam w Europie.
Medialne potępienie było mocne. I oczywiście uzasadnione. Ale ludzie zmęczeni są polityką. Człowiek poza jest może lepszy? A poza tym populista, więc popularny. Ekstremista? ludzie nie zauważyli? Nie wiem... czuje podskórnie złą przyszłość. Ale może poddaje się myśleniu, które serwują mi media?
Dziś na zajęciach słyszałem też powtórkę z mediów. Jedyny profesor od sztuki jest ciekawy co będzie. Reszta się wpisuje się i nazywa ludzi głupimi. Vox populi vox dei.
https://www.youtube.com/watch?v=9m2valF3s84

środa, 2 listopada 2016

Postaci! (ważne)

W każdej kolejnej odsłonie - pokazywać nową cechę (odsłonę) bohatera - bardzo interesujące. To się strukturalnie da prześledzić.


niedziela, 30 października 2016

Etiuda - plan plastyczny - październik


temat: żywioł; przetworzenie tematu - żywioł ludzki, siła grupy, zjednoczenie
materia: przedmiot - przezroczyste kubki, pomalowane symbolicznie w pionowe i poziome pasy - ostatecznie dwie drużyny kibiców. Finał: młody kibic śpiewa - rośnie nowe młode pokolenie.




czwartek, 20 października 2016

taka oto refleksja

http://ninateka.pl/audio/milczenie-roslin-halina-poswiatowska

co to znaczy być w treści. co to znaczy prowadzić temat. i nie naddawać tematu. czyli to co rozpoznajemy jako dojrzałe.

warto przesłuchać.

Mamy wyobrażenia o miłości.

niedziela, 9 października 2016

Okamoto Hôichi - the master

Okamoto Hôichi.



I am writing about an extraordinary experience I have had with a pupper theater. Due to the fact that I am in Wroclaw I am getting to know new forms (new for me) of art. One of the professors (he says :by chance) showed us a performance by Mr Okamoto. The master pupeteer was suffering from cancer and his last performance was made into a (kind of) a documentary film. 
It was his saying goodbye to the puppet he worked with all his life. It's difficult for me to say "puppet", because it was like watching another human being with him on the stage. His proficiency in leading the puppet was unbelievable, but no words can describe what I felt. (Perhaps it's me who lacks the right "language" to describe it).
The division between the real and the artificial emphsizes the ontological value of the artwork (a masterpiece). It opens up area for discussion of life and death, of what values in life... 
The real (the puppeteer) will die eventually, the artificial will die with him, but will live as well - it has always been dead (as a form)... but it is not dead at all in the hands of the master. It has its own life, its own form, it's been granted life as if God created it.
It is a touching performance - and again I would not like to call it a performance - it's a masterpiece. I remember, after one of the performances of "Grenadier - King" a scultptor came up to Henry and said to him "now it is time to be quiet for a while". That is exactly how I felt after waitching this. I am definitely "smarter" now. It has become a part of my artistic experience.  



piątek, 2 września 2016

subtelnosc czyli nowa jakosc

cdn. dotyczy to prob terroryzmu. Musze przyznac - chce isc po bandzie. a z drugiej strony ucze sie subtelnosci - np. kiedy "ona" mówi o tym czego by seksualnie chciała. Swietnie to rozbawia. Drugi akt jest nasza perelka. Tylko wymaga precyzji rytmicznej. Ja sie bawie swietnie. Pieknie aktorzy sie trzymaja zalozen i rozwijaja to!

środa, 31 sierpnia 2016

zmarł Gene Wilder

Dwa dni temu (29 sierpnia). Dopiero natrafiłem na tę wiadomość. To była taka inspiracja. Całe dzieciństwo spędziłem oglądając filmy z nim. Może ktoś z ciekawości je zobaczy - Woman in red, Young Frankenstein, See no evil, hear no evil, i Blazing Saddles (z Harrisonem Fordem, kongenialny film).

