Chodzi mi po głowie...
Prawda jest taka, że zawiodłem się... Kilka razu zdarzyło mi się zaprosić teatry, których trailery lub fragmenty spektaklu wyglądały interesująco - a potem okazywało się, że samo dzieło jest "mniej udane" (jestem delikatny).
Mniej mi to przeszkadza, kiedy okazuje się, że A) spektakl się nie udał po prostu - niedyspozycja aktorów. To się zdarza (często). Spektakl to żywy organizm - rodzaj koniecznej synergii pomiędzy widzami a sceną, (i pomiędzy samymi aktorami) może nie zostać osiągnięty. I w porządku.
Ale jeśli wiem, że twórcy robią z założenia słabą rzecz (powtarzam z założenia - tego się nie da oszukać - albo koncepcyjnie spektakl jest przygotowany albo nie), to już nie łatwo przechodzę nad tym do porządku dziennego.
Biorę poprawkę na to, co słyszę zewsząd, że jestem zbyt surowy.
Trzeba też SOBIE zadać pytanie, czy zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, żeby (koncepcyjnie) festiwal się udał. Piszę tu przez cały czas o fieście. Teatr z Włoch się nie sprawdził - nie mógł się sprawdzić - cała fabuła dzieje się w słowie.... po włosku. Pomimo świetnego trailera z muzyką, i rewelacyjnych zdjęć - to się nie mogło udać z powodu bariery językowej. Nawet w obrazie jakoś mnie to raziło (ale tu mogę już nie być obiektywny).
Z mojej strony intencja była nienajgorsza - wrócić do rangi międzynarodowej festiwalu. Ale co z tego? To trochę z jak z Nocą Poetów - co mi po tym, że mam gwiazdę, która relatywnie słabo wykonuje. A są nazwiska w Polsce, które jeszcze nie znaczą wiele dla widzów, ale są już doświadczonymi fascynującymi artystami.
Ktoś napisał "gdzie te fiesty, które były kiedyś?". Moim zdaniem takich wydarzeń będzie coraz mniej - patrzę co robi konkurencja - podczas festiwalu teatrów ulicznych lepią repertuar z występów orkiestry, albo zapraszają całkowicie amatorskie grupy (takie jak moja - sic!). Ta tendencja nie dotyczy tylko teatrów ulicznych - to samo dzieje się na scenie: teatr się skomercjalizował; ceny w ciągu ostatnich 15 lat (w ogóle po pandemii) skoczyły do góry. Nie spotkałem się, żeby ktoś mi zaproponował - my przyjedziemy do Ciebie, a Wy do nas. Taka wymiana kulturalna. Kilka lat temu koleżanka reżyserka zaśpiewała mi taką sumę za jej amatorski spektakl (bo była w pobliżu, to może zagrać), że prawie padłem. Wystarczy powiedzieć, że stawka była jak za teatr zawodowy. (na domiar złego - ja znam jej spektakle - są... autentyczne, ale niedorobione - ale spokojnie - moje też są).
Zresztą nie wytrzymałem i powiedziałem jej, że za tyle kasy to mamy spektakl teatru zawodowego. Obraziła się. Może słusznie. Mania wielkości zwyciężania w amatorskich przeglądach, i potem klepanie się po plecach, że "ale jesteśmy świetni" - to jest wielce niebezpieczne. Zresztą z tym poglądem od lat się nie kryję.
Może nie ma co narzekać, ale zmieniło się sporo w teatrze. Trzeba szukać sposobów na przyciąganie widza. Przekonywanie go, że warto.
Pytania się multiplikują - warto, bo co? Moim "problemem" jest to, że ja tę formę sztuki traktuje śmiertelnie poważnie. Drażni mnie u siebie - jak nie mam pomysłu - muszę sobie co rusz przypominać - "miej otwartą głowę", "to się znajdzie (rozwiązanie sceny)".

Bardzo trafnie ujęte – czasem takie „chodzenie po głowie” to właśnie początek czegoś ważnego albo przynajmniej sygnał, że coś w nas pracuje, dojrzewa. Ciekawe, jak wiele rzeczy zaczyna się od pozornie przypadkowej myśli. Czekam na więcej takich refleksji – dają do myślenia i pozwalają spojrzeć w głąb siebie.
OdpowiedzUsuń