środa, 9 grudnia 2015

Odpowiedź na post.

odpowiedź na post: http://boticellodellasperientia.blogspot.com/2015/11/romeo-i.html?showComment=1449733227402#c8609207306605868335
Faktycznie spektakl dojrzał bardzo od premiery. Szczególnie widoczna jest tu Twoja praca. Na początku ja dużo lepiej podawałem tekst - dużo więcej było u mnie świadomości samych słów. Teraz ledwo Cię gonię. Świadomość została, ale Ty dodajesz do tego zatracenie się w emocji (bez UTRATY ŚWIADOMOSCI - to jest tak ważne - już kiedyś Ci mówiłem, że jak dobrze gram Lolitę, to nie dlatego, że puszcza mi emocja, tylko dlatego, że mam swiadomość tekstu/sytuacji i tylko otwieram emocję i patrzę co ona może ze mną zrobić. I za chwilę dociskam śrubę w drugą stronę). Tego się trzeba trzymać, bo to jest jakość bardzo dobra. A z drugiej strony ciągle jestem ciekaw dokąd nas to jeszcze zaprowadzi. Świetnie się to gra. To jak wypływanie w ciągle nową przygodę. Od Nowa. Rzadkie i wspaniałe.
Z rzeczy które mnie zastanawiają:
- "Witajcie Panowie" - ten tekst nigdy mi już nie wychodzi, bo czuję że coś dogrywasz za plecami i nie ma to żadnej nośności (a zakładem, że dobrze go podaję). Musiałbym chyba wejść mocniej przed Ciebie. Albo ... nie wiem.
- tonacja "kocyka"? Może... ale tylko może... tam coś jeszcze jest tonacyjnie do poszukania.. jakiś rodzaj podniecającej nieśmiałości. Ty to oczywiście robisz dobrze, ja po prostu ostatnio to sobie badam i czuję, że jest tam jeszcze coś do dalej to może odsunąć od informacyjności, nadać nastrój.
- słuchaj, może byśmy pozwolili (jeśli sama podejmie taką decyzję) Julii  wejść na kocyk. Tzn przegadajmy co by się wtedy stało. To ciekawe w kategoriach naszych poszukiwań. Ja przy tym ostatnim zgaszeniu mógłbym ją stamtąd zabrać. To tylko taka myśl, raczej jestem ciekawy niż jest to potrzebne spektaklowi.
- na tym ostatnim graniu nauczyłem się czegoś istotnego - zaczynam to grać jak Lolitę - silnie balansując. Nawet ten tekst "łza osiadła" jest subtelniej zbalansowany. Ten kierunek mi się podoba.

We wcześniejszym poście piszesz o dialogu. Że nie musisz patrzeć na partnera kiedy dialogujesz. Być może nie. Być może to co teraz napiszę wynika z braku moich umiejętności. ALE: jest mi dużo ciężej się przebijać do Ciebie z "prawdą" kiedy ja do Ciebie mówię, a Ty zajmujesz się czymś innym. Tzn chodzi mi o to, że to, co piszesz o dialogu może jest prawdą jeśli chodzi o mówiącego, ale utrudnia drugiej stronie (słuchającemu) dialog. Grałem z Olą we Wstydzie gdzie najtrudniejsze były dialogi kiedy nie mogliśmy na siebie patrzeć, często się to mijało. Trafiało na ścianę. Przemyśl to. (Tam było ekstremalnie - graliśmy to w liniach, zawsze partner był w zupełnie innej linii). Sprawdź.
...chodzi mi po głowie, żeby to zaproponować jednak Teatrowi Gdynia Główna. I zagrać to razem z I Julią. To już ten moment. I byłaby frajda kolejna.
PS. co do porównania Dean i De Niro to żeś trochę jednak pojechał co?

Wojna

pomyliłem się bardzo. to doskonałe. "Wojna nie ma w sobie nic z kobiety". Warto przeczytać. To tylko fragmenty potrzebne mi do rozwinięcia myśli o spektaklu. 

"...niedawno przyszedł taki list: „Nam, starym, trudno żyć… Ale cierpimy nie z powodu małych, poniżających emerytur. Najbardziej boli to, że zostaliśmy wygnani z wielkiej przeszłości w nieznośnie małą teraźniejszość. Już nikt nas nie zaprasza na spotkania w szkołach, w muzeach, już nie jesteśmy potrzebni. Nie ma nas już, a jeszcze żyjemy. To straszne — przeżyć swój czas…"

"Są zakochane w tym, co im się wydarzyło, bo to nie tylko wojna, ale także ich młodość"

"...przyszły mąż mi się oświadczył, to było już w Berlinie, przed Reichstagiem, powiedział: Wojna się skończyła. My żyjemy. Mieliśmy szczęście. Wyjdź za mnie. Chciało mi się wtedy płakać. Krzyczeć. Uderzyć go! Jak to - wyjść za niego? Teraz? Wśród tego wszystkiego — za mąż? W otoczeniu czarnej sadzy i czarnych cegieł… Popatrz lepiej na mnie… Popatrz, jaka jestem! Najpierw zrób ze mnie kobietę: przynieś kwiaty, zalecaj się do mnie, mów piękne słowa. Ja tak tego pragnę! Tak na to czekam! Omal go nie uderzyłam… Chciałam uderzyć…"

"Leży kapitan… Lekarze uprzedzili mnie przed dyżurem, że w nocy umrze, nie dociągnie do rana, a ja go pytam: «No jak tam? Jak ci pomóc?». Nigdy tego nie zapomnę… W pewnej chwili uśmiechnął się, miał taki pogodny uśmiech na umęczonej twarzy: «Rozepnij fartuch… Pokaż piersi… Dawno nie widziałem żony…». Zawstydziłam się, coś tam mu odpowiedziałam. Wyszłam i po godzinie wróciłam.
  Leży martwy. I ten uśmiech na jego twarzy…"