Oprócz tego był aktorem teatralnym. Ciekawe podejście do grania humoru. Sam twierdzi, że uczył się 18 lat.  Gra na serio (powiedzmy) - usta nie zdradzają humoru, on dokonuje przeskalowania.

https://www.youtube.com/watch?v=yH97lImrr0Q

https://www.youtube.com/watch?v=-8aJ96O0-_M

środa, 24 sierpnia 2016

Terror w próbach (6) - akt 2

Tak jak myślałem akt II jest zdecydowanie prostszy w prowadzeniu. Ujednoliciliśmy tekst pod jeden konflikt. Dość ciekawie się to przedstawia charakterologicznie - on znudzony, nie wie po co tam jest, jest perwersyjny, ale tez zagubiony - stawiam na to, że on ma gorzej niż ona. I ona - perwersyjna, ale wkurzająca, i histeryczna - fakt, że gra to facet tylko wzmacnia komizm i "wygładza" przegięcia aktorskie (aktor puszcza oko do widza - przecież jestem mężczyzną, dlatego tak gram).
Aktorzy się świetnie pilnują. Już na pierwszej próbie czuję, że pogłębili koncept przez grę. Sytuacyjnie jest to nieskomplikowane, ale różnorodne i nieoczywiste. Bardzo dużo dobrej precyzji. 
Jutro zrobimy cały ten akt w obrazku. 
Trzeci akt też banalnie prosty wydaje mi się. Rozkręciliśmy się. Pod koniec września premiera, ale najpierw przedpremiera, żeby sprawdzić założenia. 

niedziela, 21 sierpnia 2016

Rocznica Rapsodycznego

75 lat temu powstał Teatr Rapsodyczny - 22 sierpnia 1941 roku w Krakowie. Z powodów oczywistych był to teatr działający w konspiracji, którego pierwszym założeniem było szerzyć polską literaturę w czasach trudnych. Z tego co pamiętam Mieczysław Kotlarczyk już wcześniej wypracował sobie ideę działania teatru, więc spotkanie 22 sierpnia tylko oficjalnie uruchamiało i cementowało grupę ludzi, którzy mieli być pierwszym zespołem (Danuta Michałowska, Krystyna Dębowska, Halina Królikiewicz, Tadeusz Kwiatkowski, i Karol Wojtyła). Teatr na początku działalności wystawiał spektakle w mieszkaniu prywatnym. Nie były to inscenizacje (w sensie pełnowymiarowych spektakli we współczesnym rozumieniu - z chodzącymi aktorami, grającymi rekwizytymi, scenografią) lecz skromne można by powiedzieć recytacje, często z maskami.
Pierwszym spektaklem zrealizowanym przez Rapsodyków był "Król - Duch" Słowackiego (od którego powstała nazwa - od rapsodów "Króla - Ducha"). Powszechnie przyjęło się, że Teatr Rapsodyczny to teatr żywego słowa.
Z powodów politycznych teatr został rozwiązany ostatecznie w 1967 roku.
Takie są też nasze korzenie - Chojnickiego Studia (nie teatru). Wszystko od początku istnienia naszego teatru zaczynało się od literatury, od słowa, głównie od pracy indywidualnej nad słowem. Nasza nazwa jest przedłużeniem i niejako hołdem w stronę mojego mistrza Henryka Dąbrowskiego, który nauczył mnie wszystkiego, co wiem o Słowie. Wielki specjalista, który uczył się u Ireny Jun. Słyszę w pani Irenie Henryka - tonacje, specyficznie stawiane kropki, przede wszystkim logikę tekstu, i to co Henryk zawsze podkreślał w pracy ze mną: "trzeba mieć coś do powiedzenia".
To ostatnie zdanie nie oznacza tylko byle jakiego zahaczenia się o sens tekstu, ale o pozwolenie sobie wejść głęboko w sferę znaczeniową - zastanawianie się bardziej "co", a nie "jak". To znaczy, że pracy nad tekstem nie zaczyna się od wykonywania, tylko od myślenia. Przy tym dominuje skromność "w ciele" (jak facet bez rąk w naszym logo). Teraz tendencja jest w uruchamianiu ciała, a to co widziałem w tegorocznym finale OKR'u w ogóle wybiega do przodu. Idzie w stronę teatru. Deformuję kategorię recytacji.
Co my mamy z Teatrem Rapsodycznym wspólnego, skoro jesteśmy zaledwie cieniem, czegoś co istniało w poprzednim wieku? Otóż kiedyś miałem przyjemność spotkać się z Danutą Michałowską, która "pobłogosławiła" nasze używanie nazwy Rapsodyczne. To było ważne spotkanie - spotkanie z własnymi korzeniami.
Targają jednak mną wątpliwości czy my jeszcze jesteśmy Rapsodyczni. Ciągle (i tak pewnie będzie dopóki ja prowadzę Studio ideologicznie) jesteśmy "ze słowa". Tam jest początek, wszelka inspiracja, prowadzenie aktora jest "poprzez słowo". Ale aspiracje i kierunki wyznaczone ciągną mnie w kierunku widowiska, "spektaklu - obrazu". Po tylu latach jedna rzecz do mnie doszła - jak chce mieć pewność, że dany moment w spektaklu będzie nośny - trzeba go obudować nietypowym obrazem. To są bardzo ciekawe poszukiwania, dla człowieka, który większość życia recytował. Więc gdzie rapsodyczny? Sam Kotlarczyk w jednym ze swoich pism zdradza, że następnym krokiem w jego działalności byłoby widowisko. Może w tym sensie jesteśmy Rapsodyczni - przez dalsze poszukiwania.
Przez moment nawet zastanawialiśmy się z Łukaszem nad zmianą nazwy teatru, bo w większości miejsc do których jeździmy słyszymy zawsze przed spektaklem obawy, że będzie "nudno". Cierpliwość do tekstu znacznie się zmniejszyła. We wszystkich książkach teoretycznych podkreśla się, że teatr to nie radio. Dopiero po naszych spektaklach widzowie są zaskoczeni, że jest tam koncept inscenizacyjny, skrót myślowy.
Zdradziłem kiedyś moje obawy pani Irenie Jun mówiąc, że jestem już tak daleko od "dobrego" słowa. A ona powiedziała mi, że "rapsodyczne" słychać u mnie w myśleniu.
Pisze te słowa do wszystkich naszych aktorów, żeby mieli świadomość z czego jesteśmy ulepieni.
Grzegorz Szlanga

