Młodzież w teatrze.
Dlaczego mają oglądać np. "Zemstę" i (parafrazując klasyka) zachwycać się? Z przykrością za taki stan rzeczy obwiniam... siebie. Młodzi nie są odpowiednio przygotowani. Kocham teatr. Rozumiem go. Czuję się w nim dobrze. Nie przeszkadzają mi słabe spektakle (czy to moje czy innych) - zawsze tam jest coś ciekawego. Ale też długo pracowałem na to, żeby ta forma była dla mnie przejrzysta. Można to porównać do syndromu aktora-amatora, który inaczej patrzy na granie innych aktorów, bo sam wie, jakie to jest trudne (i złożone). (myślę tu o graniu "dobrym" - to słowo jest tu użyte skrótowo - nie będę teraz tego rozwijał).
Dlaczego młodzież ma lubić teatr? No właśnie... Prowadzę w listopadzie i grudniu serię warsztatów i wykładów na temat teatru, i widzę, że oni języka teatru nie kumają. Bo skąd mają kumać? Sprawa jest prosta - "nie rozumiem" ergo "nie interesuję się". (Dodatkowo o czym opowiada "Zemsta" dla młodego człowieka?; jeszcze "utrudniona" językiem).
Analizowałem z jedną grupą scenę z "Zapachu Kobiety" - scenę Ferrari - prosiłem, żeby rozbili mi to na części pierwsze i wskazali jak (i czy) wszystkie elementy (łącznie z formą - np. muzyką) współgrają ze sobą. Nie czuli tego, że ta "pełnia" to świadome (czasami sprzeczne, ale świadome) zabiegi reżyserskie. Intuicyjnie opisywali - "podoba mi się to". W porządku. Jednak przy pewnej dozie skomplikowania - np. u Klaty w "Wyzwoleniu" w Teatrze Wybrzeże już byłoby im trudno połączyć wszystkie elementy w jedną całość. Wiem - bo słyszałem od kilkunastu osób, że nie kumają jego zabiegów na tym tekście (i to osoby dorosłe, oczytane).
Teatr to trochę taka zagadka... jak obraz Brueghella "Upadek Ikara" (który zresztą podaję jako przykład sztuki, w której, aby zrozumieć, trzeba połączyć ze sobą fakty).
Kiedy byłem dzieckiem - obejrzałem "Goonies" (nota bene film na początku nie był hitem kasowym). Mi spodobał się od razu, dlatego że był CIEKAWY - rozwiązania były nietypowe/sceny "z życia" inaczej pokazane. Nie było to ZWYKŁE odzwierciedlenie życia.
Dziś - po latach - widzę jak to jest skonstruowane (to zresztą cecha charakterystyczna dla Spielberga): zaciekawić formą. Na przykład - bohater ma w domu "machinę" do otwierania drzwi; pirat, którego bohater "szuka" też wykorzystuje machiny. Niby mała rzecz, ale ciekawa (dla mnie); daje mi jakiś dodatkowy komunikat. (nie lubię słów "jakiś", "trochę" - więc doprecyzuje - obaj są podobni; jest jakaś doza porozumienia pomiędzy nimi, pomimo faktu, że pirat już dawno nie żyje; "ciągnie" ich do siebie).
(Pytam się młodych - "co myślicie o tym obrazie?". Oni odpowiadają - "to budzi emocje". Mówię "no dobrze, ale jakie?". Cisza.)
Konkret. Nie wszystko da się może nazwać. Może nie ma takiej potrzeby. Ale przynajmniej dobrze byłoby założyć, że "w teatrze" jak - dajmy na to w matematyce - nie ma przypadku (w dobrych dziełach ma się rozumieć).
Pytam się "a jak ten Van Gogh?". "No piękny". "a dlaczego?" "ma klimat". "a jaka jest forma?". Cisza.
"Spójrzcie na linie. Co one znaczą? Dlaczego falowane?" I tu już się zrobiła ciekawa dyskusja. Żałuję, że nie robię więcej takich spotkań. (pod warunkiem, że słusznie oceniam, że one mają sens).

Komentarze
Prześlij komentarz