wtorek, 8 grudnia 2015

Casting w Wawie

Kiedy przez dwa tygodnie telefon milczał, już wydawało mi się, że nic z tego nie będzie. Że jednak poszło mi nie tak "prawdziwie" jak mi się wydawało. A wydawało mi się, że jestem sprytny zmieniając emocje, żeby pokazać ile potrafię na zawołanie. Nawet się autentycznie wzruszyłem na koniec i uderzyłem tą emocją w mojego partnera. A tu telefon milczał. Przez te dwa tygodnie zdążyłem sobie wmówić, że jednak nie jestem tak dobry jak mi się czasami wydaje, albo jak przyjazne dusze mi mówią. 
Pojechałem na ten casting, żeby dać sobie szansę, odwrócić niezbyt dobrą passę, zrobić wrażenie, zrobić coś dla siebie. Już na wejściu do sali przekonałem się, że się denerwuje, co w moim przypadku jeśli chodzi o scenę już dawno się nie wydarzało. To znaczy chodzi mi o ten szczególny rodzaj zdenerwowania, który na początku trochę jednak paraliżuje, powoduje że drżę. Pierwsza moja swiadoma myśl była taka, że chyba już nie jestem aktorem. Potem jak już wszedłem w tę scenkę improwizowaną było coraz łatwiej - świadomie dialogowałem, wymyślałem zwroty akcji, nawet zastanawiałem się podczas trwania jakim natężeniem złości ostatecznie uderzać w partnera (jak to rozwijać; gdzie jest granica). On był chłodny, nie wchodził w to naprawdę, ale dobrze słuchał i pozwalał rozwijać wątki. Było ciekawie. Wychodząc pomyślałem, że za drugim razem będzie jeszcze lepiej. 
Telefon nie dzwonił. Aż do wczoraj. Dostałem jedną z głównych ról. Zdjęcia zaczynają się 18 grudnia, czyli wtedy kiedy mnie już nie będzie w Polsce. Nie żal mi wcale. Raczej chodziło o udowodnienie sobie, że umiem. Poza tym z tą panią od castingu dogadaliśmy się, że jak wrócę to może coś będzie innego. Chciałbym zobaczyć jak gram przed kamerą. Czy jestem wstanie być naturlanym. Mogę grać w takim serialu jak Łukasz, w ogóle mi to nie przeszkadza. Potrzebuję nowych doświadczeń. Odskoczni od teatru. Innych bodźców. Inne postrzegania. Trochę takiego jak Bortkiewicz robi spektakle "filmowe". W filmie jest tylko jedna szansa, więc każda drobna zmiana ma "kosmiczny" wymiar. W teatrze dotychczas pozostawiałem pewne sprawy otwarte. Chciałbym zbadać to środowisko - nie mówię o ludziach - tylko o samej materii. 
Jest też wsparcie.

piątek, 4 grudnia 2015

Sebastian Mrówczyński

Prawdziwym fenomenem i zmianą w moim myśleniu jest praca z Sebastianem. Dotyczy to kilku podstawowych spraw. On tego nie czuje, ale można z nim zbudować wszystko z kilku powodów - podstawowy jest taki, że on nie ma żadnych wcześniejszych nawyków (oprócz jednego - pauzowania - nie pilnuje się, ale nad tym pracujemy). 
Zaskakujący jest jego zasięg tonacyjny. Robi takie rzeczy, których ja nie umiem. To mi otwiera oczy na sprawę tonacji ostatecznie. Na jej możliwości. Każdy z nas ma zasięg tonacyjny "jakiś". Niektórzy bardzo skromny, inni - z dobrym uchem - szeroki, ciekawy. Oczekujemy od siebie emocjonalności, ale często ta "prawda" emocjonalna jest tak... prywatna... że jest bardzo bliska informacyjności. Komunikat emocjonalny jest dobry, ale to czy to dotrze do odbiorcy zależy od jego... otwartości (szukam słów). Natomiast są takie mozliwości tonacyjne, które umiejętnie prowadzone wprowadzają tak pobudzające kontrasty (i konflikty; mistrzem S.Miedziewski), że ma to zupełnie inną nośność. Kiedyś Ola mi powiedziała, że tego się "dobrze słucha", choć nie porusza emocjonalnie. Całe lata próbowałem zrozumieć dwie szkoły, których dotknąłem: Ewy Ignaczak - emocjonalnej naprawdę i Stanisława Miedziewskiego - tonacyjnej partytury. Nie do wyobrażenia jest to że obie te jakości są do uchwycenia!
Bardzo szybko złapał to Sebastian, z którym pracuje się bardzo efektywnie. On pracuje w domu. Myśli o tym. Zadaje pytania. Ale też nie podnieca się samą emocją, tylko jest chłodniejszy na początku, co pozwala mu osiągnąć niebywałe tonacje. jest to bardzo szerokie, atrakcyjne, nie da się obok tego przejść obojętnie. do tego pilnuje rytmu, którego też nie da się oszukać. To istotna składowa, która... atakuje ucho widza po pierwsze większą ilością materiału niż nadąża przetworzyć. Po drugie tworzy partyturę muzyczną, która nie jest jednostajna - składa się z pauz, ale umiejętnie wrzuconych nie wynikających z przeżywania aktora, tylko z potrzeb konstrukcyjnych. To szczególnie istotne w recytacji gdzie nie ma podpory teatralnej. Po trzecie - aktor nie poddaje się emocji; to on narzuca i kontroluje widza. 
Przy takiej konstrukcji aktora jakim jest Sebastian to wszystko jest bardzo inspirujące. Pomysły same przychodzą mi do głowy. Często wychodzą z jego propozycji, z tego co w zalążku się u niego pojawia. Niektóre jego pomysły są od razu same z siebie doskonałe.  
Założyłem się z Sebastianem, że na każdym konkursie będzie dostawał jakąś nagrodę. Po prostu jest to zauważalne. Jest w naszym teatrze od kilkunastu miesięcy a już ma nagrodę aktorską za Belfra; i 3 nagrodę za recytację na konkursie o bardzo wysokim poziomie. I pomyśleć, że to debiut. ALE też on jest jedną z najbardziej pracowitych osób jakie miałem. 
....jakby w dobrym momencie się pojawił...
od razu się to przełożyła na moją pracę z innymi; głównie z Viktorią. 
Jestem przekonany, że "kocyk" w Romeo i... to też inna tonacja niż ta którą osiąga Dominik. Ona właśnie jest zbyt informacyjna. Gdzieś zbadać "niewinność" (nieśmiałość?) w tonacji.

zdjęcia: D.Frymark

czwartek, 3 grudnia 2015

Praca. (1)