niedziela, 14 sierpnia 2016

Terror w próbach (5) - ciekawa sprawa

Spinamy najtrudniejszy pierwszy akt. Zrobiłem to samo co w przypadku "Dziecka". Spisałem wszystkie błędy. W przypadku tego spektaklu każdy błąd rytmiczny albo aktorski od razu odbija się na całości. Łukasz słusznie zapytał mnie czym się różni ta wersja od tamtej. Ta jest ustawiona na momenty, które mają doprowadzić w widza do znaku zapytania "dlaczego oni go tak traktują" i jaka jest między nimi zależność. Wypunktowane są też tematy, które mają zostać w widzu do drugiego aktu. Tam się wyjaśni zagadka.
Najciekawsze dla mnie było wypracowywanie szczegółów tonacyjnych i logicznych, jak i próba znalezienia subtelności w intencjach.
Szczegóły tonacyjne - "Ktoś miał przylecieć... polecieć... ktoś na kogo można zrobić zamach? Polityk, uczony?" - próbowaliśmy to na kilka sposobów. Nie było to dobre, kiedy pojawiały się pauzy pomiędzy tematami. Czyli zawodziła technika. Ergo: jak ważne jest rytm frazy - od razu traci aktor traci na wiarygodności. Do tego to zdanie "ktoś na kogo...". Seba mówił to do kropki. Zamiast stawiać znak zapytania. To może wydaje się komuś banalne i nieważne. Ale takie zabrudzanie frazy od razu słychać jako zgrzyt - choć trochę nam zajęło dojście do tego, gdzie leży problem.
Bardzo często słyszę bardzo dużo zabaw tonacyjnych, które są związane z zupełnie inną intencją. Odpowiedź: trzeba to robić skromniej i subtelniej. (Libery miał 100 procent racji). Muszę być jeszcze czujny w tych kwestiach. Ja to słyszę, że coś jest nie tak. Wcześniej pozwalałem aktorom tak grać, dlatego, że wierzyłem, że oni sobie "to" znajdą. Ale na ostatniej próbie doszło do mnie, że tego można jednak nie znaleźć, bo odpowiedź jest w błędzie technicznym - jak z tą kropką zamiast znaku zapytania. Podobnie jest z moimi podpowiedziami dotyczącymi pauzy - tu też muszę być precyzyjnieszy, bo ostatecznie nie chodzi o to, żeby leciała tylko emocja, a tekst jest nielogizowany - "...jesteś spóżniony, nie zdąże, a w ogóle to mogłem zginać" - nie wejście w emocje tu jest istotne, tylko kontrola frazy - właśnie świadomość techniczna i logiczna. Inaczej to Piotrowi płynęło (powodem była moja podpowiedź do nich, że nie ma sensu pauzować przesadnie kiedy nie ma powodu - pauzy umieściliśmy tam gdzie widz ma "usłyszeć" zatrzymanie wynikające z fabuły).
Łukasz szuka głosu i dobrze. Dziś mu coś ciekawego wysłałem. To dla mnie zagadka co z tego będzie, ale robimy małe kroki do przodu. I to się na pewno rozwinie. On ma ciekawość co może ze sobą zrobić.
Zadaje sobie jeszcze ostatnie pytanie (bo równocześnie pracuję nad Pinokią, gdzie rozwijam plastyczne obrazy) - co bym zrobił gdyby nie było tekstu... czy tam jest możliwa jeszcze jakaś akcja? Jakieś obrazy? Nie mam wyobraźni...

