Kaszubskie wyzwanie!

Wczoraj odbył się pierwszy etap "Rondo Mowa". Przygotowywaliśmy się z Janiną Kosiedowską do tego ponad trzy miesiące. Świetnie było wrócić na scenę w dziedzinie, w której czuje się jak ryba w wodzie. 

Nie opisywałbym tego doświadczenie, gdyby nie kilka elementów, które mnie samego zaskoczyły. 

Po pierwsze wziąłem w tym konkursie udział po raz drugi - pierwszy był dokładnie 30 lat temu; wtedy naturalnie bez żadnej świadomości warsztatu, czy języka. 

Po drugie pracowaliśmy z Janką długo - ponad trzy miesiące. Dzięki temu uzyskałem taką sprawność nad tekstem, że w zasadzie poddaje się swojej intuicji (a przy dobrych wiatrach też świadomości) podczas wykonywania. Każde wykonanie jest inne. Myślałem, że to Jankę będzie drażnić, ale ona chyba poczuła, że dzięki temu mam bardzo dużo możliwości, i nigdy nie poddaje się rutynie. Ustawiłem sobie tam tylko kilka miejsc emocjonalnie "pewnych", żebym w tych miejscach zawsze wskakiwał w coś mocnego wewnętrznie (w tych miejscach pozwalam, żeby emocja mną zawładnęła). 

Inną sprawą jest fakt, że ja sam sobie przez większość życia wybierałem teksty, które mówiłem (niektóre na potrzeby sceny sam tłumaczyłem: np. Ayn Rand "Źródło"), a tu Janka wybrała dla mnie idealną parę. Ona ma niesamowity zmysł jeśli chodzi o teksty, ale też dawała mi genialne podpowiedzi interpretacyjne. Po raz kolejny utwierdziłem się, że ZAWSZE potrzebne jest zewnętrzne oko.

Koleżanka - nie mówiąc mi o tym (i dobrze!) nagrała moje wykonanie. Choć tego nie lubię - obejrzałem. Wnioski: robię ciągle błędy w wymowie. Teraz - trzeba nad tym zapanować, bo na następnych etapach nie ma zmiłuj. A co ważniejsze - skoro już zainwestowaliśmy czas - niech to się przełoży na poprawność. Konkurs minie, a moje przyzwyczajenia językowe zostaną. Jest to o tyle ważne, że kilka razy w roku biorę udział jako współorganizator w przeglądach i konkursach w języku kaszubskim. Już w tym roku słuchając swoich młodszych kolegów/koleżanki potrafiłem wyłapać pewne sprawy artykulacyjne. Więcej też rozumiem. 

Ostatnia rzecz: kiedy gram w spektaklu Projektu najczęściej mam tyłu głowy całość, i czuję odpowiedzialność za to jak to wyjdzie. (Kiedy aktor mówi po spektaklu "super było", to najczęściej mówi raczej o swojej roli, niż o całości ;) ). Tu jestem skupiony na sobie, na swoich przeżyciach, inwestuję swoje emocje, i wszystko jest zależne ode mnie. To przyjemne uczucie. 

Czy był stres? O dziwo tak. Nie paraliżujący, ale wiem, że stać mnie na jeszcze luźniejszą frazę... zobaczymy. Następny etap 20 maja. 

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

"Opowieść Wigilijna" - scenariusz

Chodzi mi po głowie...

Europa.