Przypadkowo moje badania idą w stronę "świadomość vs emocja". I tu wnioski. NIE MA SENSU CISNĄC EMOCJI dogrywając ją na maksa. Trzeba tylko uczciwie na serio ją otwierać i rozszerzać. Otwierać to znaczy zbudować sobie pełną motywację działania. Świadomość natomiast jest bezpośrednio z tym związana - obecność NA NOWO w tekście. To otwiera możliwości kiedy się zna zadanie.  
Robi to obecnie Łukasz, Sebastian (to najlepszy przykład na świadomość i jednocześnie otwarcie emocjonalne - ten przypadek opiszę szczegółowo), robi to też doskonale Dominik - obudował całą rzeczywistość w swojej głowie. Znalazł motywację, ale też inaczej traktuje tekst. Bardzo świadomie. Najlepszy dowód, że muszę bardzo się starać, żeby mu dorównać, a i tak nie daje rady. Dominik często podsumowywał moje granie mówiąc "że puściła emocja". Ja wiedziałem, że to zupełnie nie tak. Kontrolowałem tekst, poddając wszystko silnej obecności, otwierałem emocje i tylko pozwalałem temu robić coś ze mną - pozwalałem temu działać. Ale świadomość tekstu powodowała, że to niosło całą historię. Trzeba tylko jak Łukasz i Dominik wiedzieć jaką historię się prowadzi. Ta wiedza otwiera dodatkowe możliwości. 
Zaskakujące jest to, że Viktoria powtarzalnie umie też to zrobić od momentu kiedy zrobiliśmy monodram. Nie da się przejść obojętnie obok jej wykonania. Tak jak nie da się przejść obok wykonania Sebastiana (choć nie do końca z tych samych powodów). 
I nie ma zmiłuj... rytmu też się nie da oszukać. Są takie rzeczy, które rytmicznie nawet przy najpiękniejszej prawdzie, nie da się obronić bez rytmu. Dominik kiedyś powiedział oburzony, że w szkole mówią mu, że trzeba szybciej wolniej. I... oni mają dużo racji. Pod warunkiem, że zbuduje się sobie wewnętrzny świat, nie świat ogólny, tylko bardzo szczegółowy, znajdzie się sposób na siebie, żeby się uruchamiała emocja. Np. kiedy umarła osoba z mojej rodziny z jakiegoś powodu tak to mną nie wstrząsnęło jak śmierć osoby mi raczej nie znanej. Zakwestionowałem wtedy własny zdrowy rozsądek, ale takie były fakty. Gdybym miał opowiedzieć o śmierci cofnąłem bym się do tego właśnie co mną tak wstrząsnęło, mimo że to zaskakujące, że właśnie to działa - mocno uruchamia. 
Chciałbym to jeszcze rozkminić szczegółowo opisując. 
W Szamotułach sprawdziłem swoje założenia i inaczej niż dotychczas wypracowaną jakość. I się sprawdziło.  

piątek, 27 listopada 2015

garb - notatki

- trzeba mieć odwagę wrócić do złych doświadczeń.
- złe doświadczenia są po coś
- złe doświadczenia powodują głębsze rozumienie pewnych problemów chociażby w kontakcie z innymi.
język: kamienie w plecaku - dokładanie sobie (1 scena) - może rzucanie (jak listki kocha nie kocha lubi...). Wydarza się w czasie. Fizycznie się obciąża "wadami", "problemami".
Climax: uwalnia się. ale to prowadzi tylko do carelessness, bierności, akceptowania byle czego, "rozpasania", pasywności.
Muszę rozważyć tę bierność. Bierność w samotności kontra działanie.

poniedziałek, 23 listopada 2015

Forma wieczna!

U Kapuścińskiego, którego czytam z przerwami, bo czytam inne rzeczy, znalazłem taką oto myśl: w książce opisującej historię malarstwa jest takie podsumowanie, że "tylko forma przechodzi do wieczności, nie treść". Chodzi za mną to zdanie... od lat tyle ryzykuję, żeby forma była "ciekawa". Bardzo często to jest ryzyko, które powoduje, że te spektakle są tak trudne do obronienia. Ale prawdziwi mistrzowie jeszcze (dużo) szerzej operują formą... za co pamiętamy większość z nich? Za pewien rodzaj nowatorstwa, odwagi, szerokości, szaleństwa. (Kantor chociażby) Czy to jest dla ludzi? Ostatnio myślę, że tylko takie podejście jest dla ludzi, choć mówi się przerost formy... ale w gruncie rzeczy (szczególnie w teatrze) to forma ma szansę pobudzania wyobraźni.
Przypomina mi się scena skakanki w Von Bingen. Czy tak bym zrobił ten temat męczenia Hildegardy? Nie. Szukałbym języka bliższego samemu męczeniu. Wydaje mi się, że mogłoby to być bardziej uderzające i przybliżające nas do jej życia, do tych okoliczności, w których się znalazła. Błażej był odważniejszy. Pozwolił sobie na taki skrót, który jest ciekawy, nieoczywisty, w kontrze do samego tematu. "Forma jest wieczna". Trzeba być chyba odważniejszym jak on. Łączyć rzeczy odleglejsze (tak się mówi też o Warlikowskim).

czwartek, 12 listopada 2015

Wszyscy mamy garby...

Wczoraj z Klaudią zrobiliśmy połowę spektaklu w obrazku. Zaczęło się niewinnie, ale to są tak teatralne teksty, że pomysł gonił pomysł. W samym tekście potrzebne były modyfikacje na rzecz udramatyzowania tego jak i pogłębienia samego problemu jakim w tym przypadku jest utrata tożsamości. Zmodyfikowaliśmy to tak, żeby sam bohater zwątpił w swoją tożsamość i tym sposobem "zasłużył" sobie na zniknięcie. Pojawia się NOWY człowiek. I tu zaczyna się zabawa, której nie wyczytałem w słowach u autora - możliwość, którą daje tylko teatr - inni mają garby, mówi NOWY Ajio. Pozbądzcie się swoich garbów... 
Co do aktorki, ustawiam tak zadania, żeby były trudne; przypadkowo doszła warstwa dość głębokiej psychologii (od strony myślenia wykonawcy). Dziś (w zależności od opanowania tekstu) popracuję nad frazą Klaudii, żeby rozszerzyć jej zasięg tonacyjny. Jej tonacyjność jest zbyt "zrobiona". Tu trzeba już inaczej dla rozwoju. 
Bardzo jestem ciekaw efektu ostatecznego. Klaudia powiedziała, że nie spodziewała się, że ten problem jest aktualny w niej. Ja też się tego nie spodziewałem w jaką stronę idziemy z tym. Ale faktycznie zgadza się z moimi (nigdy nie zwerbalizowanymi) przemyśleniami.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Diabeł wcielony

Praca nad diabelskim tekstem rozwija się bardzo dobrze. Najmocniejszym elementem całości jest szerokość Błażeja. Jedyne co trzeba przypilnować to przebieg postaci. Teatr nie jest tu niezbędny. To jest kazanie. Ciekawym byłoby umiejętne sprowadzenie tematu do jednej przestrzeni (która potem obraca się w inną). Chetnie bym zrezygnował z teatru na rzecz poprowadzenia aktora jak w filmie. Przy Błażeju jest to możliwe. Potrzebna tylko inna precyzja. To, co zaskakuje to pewne ciśnienie, które aktor wymusza na widzu. Rodzaj atencji, nawet powiedziałbym, że tworzy atmosferę niebezpieczeństwa.
Na ten moment wprowadziliśmy antrakt w środku. To ryzykowne posunięcie. Ale ma sens. Bardzo dużo rozmawiamy o samym temacie i jakoś o tym czym jest pojęcie "zła". O relatywizowaniu zachowań. 
Dziś siadam z tekstem. I poważnie się zastanowię nad sekwencyjnością tekstu i nad tekstem części diabelskiej. Mam (z powodu zmęczenia) niezły dystans i sporą czujność. Błażej z kolei jest bardzo zaangażowany i prawda jest taka, że gdyby go postawić teraz samego, to on by to obronił sobą. Teraz tylko upewnić się, że to jest o tym, co mi chodzi po łbie.  
Filmik to pierwsza próba improwizowana sceny Jonasza, który obwieszcza jak sobie radzić z szatanem. Potem to już poszło w dialog z lalką. Nieźle odjechane. Potęguje "dziwność" tego kazania. A z drugiej strony Jonasz ma w tej materii doświadczenie. 
pogłos sali powoduje, że słowa się zlewają.


wtorek, 3 listopada 2015

poniedziałek, 2 listopada 2015

Garby.