czwartek, 11 sierpnia 2016

trudne rozmowy - Pinokia

...dzis dzwonil profesor. Opieprzył mnie z góry na dół. i słusznie. Zawsze się uczę kiedy z nim rozmawiam. I tak dziś mam wenę. Połowę udało mi się poprawić. Mam kilka wspaniałych pomysłów. I już wyczuwam jak to nabiera głębi. W gruncie rzeczy to się sprowadza do jednej rzeczy:  myśleć precyzyjniej, nie poddawać się pierwszemu pomysłowi. Pomyśleć głębiej.
I to dziś się udało. Jestem pobudzony i szczęśliwy. Zmieniam myślenie. Jestem precyzyjniejszy. Zdecydowanie. Już sie zagęszcza fabuła. jeszcze trochę koncentracji.

wtorek, 9 sierpnia 2016

"Terror" w próbach (4)

Robię się coraz wolniejszy w pracy, bo (chyba) coraz precyzyjniejszy. Pewnie kilka lat temu już bym miał to skończone, a nadal siedzimy nad pierwszym aktem - najtrudniejszym. Reszta na pewno pójdzie szybko, ale muszę to do września mieć skończone. Więc musze zawsze być super przygotowany na próby (i antycypować możliwe problemy). Pierwszy akt to głównie czystość rytmiczna. ALE TEŻ:
dziś mieliśmy z Łukaszem rozmowę o postaci. On mówi, że nie ma się czego chwycić (wewnętrznie; on czuje, że jest zbyt podobny do Piotra - tego nie chcemy). Ja podchodzę do tego zupełnie inaczej - potrzebna jest mi zmiana charakteru - przez zewnętrzne znamiona (barwę głosu, sposób chodzenia), żeby ludzie, którzy oglądali Łukasza wcześniej (i Piotra) nie rozpoznali go. Do tego potrzebny jest eksperyment, otwarta głowa, którą obaj mamy. Ale też przyznanie, że możemy polec na tym, bo to nowe. Nie chce robić tego kosztem Łukasza, ale czuję, że to jest potrzebne, żeby znowu jakąś granicę aktorstwa pokonać. Dobrze, że jesteśmy wszyscy czujni, i że oni zadają pytania, które zmuszają nas wszystkich do czujności.
Nieźle się to ogląda. Pauzy działają - zawsze odsłaniają wagę danego momentu. Jeśli widz postawi znak zapytania skąd ta "dziwność" to jesteśmy wygrani.
Teraz uwaga jest na - 1. rytmie sceny 2. precyzji intencji (często intencja jest zabrudzona jakimiś dodatkowymi intencjami przypadkowymi) 3. postaciowaniu (bo to nie pełnokrwista postać, w której można się rozpuścić (tylko Sebastian ma taką możliwość, bo gra jednorodną postać, a przecież też schodzi ze sceny i tym samym rozluźnia postać).
Dziś zastanawia mnie jedno: czy postać to zawsze psychologia? mi w ogóle nie przeszkadzało, że Łukasz (jak twierdzi) nie miał się czego chwycić (psychologicznie). Ale to on się musi czuć komfortowo. To znowu będzie tak, że z grania na granie będzie się to rozwijało w aktorach.

Pinokia - inspiracja - scena 6 - kosmos

Inspiracja do sceny 6. Pinokia odsłania kurtynę. Widzimy ogromny ekran z gwiazdami. Ona stoi plecami do nas. Jest malutka. Ogrom wszechświata. Muzyka podobna do tej w nagraniu - a przynajmniej w tym samym nastroju.

gaze

W scenariuszu to pierwsza scena, która zmienia dramaturgię całości. Nadaje jej głębię. Odciąga od śmiechu. Na moment robi się kontemplacyjne.

piątek, 5 sierpnia 2016

Pinokia - podejście drugie i The Meaning of Life

Skończyłem pisać scenariusz do Pinokii. Samo zamknięcie tego w formie zajęło mi cztery dni. (plus dwa miesiące zastanawiania się). Trzy po 14 godzin przed komputerem z książkami) i jeden (8h). Ciekawie się patrzy na ten sam tekst na nowo i do tego z nowymi wytycznymi - pod teatr plastyczny. Jak zwykle gdy wracam do tekstu zastanawia mnie dlaczego czegoś nie wykorzystałem. Minęło 10 lat od premiery tego spektaklu, i chyba nie byłem przygotowany porządnie do zrobienia tego wtedy. Teraz wszystko jest dla mnie jasne. Jest tam jeden tekst, którego potencjału w ogóle nie wykorzystałem wcześniej:

