Noce Operetkowe 2026
Od lat powtarzam: fakt, że widownia przyjdzie na wydarzenie, to świetnie, ale dużo ważniejszym jest "jak" ludzie wychodzą; ostatecznie sprowadza się do tego, z jaką opinią wracają do domów. Czy wrócą do nas.
Podczas Nocy Operetkowych (raczej) nie ma ryzyka, że koncerty będą się nie podobać. Emilia Czekała doskonale zna chojnicką publiczność, bardzo dobrze (pod kątem dramaturgii) pisze scenariusze wydarzenia. Co roku czymś zaskakuje naszą widownię.
Nie piszę tych słów z punktu widzenia wicedyrektora, tylko jak zwykle są to moje (luźne) refleksje. Czasami wracam do tego co piszę. Często jestem zdziwiony moim punktem widzenia "z przeszłości". Zaskakuje mnie sposób ujmowania tematu. (o braku myślenia o odbiorcach tego bloga nie wspomnę - co jakiś czas dostaję wiadomość, że "po co to piszesz, i tak nikt nie wie o co chodzi". I w porządku. To są moje myśli, nie stanowią recenzji, nie są kompletne. Jeśli o czymś świadczą to o moim obecnym stanie, światopoglądzie, poziomie wiedzy na dany moment, opiniach. Tylko tyle.
Nie będę rozpisywać się o drugim koncercie - był świetny. Widowni wyraźnie się podobało. Był bardzo "dla ludzi" (w porównaniu do pierwszego). Było wspólne śpiewanie. Samochód załatwiony przez nas. Rzucanie róż. Krótko mówiąc ładny entourage.
Pierwszy natomiast był dla mnie ciekawszy. Patrzyłem uważnie na p. Małgorzatę Walewską. To jest klasa. Kiedy śpiewała utwór z West Side Story widziałem w niej młodą dziewczynę. Nawet ciało miała młode. Zdaje sobie sprawę, że dla ludzie nie związanych z teatrem może to brzmieć dziwnie - "wkręca sobie" - może i tak... nie mam monopolu na prawdę, ale takie miałem myśli, patrząc na nią. Jej wykonania są dla mnie pełne. Bogate. Ona daje z siebie wiele. To nie jest takie oczywiste. Są wykonania poprawne, i są właśnie takie - coś z wewnątrz. (Może nawet niewidoczne dla widza. Powstają dodatkowe pytania: czy to jest dla niej przyjemne? czy myśli o widzu? Co buduje wewnątrz? I wiele innych.)
Inną sprawą było przemycanie podczas tego koncertu utworów z najwyższej półki, a to (chyba) głównie dzięki p. Banaszkiewiczowi - wirtuozowi (nie przypadkowo tak się o nim pisze) skrzypiec. Mam tu jeszcze myśl: zdecydowanie lepiej gra niż mówi. To nie jest przytyk, ani krytyka. Raczej chodzi mi o to, że zajmowanie się jedną "materią" może osłabiać inną. (w tym przypadku skrzypce jako instrument są lepszym nośnikiem treści niż słowa). To może oczywista oczywistość, ż jesteśmy tym, co robimy. Coraz wyraźniej dostrzegam to u ludzi: u żony, u taty, u nauczycieli, u siebie.
I ostatnia sprawa: popatrzyłem na Piotra R., krzątającego się zawodowo po scenie. On spokojnie mógłby być wykonawcą (przy pewnej dyscyplinie) podczas koncertów. Jest naturalnie już wykonawcą, ale myślę szerzej w kategoriach olimpijskich "citius, altius, fortius" - na większą skalę. Ma w sobie to co p. Walewska - charakter i wrażliwość. Tego nie da się oszukać. Chyba nie można się tego nauczyć. (Choć można to w sobie stopniowo pielęgnować - ten rodzaj odwagi do pokazywania publicznie wrażliwości; nie tylko pokazywania, ale też umiejętności wyciągania tego pomimo/wobec widza).
zdjęcie: źródło udostępnione dzięki uprzejmości Daniela Frymarka, Czas Chojnic.

Komentarze
Prześlij komentarz