 TRANSPOZYCJA - MODELLING
Garby
Kiedy Ajio, kamieniarz, pracujący przy budowie dróg, zachorował na garb, zebrało się czterech lekarzy, aby radzić nad jego chorobą. Nie należy wcale przypuszczać, że w Lailonii zawsze tak się zdarzało, że ilekroć jakiś kamieniarz zachorował, zbierało się czterech lekarzy; nie, przeważnie nie zbierał się ani jeden. Tym razem było ich aż czterech nie dlatego, że Ajio zachorował, ani tym bardziej, że był kamieniarzem. Po prostu choroba Ajio była dziwna, a lekarze chętnie oglądają dziwne rzeczy, podobnie jak wszyscy ludzie. Dziwność choroby, z kolei, nie polegała na garbie, bo garb nie jest wcale dziwny, ale bardzo zwyczajny. Polegała na tym, że nie był to właśnie garb zwyczajny, ale garb-dziwoląg, garb-osobliwość, garb-jaki-tylko-raz-na-sto-osiem-lat-zdarza-się-w-całej-Lailonii-a-może-nawet-rzadziej. Mianowicie, garb, rosnąc i pęczniejąc, zaczął obrastać w różne nadzwyczajne odrośle i rozgałęzienia, które z biegiem czasu jęły się upodabniać do różnych części ciała - rąk, nóg, głowy, szyi, brzucha i pupy. (Był to, trzeba dodać, tak zwany garb kryptogenny; nazwa ta oznacza pewną szczególną właściwość garbu, polegającą na tym, że lekarze
nie mają pojęcia, skąd się wziął.)
Lekarze więc zebrali się i radzili nad tym, czy można uleczyć Ajio z garbu. Kiedy zebrali się razem w specjalnym gabinecie (Ajio był tam, oczywiście, nieobecny), jeden stary lekarz powiedział:
— Panowie, przyznajmy otwarcie, że medycyna jest bezsilna w tym przypadku. Sto osiem lat temu nasz wielki poprzednik, chirurg Głowa-biada opisał zupełnie podobny przypadek i też nie mógł go wyleczyć. A jeśli nie wyleczono tego garbu sto osiem lat temu, to tym bardziej, rzecz jasna, my go nie możemy wyleczyć. Wtedy bowiem ludzie byli mądrzejsi.
— A więc, co mamy robić? — spytał młody lekarz. - Musimy bowiem coś robić, inaczej będziemy uchodzić za nieuków.
— Jak to, co? — zdziwił się stary lekarz. — Leczyć chorego!
— Ale skoro nie mamy żadnych widoków...
— Leczenie chorego, drogi przyjacielu, nie ma nic wspólnego z widokami na uzdrowienie — powiedział lekarz starszy. -Jest to główna zasada naszej sztuki. Celem leczenia jest leczyć, podobnie jak celem śpiewania jest śpiewać, a celem grania - grać.
— Ja uważam, że moglibyśmy wyleczyć chorego częściowo -powiedział trzeci lekarz. - Mam na myśli, że nie możemy wprawdzie usunąć garbu, ale możemy przeszkodzić jego dalszemu rośnięciu; w tym celu trzeba garb włożyć w gips, wtedy nie będzie miał miejsca do powiększania się i zostanie, jaki był. A że ludzie sto osiem lat temu byli mądrzejsi niż dziś - to rzecz niepewna.
— Ja uważam to za oburzające - krzyknął czwarty lekarz. — Skoro nie możemy wyleczyć garbu całkiem, stanowczo nie powinniśmy w ogóle go leczyć!
— Ależ dlaczego?
— Przecież to jasne! Właśnie dlatego, że nie można go wyleczyć.
— Całkiem nie można, ale można częściowo.
— To znaczy, że nie można. Garb i tak zostanie, więc nie powinniśmy się łudzić, że można go wyleczyć.
Lekarze debatowali w ten sposób bardzo długo. Tymczasem garb rósł i rósł coraz szybciej. Różne części ciała, które z niego odrastały, formowały się coraz wyraźniej i nabierały kształtów. Głowa garbu zaczęła porastać włosami, pojawiły się oczy, uszy, nos i usta; ręce wydłużyły się, a nogi niebawem sięgnęły ziemi. Ani się obejrzano, jak z garbu zrobiła się pełna postać ludzka. Postać ta, był to po prostu drugi Ajio, kubek w kubek podobny do pierwszego. Był przyrośnięty do pierwszego Ajio plecami, a poza tym wyglądał dokładnie tak samo jak on. Od razu też zaczął mówić.
Pierwszy Ajio, ten właściwy, od początku martwił się swoją chorobą, bo nikomu nie jest przyjemnie z garbem. Kiedy jednak zobaczył, że wyrósł mu na plecach jego własny sobowtór, Ajio był naprawdę przerażony i nie wiedział, co ma robić. Ajio był to człowiek spokojny i rzetelny, sumienny robotnik, ogólnie lubiany i szanowany. Teraz, kiedy wyrósł mu sobowtór, ludzie nie mogli już odróżnić, który Ajio był pierwszy, a który powstał z garbu.
Ale, co gorsza, sobowtór okazał się wprawdzie zupełnie podobny do Ajio — tak że nawet własna żona Ajio nie mogła ich odróżnić - ale było to podobieństwo zupełnie zewnętrzne. Natomiast drugi Ajio miał zupełnie inny charakter niż pierwszy. Gdy tylko zaczął mówić, krzyczał i irytował się o byle co, i pomstował na wszystkich, a w szczególności na pierwszego Ajio. Nie chciał też wcale pracować, wszystkich obrażał i skarżył się, że pierwszy Ajio nie pozwala mu chodzić. Było to prawdą o tyle, że obaj byli zrośnięci plecami, a więc mieli nogi zawsze skierowane w przeciwną stronę i kiedy jeden szedł naprzód, drugi musiał posuwać się do tyłu. Było to niesłychanie niewygodne.
Ale nie to było najgorsze. Najgorsze było to, że drugi Ajio, kiedy tylko wyrósł zupełnie i kiedy już nie można go było odróżnić od pierwszego, zaczął głośno wołać, że on właśnie jest tym prawdziwym Ajio, tym, który był na początku, a tamten był właśnie tym garbem i w ogóle nie jest prawdziwym człowiekiem.
— Utnijcie mi ten przeklęty garb! - wołał wściekły do lekarzy i do kogo mógł. — Dlaczego mam wiecznie nosić na plecach tę wstrętną narośl! Co za nieuczeni ci lekarze! Nic nie umieją zrobić.
Znajomi, którzy spotykali Ajio, dziwili się. - Czy ty naprawdę jesteś Ajio? — pytali garbu, a garb
wrzeszczał na cały głos: „Oczywiście, że jestem Ajio! A kim mam być! Co wy, oczu nie macie! Chyba widzicie, że jestem Ajio, znacie mnie przecież od lat! A tamto, to jest garb, który mi wyrósł. Takie nieszczęście!”
Znajomi na wszelki wypadek pytali jednak pierwszego, a więc prawdziwego Ajio, chcąc się dowiedzieć, czy się nie mylą: „A ty, kto właściwie jesteś?”
— Ja jestem Ajio - odpowiadał tamten, ale cicho, bo był człowiekiem skromnym i nieśmiałym.
Kiedy drugi Ajio to słyszał, wybuchał szyderczym śmiechem i głośno wykrzykiwał:
— Patrzcie go, garb chce być człowiekiem! A to ci heca! Nie, czegoś takiego jeszcze nie widziałem! Bezczelny garb chciałby wmówić ludziom, że wcale nie jest garbem! A czym jesteś, ty worku skórzany?! Ludzie kochani, przecież to się w głowie nie mieści! Garb mówi, że on jest Ajio! Nie, ja nie wytrzymam! Utnijcie mi ten garb, bo pęknę z oburzenia! Milcz, ty garbie parszywy! Ludzie kochani, nie dajcie mówić temu potworowi! I tak, na każde nieśmiałe odezwanie się Ajio, który rozpaczliwie zapewniał, że on jest tym Ajio prawdziwym, garb wybuchał stekiem obelg i wymysłów i tak głośno i tyle razy klął się na wszystko i przysięgał, że w końcu ludzie, nawet lekarze, nawet przyjaciele Ajio, nawet jego żona - wszyscy najpierw w ogolę potracili głowy, a wreszcie uwierzyli, że prawdziwy Ajio to ten, który głośniej krzyczy, że jest prawdziwym Ajio. Natomiast prawdziwy Ajio, coraz bardziej zrozpaczony i zalękniony, coraz bardziej niepewny, mówił jeszcze cichutko o sobie, ale jąkał się coraz bardziej i w końcu przestali go słuchać. Nowy Ajio był bezczelny, krzykliwy, kłócił się o byle co.
— Ależ ten Ajio się zmienił - mówili zmartwieni znajomi. -Poznać go nie można. Dawniej był taki dobry i wszyscy go lubili, a dzisiaj wytrzymać z nim nie sposób.
— Cóż chcecie! - odpowiadali drudzy. Garb mu wyrósł. Takie nieszczęścia bardzo ludzi zmieniają, nie można się dziwie.
Po czym rozmowa schodziła na wypadki różnych ludzi, którzy właśnie bardzo się odmieniali pod wpływem nieszczęść i c o-rób, a że każdy znał wiele takich wypadków, więc rychło zapominali o Ajio.