Pinokia: Wiedziałam, miałam to zakodowane, że świat tam na zewnątrz jest wspaniały. Tak, w domu mam poczciwego Dżeppetta, ale na tym świat się nie kończy. Jestem pewna, że tam czeka mnie coś wspaniałego. W górze gwiazdy! Jest tam Syriusz, Wenus, Aldebaran! Gwiazdy wysyłają światło także po śmierci, całymi latami! Kłamią, udają, że są żywe! Księżyc udaje, że świeci, a jego światło jest tylko odbiciem słonecznego światła, i księżyc kłamie. Tamto drzewo też kłamie, na użytek poetów udaje, że jest nagim szkieletem! I patrz na tego gekona, który wtapia się w mur, on też kłamie, bo inaczej skonałby z głodu. Cała natura kłamie! CIcho sza!  Dżeppetto zabroniłby mi wychodzić gdyby mnie usłyszał. (głośniej, jakby wobec śpiącego Dżeppetta) Ach, co za krajobraz! Wprost poraża szczerością! Nikt tutaj nie kłamie.


To doskonałe. Ona zamknięta w czterech ścianach, z samotnym Dżeppettem, który szuka partnerki w robocie, i uczy ją nieświadomie kłamania. A ona, powiedzmy, ma to w sobie "zapisane". (według tezy, że "Człowiek z natury kłamie, a prawda zdarza mu się". Dlatego też kiedy Dżeppetto zabrania jej wychodzić, prawdopodobnie, żeby a) ją zatrzymać przy sobie, ale też b) żeby ją ochronić przed "tym" światem. I nagle ona widzi wspaniałe niebo pełne gwiazd... Jest malutka w kontraście do tego obrazu. Zaledwie pyłek. I ogarnia ją zachwyt. (Żeby zaraz odkryć jakiż to świat i czym się rządzi).

W pierwszej wersji ten fragment był mówiony za czwartą ścianę i raczej groteskowo. Teraz widzę w tym świetną kontrę, do tego co się dzieje wcześniej.

Ten tekst jest bardzo atrakcyjny. I łatwo nim wyśmiać XXI wiem. Ludzie przyjdą do teatru, pośmieją się, i wrócą do domu. To za proste i w ogóle nie oddaje siły tego tekstu. Według mnie jest tu dużo zagubienia, przytłoczenia informacjami, życie w konwenansach, nieumiejętność dogadania się z powodu własnych interesów (albo raczej po prostu intencji). Samotność i zagubienie. Czytając to czuję podobne wibracje jak w przypadku dramatów Becketta. Dojmujący smutek. I bezsens. A do tego komercja XXI wieku. Wieku wygodnego życia i dostępu do wszystkiego.

Dobrze się w to wpisuje "The Meaning of Life" Monthy Pythona. O to samo chodzi. Tylko może z innej strony. I znowu (jak w przypadku innych ich produkcji) ciekawym językiem absurdów i zaskoczeń. Warto zobaczyć ten film. Pod tą warstwą absurdu jest dużo samotności i zagubienia. Czy tylko ja tak czuję? Najlepsza scena: (co znaczy kontra!)
https://www.youtube.com/watch?v=fUspLVStPbk

środa, 3 sierpnia 2016

Terror - w próbach (2)

Brakuje pracy indywidualnej - świadomości samego tekstu i znajomości tekstu. Trzeba postawić akcenty logiczne precyzyjniej i wypracować frazowanie. Na razie jest to zbyt przypadkowe. I "dowolne". Czasami w ogóle nie słyszę myśli.
Rytmy zaczynają być czytelne i czyste. Umyka mi precyzja całości pierwszego aktu. Wszystko jest postawione na aktora i to mi nie do końca pasuje - ale to prawdopodobnie kwestia pracy. Zadanie postawione jest tak, żeby postaciować każdego bohatera (poza pasażerem, który jako jedyny jest jednorodną postacią przez cały dramat). Tak, żeby nie udało się rozpoznać aktora. To trudne, ale możliwe. Samo się nie zrobi. I wymaga wysiłku. 
Trzeba też pamiętać, że rytmika tu jest ważna, bo za dużo jest tekstu (i właściwie wszystko się w nim dzieje) więc, żeby pauzy działały (pauzy umieściłem w momentach "psychologii") trzeba rozwijać akcję we fragmentach przed nimi. Nie rozpieprzać ich dodatkowymi pauzami.
Dziś zamykamy obraz pierwszego aktu. I zaczniemy postaciować. Inspiracją będzie SNL. 


