Zaufanie. Komunikat.
Myślę, że ten problem dotyczy wielu reżyserów - mówimy jedno, a aktor słyszy to inaczej (!!!).
Lub - gorzej - nie mówimy nic. To ostatnie raczej mnie nie dotyczy - ja nie mówię nic, kiedy po prostu nie mam nic do powiedzenia, lub jak nie znam odpowiedzi na pytania aktorów lub sensownego rozwiązania dla sceny.
Ja mówię (chyba) sporo. Choć przez lata - wydaje mi się - że nauczyłem się hermetyzować uwagi; sprowadzać do jednego zadania. Sam, jako aktor byłem sfrustrowany, kiedy reżyser opowiadał mi, czego by chciał. Choć opowiadanie samo w sobie nie jest złe - bo daje aktorowi szansę własnej interpretacji, to ostatecznie może nie służyc spektaklowi, kiedy reżyser post factum ma pretensje, że "chodziło o co innego". Reżyser przy takim podejściu nie może też mieć pretensji, że spektakl idzie "w swoją stronę". Jeśli chce mieć dokładne odwzorowanie, niech zadba o to sam. (Nie mój styl).
Jeszcze raz powtarzam - nie widziałem nigdy dwóch takich samych spektakli - dyspozycja aktora jest inna, energia widz-aktor inna, rytm całości - fluktuuje; dramaturgia zmienia się, kiedy "pewny punkt programu" (najczęściej umieszczany przez mnie w 3/4 spektaklu) jest słabiej wykonany, a początek (dajmy na to) za mocny.
Każdemu przyglądam się osobno. Wiem, komu nie można pozwolić na zbyt wiele - bo się scena wykrzaczy. Wiem, kto potrzebuje zachęcenia do eksperymentu na sobie (bo inaczej nie ma rozwoju). Ale jak z nimi rozmawiam? I kto mi ufa? Na te pytania już dużo trudniej odpowiedzieć.
W zasadzie byłbym ciekaw, co moi aktorzy mają w tym temacie do powiedzenia. Bałbym się tylko, że jest gorzej niż myślałem. A tak może być...
Komentarze
Prześlij komentarz