Jednocześnie, przez cały czas lekarze pracowali. Pracowali bardzo pilnie dzień i noc, ślęczeli i badali, aż w końcu po wielu miesiącach wymyślili lekarstwo na garb. Był to pewien proszek, który należało zażywać trzy razy dziennie i który powodował zanik garbu w ciągu kilku dni. Proszek był gorzki i bardzo niesmaczny, ale któż by tam na to zważał, kiedy szło o wyleczenie garbu. Lekarze wypróbowali swój środek na kilkunastu garbatych, takich ze zwyczajnymi garbami i stwierdzili, że na ogół działa bardzo dobrze. Ludzie pozbywali się garbów i bardzo byli zadowoleni z nowego leku.
Wreszcie lekarze postanowili zastosować swój wynalazek do choroby Ajio. Kiedy przyszli do niego, Ajio - ale nie ten prawdziwy, tylko ten drugi, ten garb - zaczął natychmiast głośno się skarżyć i krzyczeć, jak zwykle, że on już nie może tego znosić i że żąda, aby go natychmiast wyleczyć. Lekarze zaraz uspokoili go i powiedzieli, że właśnie wynaleźli świetny środek na garby. Pierwszy Ajio, ten prawdziwy, zaczął płakać cicho i mówić, że on przecież jest człowiekiem, a tamten drugi to tylko choroba; nikt jednak nie brał tego poważnie pod uwagę, bo drugi Ajio za-krzyczał go natychmiast i obrzucił wyzwiskami. Tylko mały synek Ajio płakał głośno i wołał, że to jest jego tatuś, a tamten jakiś obcy pan, ale nikt go nie słuchał, bo małe dzieci nie mają tyle rozumu, żeby lepiej od dorosłych odróżniać, co jest prawdziwe.
Tak więc lekarze, po krótkiej naradzie, dali swoje nowe proszki choremu, to znaczy dali je drugiemu Ajio, temu garbowi. Drugi Ajio łapczywie schwycił proszki i zaczął je jeść. Krzywił się, bo były gorzkie, i z tego powodu nawymyślał lekarzom, że powinni byli wymyślić słodkie proszki albo o smaku pomarańczowym.
I stało się tak, jak należało oczekiwać. Kiedy tylko drugi Ajio zaczął zażywać proszki, pierwszy Ajio zaczął się kurczyć i maleć, aż w końcu zmienił się w prawdziwy garb na plecach drugiego Ajio; ponieważ jednak proszki dalej działały i ten garb począł się zmniejszać, aż wreszcie drugi Ajio, ten, co najpierw był garbem, stanął zupełnie wyprostowany i zadowolony, nic nie mając na plecach. Pierwszy Ajio znikł zupełnie. Wszyscy lekarze i znajomi byli przekonani, że tym samym znikły wątpliwości; że skoro tamten Ajio zmienił się w garb, a w końcu znikł całkiem, to nie mógł
być od początku czym innym, jak tylko garbem. I tylko mały synek Ajio płakał gorzko, że mu zabrali tatusia. Natomiast nowy Ajio bił go rzemieniem i wołał, że on jest jego ojcem i żeby mały nie odważał się gadać głupstw.
Po tej historii Ajio stał się sławnym człowiekiem, bo w końcu nie każdemu coś takiego się przydarza. Ludzie go nie lubili, bo był złośliwy i szkodził, komu mógł, ale jednocześnie bali się go, a to z tego samego powodu.
Ale Ajio nie poprzestał na tym, że zwyciężył w walce. Zaczął się zachowywać bardzo dziwnie. Kiedy spotykał znajomych, pytał ich ni stąd, ni zowąd: „Kiedy wreszcie pozbędziesz się swego garbu? Przecież teraz są takie doskonałe środki na leczenie garbu! Powinieneś zaraz pójść do lekarza!”
— Ależ ja wcale nie jestem garbaty — mówił ten lub ów znajomy, który to słyszał.
Ale Ajio wybuchał szyderczym śmiechem.
— Nie jesteś garbaty?! — wołał. — Tak ci się tylko zdaje! Jesteś garbaty i to jak jeszcze! Wszyscy są garbaci, rozumiesz?! Wszyscy! Tylko ja jeden, ja - tu uderzał się po bokach rękami - ja jeden nie mam garbu. Wszyscy ludzie są potwornie garbaci i tylko z głupoty nie chcą się leczyć.
Kiedy tak Ajio przemawiał po kolei do wszystkich ludzi w miasteczku, strach i groza padły na ludność. Wszyscy z przerażeniem oglądali się w lustrze, aby się upewnić, czy czasem nie rosną im garby, a choć widzieli, że garbów nie ma, to jednak nie mogli się uspokoić i po chwili znów zaglądali do lustra. Nikt w końcu nie był pewien, czy nie jest naprawdę garbaty. Zapanował powszechny strach. Ludzie unikali się wzajemnie, przemykali się chyłkiem pod ścianami i co chwila badali i sprawdzali na nowo, czy jednak nie są garbaci. Tylko Ajio chodził pewny siebie, dumny jak paw i bez przerwy powtarzał: „Wszyscy jesteście garbaci! Wszyscy macie potworne garby! Jakże możecie tego nie widzieć! Chyba jesteście ślepi!”
Po pewnym czasie Ajio stopniowo zmienił metodę. Zaczął mówić ludziom, że nie o to chodzi, że są po prostu garbaci, tak jak się rozumie zwyczajnie, ale że sami są po prostu garbami, że kiedyś wyrośli na plecach swoich sobowtórów, którym zdarzyło się to samo, co jemu kiedyś; on jednak pozbył się swego garbu dzięki cudownym proszkom, a inni tego nie zrobili, wskutek czego doprowadzili do tego, że garby ich zjadły. Teraz, poza nim jednym, chodzą po świecie same garby, a nie prawdziwi ludzie. „Jesteś garbem — syczał do każdego spotkanego człowieka — rozumiesz? Jesteś garbem, a nie żadnym człowiekiem! Udajesz człowieka, a naprawdę zjadłeś człowieka i sam, garbie, zostałeś, żeby mnie oszukiwać. Tylko ja jestem prawdziwym człowiekiem!”
Tak to powtarzał, tak krzyczał i syczał, tak wszystkim wmawiał, że są garbami, tak się puszył i tak głośno zapewniał, że on jeden jest prawdziwym człowiekiem, aż w końcu ludzie zaczęli wierzyć, że są garbami i że powinni natychmiast coś zrobić, żeby przywrócić do istnienia prawdziwych ludzi, bez garbów. Ludzie zaczęli się wstydzić i bardzo im było przykro, że popełnili taką niesprawiedliwość.
Wreszcie, coraz większa ilość mieszkańców zaczęła sobie myśleć, że skoro Ajio tak skutecznie pozbył się garbu, to może warto spróbować proszków, których on zażywał i może coś z tego wyjdzie. Wszyscy więc jęli masowo kupować sobie cudowne proszki i łykać je nawet w większych ilościach, niż to było potrzebne. Robili to nawet ci, którzy przedtem byli garbaci i właśnie pozbyli się garbów dzięki proszkom.
Ale ponieważ nikt z tych ludzi nie miał prawdziwego garbu, więc nie mógł też garbu stracić. Natomiast, o dziwo, natychmiast po pierwszym okresie zażywania proszków, wszyscy zauważyli z niepokojem, że dzieje się coś odwrotnego, niż miało się dziać: wszystkim mianowicie zaczęły wyrastać garby na plecach. Garby rosły i robiło się z nimi to samo, co działo się kiedyś w przypad-ku Ajio: garby jęły obrastać stopniowo w różne części ciała i coraz bardziej upodabniać się do ludzi, którzy je nosili na plecach. Okazało się mianowicie, że te same proszki, które likwidują garby garbatym, powodują wyrastanie garbów u prostych. Kiedy to ludzie spostrzegli, było już za późno. Wszystkim wyrosły na plecach garby-sobowtóry, które natychmiast, tak samo jak w przypadku Ajio, zaczęły głośno wrzeszczeć, że one są prawdziwymi ludźmi, a tamci garbami.
Ajio promieniał. Miał teraz pełno koleżków, takich samych jak on, chociaż jeszcze połączonych z dawnymi ludźmi-sobowtórami. Wszystkie garby były też pod tym względem podobne do Ajio, że
wszystkie były kłótliwe, bezczelne, krzykliwe i wszystkie natychmiast chciały pozbyć się swoich garbów - to znaczy prawdziwych ludzi, których one ogłosiły za garby. Za to między sobą garby były w dobrych stosunkach i gdy się spotkały, razem szydziły bezlitośnie z ludzi, których jakoby nosiły na plecach jako własne garby.
Wreszcie garby oświadczyły, że dość mają tego, że nie chcą być więcej garbate i same zaczęły zażywać cudowne proszki.
W ten sposób w Lailonii powstało miasto garbów, w którym nie było jednak ani jednego garbatego. Dalsza historia tego miasta nie została opisana. O ile wiemy, istnieje dotychczas.
Mały synek Ajio, którego też chciano zmusić do zażywania proszków, żeby i jego zmienić w garb, nie dał się jednak. Uciekł z miasta, żeby nie zostać garbem, a kiedyś, jak dorośnie, wrócić do miasta i rozprawić się z garbami. Było mu jednak bardzo smutno.