poniedziałek, 1 sierpnia 2016

czwartek, 28 lipca 2016

Terror w próbach

Wczorajsza próba wieczorna: 
- ustawiliśmy rytmy (jeszcze trzeba to wyczyścić) i sensy (wszystko obraca się wokół "dziwnej" zależności pomiędzy bohaterami. Strategie dwie: kłamstwo - realizowane w grotesce, i prawda - przez realizm i minimalizm. Strategia prowadzenia całości: 1. Biały kontra pasażer 2. Czarny kontra 3. Obaj 4. Pasażer reaguje jak widz - jest jego zwierciadłem. Dramaturgicznie zagęszcza się. 
- pytanie: postaciowanie. Już wiem, że to będzie trudne, ale warte tego, bo to dodatkowa umiejętność dla nas. Poza tym mocniejsze będą zmiany pomiędzy aktami. Pracy nad postaciowaniem - żeby nie dominowała forma i żeby trzymać założenia - będzie sporo, ale najpierw ustawimy pierwszy akt. 
To się uda. Teatralne rozwiązania, których nie ma w tekście dają temu trochę powietrza. 

wtorek, 26 lipca 2016

okrucieństwo (wojna)

Prawdopodobnie okrucieństwo jest w najmniejszych gestach jak w przypadku "Terroryzmu", nad którym pracuje. "Trzeba robić małe rzeczy, takie jak ty robisz". To zdanie, ostatnie doświadczenia z prof. Gajewskim i myśli prowadzą mnie same (!) do efektu scenicznego. Efektu... to słowo tu zupełnie nie pasuje... a jednak o to chodzi w ostatecznym rozrachunku, żeby się "podobało", a przy okazji nagnę się do własnych dywagacji.
Obok terroryzmu pracuję na tekście o wojnie w Wietnamie. Miał to być monodram, ale wpadłem na chyba tak dobry pomysł, że nie odpuszczę już tego. Czym jest okrucieństwo i czy to kogoś może dotknąć w XXI wieku, gdzie naoglądaliśmy się tylu obrazów... strasznych...
Jak patrzę na to zdjęcie, to jestem tam w środku. Przed tymi dziećmi; czasami śnią mi się podobne obrazy. Wyobrażam sobie ten krzyk i chaos. Z myślą o tym konstruuje te rzecz.
Powiedzmy, że jest wojna. Po czyjej stronie stanę? I kto ma rację? I do czego mógłbym się posunąć? Jak patrzę na miniśrodowisko jak ludzie potrafią się znęcać anonimowo nad innymi w internecie, to co by było gdyby dać im większą władzę? Władzę decydowania. Zresztą internet to najmniejszy problem, choć pewnie dobrze oddaje charakter tych, co innych obrażają bez skrupułów. (Jakoś mnie fascynuje najwyraźniej ta niewidoczna ręka; chciałbym znać motywację tych ludzi). MAŁE rzeczy... to wszystko się kumuluje w człowieku i tworzy nas... nie WIELKIE decyzje... MAŁE rzeczy...
Kluczem do mojej interpretacji i konstrukcji spektaklu jest "poczucie przynależności" narodowej. STANIE po tej, a nie innej stronie. Szacunek do tych, a nie innych ludzi. Hołdowanie tym, a nie innym symbolom.

poniedziałek, 25 lipca 2016

Monthy Python and the Holy Grail - zaległości

Prawdopodobnie to szydera z własnego narodu, jeśli koniecznie trzeba przypisywać temu znaczenie. Dla mnie to przede wszystkim pobudza wyobraźnię. 
Zrobienie tego filmu musiało być niezłą zabawą dla nich. Wyobrażam sobie proces tworzenia. Dość dowolny i otwarty. Mogę się mylić, bo nie znam prawdziwego powodu, ale myślę sobie, że to taka produkcja, która miała dać dużo zabawy aktorom, a wyszło, że wszyscy świetnie się bawią. 
Czy jest coś w kinematografii na podobnym poziomie absurdu?  Ja nie znam. 
Fragment o pytaniach, żeby przejść przez most jest świetny. Reakcja "Lancelota" kiedy tamten pozwolił mu przejść bezcenna. 
Warto to zobaczyć jako coś diametralnie innego. 

środa, 20 lipca 2016

Casablanca

Oglądałem ten film będąc chłopcem i niewiele z niego pamiętałem. Sebastian Ryś przypomina ten film i okoliczności jego powstania w spektaklu "Zupa Rybna w Odessie". Film powstał w 1942 roku. O ile mnie pamięć nie myli (ale tu słyszałem wersję inną z "lepszych" uszu) w spektaklu Ryś mówi, jak można było nagrać taki film podczas gdy ludzie ginęli w obozach koncentracyjnych.
Jak się nad tym zastanowić to faktycznie... jakby to powiedzieć... bardzo hollywoodzka produkcja (Humphrey Bogart, Ingrid Bergmann), ale opowiada w gruncie rzeczy bardzo patriotyczną historię "ku pokrzepieniu serc". Bohater - cynik na zewnątrz (wewnątrz romantyk zniszczony rozłąką) dochodzi do postawy iście patriotycznej w finale. Zresztą scena finalna jest masakrycznie świetna (zwroty akcji). Genialnie wygrany jest kontrast między szefem policji, a głównym bohaterem.
Każdemu poleciłbym obejrzenie tego filmu. Szczególnie teraz kiedy mamy pewną perspektywę historyczną. Nie oburza mnie to, że taki film został nakręcony. Każdy "walczył" na swój sposób. Przypomina mi to dwie książki "dywizjon 303" (który jest przesadzoną apoteozą dywizjonu - przesadzoną w sensie kwiecistych opisów i porównań, ale też napisaną "ku pokrzepieniu") i znacznie poważniejszy i mnie personalnie bardziej dotykający "L jak Lucy" Meissnera, który jest bliższy dramatowi tamtych czasów. Bliżej człowieka z dylematem śmierci (fragment kiedy patrzą na spalone miasto).

casablanca - final scene

poniedziałek, 18 lipca 2016

nadrabianie zaległości - Gran Torino


Zacząłem oglądać filmy (myśląc o egzaminie). Nadrabiam zaległości. Ostatnio trafiłem na Gran Torino w reżyserii Clinta Eastwooda. Rozpoznaje jego tendencje reżyserskie. Zawsze podejmuje się zaskakujących historii gdzie nigdy nie opowiada o pozornie głównym temacie tylko łamie go przez zaskoczenie. 
I tak w Gran Torino "polaczek" o wymownym nazwisku Kowalski (wymownym w sensie postrzegania Polaków) jest ksenofobem, weteranem wojny w Wietnamie. I nagle życie konfrontuje go z własnymi przekonaniami. Staje przed dylematem dotyczącym jego własnych ludzkich odruchów. 
Siłą filmu jest pilnowanie się balansu, żeby nie poszło w kicz, i żeby nie opowiadać widzowi o rzeczach, o których on doskonale wie. Nie ma oczywistych dopowiedzeń, ani wymuszania emocji. Sporo tam zaskoczeń i bardzo sprytnych zwrotów akcji (w sensie zmiany napięć dramaturgicznych). 
Do tego dochodzi mistrzowska kreacja Eastwood'a. Co to za doskonały aktor. Nigdy nie za dużo, a jednak bardzo wyraziście "trzyma" postać. Jest tam taka scena w samochodzie gdzie młoda aktorka dialoguje z Kowalskim i tam najlepiej widać jaka jest różnica poziomów w aktorstwie. Myślę, że dziewczyna nie jest zła (też trzyma się linii postaci) tylko to aktorstwo w porównaniu do Clinta jest kontrastywnie gorsze. Dlaczego? Chyba dlatego, że on nie dopowiada niczego dialogując, a ona gra "atrakcyjniej" i tym samym nie wchodzimy w jej głowę - jej myśli są podane w formie. U niego przy każdym zdaniu chce się zrozumieć, co on myśli. Co jest pod słowami. Podobnie w scenie finalnej. Tam się tyle dzieje, ale to nasza głowa dopowiada jego stan. 
W teatrze to też jest możliwe - granie Łukasza w Warszawie "Bądź ze mną" gdzie Łukasz zostawiał widzowi interpretacje swojego stanu (nie wiedząc o tym; raczej był, niż grał). Jest to sto razy mocniejsze niż narzucanie się. (w tym sensie myślę, że scena z matką w Bon Voyage - często narzuca przeżywanie bohatera widzowi i odsłania cały przebieg przeżyć).   

nie żyje Marian Kociniak

to jeden z pierwszych zachwytów moich teatralnych.

piątek, 15 lipca 2016

Pszoniak i rola

Całość rozmowy: e-teatr
To mnie zainteresowało najbardziej...