Belfer - poprawki (po Wejherowie i Gdańsku)

do przemyślenia są następujące kwestie:
- imiona bohaterów (i w ogóle kontekst francuski)
- obecność w tym momencie impresaria (za duże rozluźnienie tematu)
- obecność w pierwszym tekście "zostałem skazany" i w ogóle długość tego.
- zatrzymania - stop klatki (po co? i czy konsekwentnie?)
- finał: wprowadzić wesołych belfrów i tak zatrzymać akcję (nie rozwiązywać tego zniknięciem belfra lub interakcją)
- spisać język teatru w każdej scenie
- przemyśleć rytmy pierwszych scen - lekcji
- znikanie ze sceny? jak?
- scena gwałtu? czy to nie za proste?
- podzielić scenariusz (jeszcze raz) na sekwencję i zweryfikować
Dobrze by to było zrobić w obecności Sebastiana.

niedziela, 1 listopada 2015

Kołakowski - studium

"Jednostka natomiast w lailońskiej rzeczywistości ma się jeszcze gorzej, bo z kolei niemal zawsze znajduje się w opresji uosabianej przez inną jednostkę sprawującą nieograniczoną niemal bądź –
co wnoszą już scenariusze – w opresji wizualnej, której wrażenie wywołuje przytłaczające otoczenie."