Sztuka aktorska
Kocham to, co robię. "Kocham", to może nie jest dobre słowo, bo wygląda na wypowiedź egzaltowanego człowieka, a ja na pewno nie jestem egzaltowany. Może raczej powiem, że sztuka aktorska mnie fascynuje. Im dłużej jestem aktorem, tym więcej mam pytań. I uważam, że jest to jedna z najpiękniejszych sztuk. Dlatego że dotyczy bezpośrednio człowieka. Nie potrzebuję pióra, pędzla, dłuta, tylko potrzebuję spojrzenia. Fascynuje mnie, że może człowiek stać obok drugiego człowieka i nic nie mówić, a tak wiele są sobie w stanie "powiedzieć". Ktoś drugi mógłby napisać pięć tomów - i na pewno I nie przekaże tego wszystkiego, co spojrzeniem przekaże człowiek człowiekowi. Oczywiście, mówię o sztuce aktorskiej. Podkreślam, bo mamy dużą liczbę tzw. aktorów usługowych, użytkowych. To jest inna dziedzina. Nie chodzi o to, że gorsza, czy lepsza - po prostu inna. Jest malarz, który maluje obrazy, i taki, który maluje ściany. Podobnie nie każdy, kto występuje na ekranie czy na scenie, jest artystą... To, że ktoś jest popularny, jeszcze nic nie znaczy. Znam wielkich muzyków, odtwórców np. muzyki kameralnej, o których nikt nie wie, jak się nazywają. A oni są artystami. Dziś w tym naszym świecie ludzie mylą popularnego aktora z twórczym aktorem. A jest sztuka aktorska twórcza i jest sztuka użytkowa - ta usługowa. Sztuka aktorska nie jest naśladowaniem, nie można zagrać kogoś drugiego. Kogoś drugiego można sparodiować, można go skopiować, ale nie można zagrać. Można grać tylko siebie. Dlatego przywiązuję wagę do rozwoju moich studentów. Wrażliwość się ćwiczy. i Nad tym się pracuje. Mówiąc najprościej, każda moja rola powstaje ze mnie, z czegoś, co w sobie odnajduję. Tej zasady chcę ich nauczyć. Nie przyjmowałem nigdy ról dla pieniędzy, ale przyjmowałem zawsze role, które mnie rozwijały. Ja coś z siebie daję, ale i rola, Robespierre czy Korczak, też mnie uczy. To jest wymiana. Mnie fascynuje sztuka aktorska z tego punktu widzenia, niesamowita jest taka wymiana. Nie gra się "rasy", nie gra się "zawodu", gra się człowieka - a co w człowieku? Przecież nie gest? Każdy pije, każdy się złości, każdy kocha, pewnego dnia chce "zabić" własną żonę... Każdy ma to w sobie. Aktor ma to odtwarzać? Aktor jest, przynajmniej w moim pojęciu, czymś i innym. Aktorzy często zamiast grać sens, grają skutek. Niezależnie od tego, czy to jest dramat, czy komedia, czy to jest Żyd, czy Arab, czy to jest stolarz, czy chirurg, tego się nie gra. Tym się aktor nie powinien zajmować. A czym się powinien zająć? Tym, o co chodzi w tym człowieku. W "Austerii" np. nie chciałem grać Żyda. Pejsy grają za mnie. Ubiór gra. A ja gram człowieka, który jest zafascynowany. Oczywiście, bywa różnie. Prowadzę zajęcia ze studentami, ja ich nie uczę zawodu, tego uczą ich moi koledzy, ja ich wprowadzam w świat pewnej wrażliwości, różnymi to sposobami robię, w każdym razie powiedziałem im, że jak coś jest niejasnego, to po zajęciach chętnie czekam na pytania i problemy, mówcie, czego nie rozumiecie, z czym się nie zgadzacie. Jest przerwa, podchodzi student, panie i profesorze, czy będę mógł po zajęciach zadać panu pytanie? No naturalnie, wewnętrznie już się cieszę, dobrze jest, wrażliwi studenci... Po zajęciach rzeczywiście podchodzi i pyta: panie profesorze, gdzie pan kupił tę koszulę? Bo pan ma bardzo ładne koszule, a ja też lubię koszule... Odpowiedziałem, że nie pamiętam. I pomyślałem, że tak właśnie nieraz wygląda relacja pedagoga z wrażliwym studentem. To tylko fragmenty spotkania.»

wtorek, 12 lipca 2016

przed przeprowadzką...

nasze małe miejsce, gdzie odbywały się próby indywidualne, czasami próby zbiorowe, rozmowy, pomysły... Przez 7 lat (pierwsze 4 lata Studio spędziło bez swojego miejsca w II LO) każdy rocznik zostawiał coś po sobie na ścianach... czasami teksty przez lata wchodziły w dialog. Na pewno tworzyło to atmosferę tego miejsca.