"Taka jest natura diabła – i jego demonów, by w nienawiści do człowieka stworzonego na obraz Boga szydzić, a w ostateczności okłamać i zniszczyć całe społeczeństwa, a nie tylko pojedyncze jednostki. Historia o garbie, który poprzez kłamstwo, manipulacje i zastraszenie zmienia prawdziwych ludzi w garby ukazuje nam prawdę o oddziaływaniu demonów, które działają poprzez silne jednostki i mogą doprowadzić do społecznego zniewolenia całych miast i narodów.
Potwór zmuszający do pełnienia swojej woli wskazuje na działanie sił zła demonicznego, który najpierw „zasiewa” złą, opartą na kłamstwie wiarę w chorobę, a następnie wciąga swą ofiarę w czeluść hipochondrii.
Nasuwa się znaczące pytanie: skoro tak się rzeczy mają to cóż my sami możemy zrobić w kwestii obrony się przed tą niewidzialna złą istotą? Stoimy przed dylematem ludzkich wyborów i ich konsekwencji na całą wieczność: czy wybierzemy kłamstwo i wygodę życia „jak większość”, która  może doprowadzić do tragedii czy będziemy chcieli poznać prawdę,za cenę utraty „komfortu” i owego pozornie spokojnego status quo? W tym sensie wolność kosztuje. Nie przychodzi łatwo, lecz w walce zapierania się wobec, co łatwe, znane, oswojone jak świat, z którym się pogodziliśmy i na swój sposób ułożyliśmy. Jak powiada C. S. Lewis:
”Nie chcieliśmy żeby co innego okazało się prawdą. Obawialiśmy się prostackiej wiary w Zmartwychwstanie, zerwania z duchem czasu, ośmieszenia, ale przede wszystkim baliśmy się prawdziwego życia duchowego, jego lęków i nadziei"

piątek, 30 października 2015

M I T - monodram o solidarności


Premierowo pokazywaliśmy "M I T" - monodram, który zrobiliśmy w dwa tygodnie z Viktorią Szopińską. Wymyśliłem to, żeby ona wyszła poza recytację; żeby wpuścić ją w taką formę, która będzie trudna i wymagająca. Uprzedziłem też, że jest to ryzykowne, bo mało czasu, ale też powiedziałem, że będzie to grała nie tylko na festiwalu.  
Pomyślałem od razu o tekście L.Kołakowskiego jako punkt wyjścia do przerobienia tematu mitu - zastosowaniu tego, co się nazywa mityzacją - czyli, jeśli dobrze rozumiem to pojęcie, w skrócie, umieszczenie fragmentu rzeczywistości "pod" mitem. 
Tutaj sprawa dla mnie była od początku oczywista. Świetnie ten bunt koreluje z wydarzeniami 1980-89. Na początku staraliśmy się doprecyzować tę historię - tzn, żeby w finale okazało się dosłownie (w obrazie: polska flaga), że ta metafora dotyczy tych wydarzeń, ale potem (po rozmowie z Łukaszem też) uznaliśmy, że to nie jest potrzebne. To dla mnie nowe, bo ja lubię stawiać jasno tezy. Podczas pracy nad tym echem odbijały mi się słowa Kapuścińskiego w Lapidariach o emocjach tych wydarzeń; o tym jak całe miasto było ze strajkującymi. Miałem wątpliwość czy uda się nam to złapać na scenie bez nazywania po imieniu. Sprawdzianem miało być granie na festiwalu. 
Dzień wcześniej mieliśmy jeszcze konflikt między aktorką a Łukaszem, który polegał na tym, że Łukasz chciał pomóc (ja go poprosiłem o spojrzenie świeżym okiem), a ona nie chciała słuchać. Wszystko jakoś jej przeszkadzało, a najbardziej odczuła chyba brak czasu. Próba dzień wcześniej była bardzo zła aktorsko, ale udowodniła mi, że to się kupy trzyma, bo miało to swoje niesienie, zróżnicowanie, tempa, i ostatecznie napięcia. 
W Wejherowie było... zaskakująco dobrze. Viktoria zmusiła się do wysiłku i koncentracji i było to naprawdę dobre. Powiedziałbym, że ona była lepsza od konstrukcji, bo np. okazało się, że nie potrzebna jest muzyka w pewnym fragmencie, bo ona to świetnie trzyma. Tam tylko zostały nam szczegóły do dogrania, a potem to już jest jej festiwal bez mojej ingerencji. Pewien pan siedzący w jury nawet pochwalił ją za (według mnie) najsłabszy element jej wykonania czyli dykcję. Nad tym też musimy posiedzieć. Aktor z Gdyni (z Miejskiego) powiedział Viktorii, żeby się mnie trzymała, bo ma świetnego instruktora. Miło, że jej to powiedział. Szczerze mówiąc zrobiliśmy ten monodram, żeby jej zwracano uwagę na jej słabe strony, ukierunkowywano ją. Zaczęło się od klepania po ramieniu i właściwie nic do pracy nie zostało wypunktowane. Ale w grudniu ona pojedzie na jeszcze jeden festiwal (beze mnie) i może wtedy ktoś jej  na coś zwróci uwagę. 
Pomyślałem, że taka forma jest świetna dla aktora, żeby się rozegrał. Poza tym daje mi szansę skoncentrowania się na jego aktorstwie. Zrobię taką formę z tymi dziewczynami, które będą chciały dalej współpracować. Zacznę od Buszka i Podolskiej. 
Jeszcze taka uwaga do siebie: to jest proste, ale skuteczne. I przez odjęcie skomplikowania (typowego dla mnie) czyste. Te dwa następne też tak spróbuje zrobić. Teraz badam "garb".

poniedziałek, 26 października 2015

Wejherowo i Gdańsk - aktualizacja


Tydzień temu graliśmy dwa razy spektakl "Belfer#SHOW" (i premierowo "Mit" w wykonaniu Viktorii - o tym oddzielny post) w Wejherowie i wieczorem w Gdańsku na Windowisku. Pierwsze granie było bez próby, bo młodzi studenci (studentki) są rozsiani po Polsce i mogliśmy się spotkać dopiero na miejscu w Wejherowie. Spektakl z powodu ogromu sali rozłożył się w czasie, wydłużyły się sceny - spektakl zyskał czas, który pogłębił relację z bohaterem. Scena śmierci zagrała jak marzenie.
Było tam trochę błędów aktorskich związanych chyba z jakimś rodzajem braku zaangażowania - schodzenie prywatne ze sceny (Nicka i Paulina), odtwarzanie tekstu (Paulina - impresario, Kamila - połowa pierwszego wejścia dyrektorki, Seba - "jeśli ciało ucznia..."), za dużo grania (Łukasz - Hamlet; niebezpieczny jest też ten drugi fragment, bo już Łukasz zdążył go sobie silnie zrytmizować, niewiele się tam już wydarza nowego - trzeba na to uważać). 
Z mojej strony - i Windowisko mi to potwierdziło - obecność impresario w tym momencie po minister rozwala nastrój, odbiera bohaterowi siłę i zapominamy o zabiciu (przemyśleć!). Ida podpowiedziała, żeby końcówkę nie zostawiać taką (podobnie powiedziała Maria Eichler, ale tu nie mogłem znaleźć dla siebie uzasadnienia) - Ida powiedziała, że najgorszym co dla niego się może stać, to to, że córka pójdzie w jego ślady; ergo jest w tym rodzaj okrucieństwa, a my zostawiamy tę historię otwartą, ale w patosie... to cenna uwaga. I też uwaga do MNIE, żebym jednak DLA ODMIANY umiał rozważyć coś SZERZEJ i INACZEJ niż moje myślenie!
W każdym razie to granie było równe, dość dobre, ale nic się nie wydarzyło, nie poszło do przodu, nic się nie zmieniło w percepcji aktorów. 
Windowisko to już inna sprawa. Wszyscy nagle poczuci ciśnienie jak zobaczyli w jakiej przestrzeni gramy, jaki ścisk panuje (zaskakująco służący sytuacji), jaka jest ranga festiwalu, jak inne będzie musiało być zaangażowanie. I faktycznie. To było bardzo ważne granie dla tego spektaklu. Rodzaj energii aktorskiej i "świeższego" myślenia jest nie do przecenienia. Teraz myślę, że jest szansa, żeby się to jeszcze rozwinęło. Poszło głębiej. Poszerzyło aktorów. Tak naprawdę potrzebuję ze 3 dni prób, żeby to usprawnić, wyczyścić. Powiedziałem jasno: jeśli mamy z tym jechać do Warszawy, to bez prób i zaangażowania nie jadę z tym. 
Pomyślałem też, że każda ze studentek potrzebuje takiej formy jaką obecnie ma Viktoria, żeby się ograć i żebym miał szansę popracować nad tym, nad czym w spektaklu nie mam czasu. Ta forma monodramowa Viktorii nie kosztowała mnie prawie nic - jest to prościzna, bez wymyślnego języka, wszystko dopasowane pod treść, zadania postawione tak, żeby były trudne i różnorakie. Silne zmiany, rytm porządkujący materię. Dość to precyzyjne, choć po Wejherowie musimy wejść i wyczyścić zmiany pomiędzy postaciami. Ale czuję, że to dla niej był strzał w dziesiątkę. Nie usłyszałem dziękuję. Ale też przestałem tego oczekiwać.
W Wejherowie dostaliśmy trzy nagrody, z których dla mnie najcenniejszą jest Nagroda Aktorska dla Seby, bo on sobie na to zapracował. Myślący aktor, który weryfikuje, poddaje w wątpliwość, zadaje pytania, jest 100% zaangażowany. Ależ się ucieszył. 
Wejherowo było ważne jeszcze z innego powodu. Oni obchodzili 10-lecie istnienia Luterka - dla mnie ten festiwal był najważniejszy przez długi czas w kalendarzu, bo myśmy się tam uczyli teatru. Uważnie słuchaliśmy komentarzy, wskazówek, oglądaliśmy inne grupy. Miałem ogromną potrzebę podziękowania za te 10 lat (a my nigdy nie należeliśmy do najłatwiejszych zespołów w obyciu - zawsze był jakiś problem z nami). Kupiłem 11 róż (10 na jubileusz i jedną w nadziei na przyszły rok) i udało mi się podziękować podczas wspaniałej gali. Przewspaniałej. Doskonale zorganizowany jest ten festiwal. Byłem zaskoczony, że tylko nasze Studio wykonało taki gest. Uhonorowany był też mój Mistrz, o którym bardzo ciepło wypowiadała się p.dyrektor.   


czwartek, 22 października 2015

To czego nie umiemy.

prawda jest taka. Przyjemna prawda jest taka, że co chwilę odkrywamy sensy w teatrze. 11 lat i ciągle odkrywamy. Z niektórymi jest trudniej (Vi), ale zawsze zostaje z Łukaszem, żeby obgadać myśli (też  z Sebą który weryfikuje). Bardzo to dobre i ma charakter iluminacyjny kiedy odpowiadamy sobie na pytania.
Byłoby świetnie gdyby tych partnerów było więcej. ale na to trzeba zapracować. jeszcze dam sobie szanse. (przed)ostatnią.

środa, 21 października 2015

29 października - goscinnie teatr

reżyseria: Błażej Tachasiuk
projekt plakatu: Martyna Zienkiewicz

poniedziałek, 19 października 2015

Gorzów - Versus - Łukasz Drewniak

Gorzów nas zaskoczył. Najbardziej atrakcyjny spektakl Versus nie miał żadnego trzymania. Nic się nie sprawdzało. Widownia od pierwszej sceny pozostała chłodna. Na omówieniach aktorzy dostali cięgi, i ja za niezrozumiały powód robienia drugiej wersji Walizki. Łukasz Drewniak, który bardzo sensownie mówi, pamiętał wersję poprzednią (która rok wcześniej wygraliśmy Bamberkę) i powiedział, że według niego jest to najlepsza adaptacja Walizki jaką widział włączając w to duże produkcje teatrów zawodowych. Co do tej wersji ani nie widzi sensu, i uznaje, że to poniżej poziomu tego słuchowiska. Padło też takie stwierdzenie, że Polska jest tylko niszczona.... tu myślę, że warto przemyśleć ostatnią scenę - przekrzykiwanie się; może dać temu czas; zbudować to jako pełną scenę. Na początku przejęliśmy się nie rozumiejąc co się właściwie wydarzyło. Teraz przekuję to w pozytyw - większą dbałość o detal. Prawda jest też taka, że graliśmy bez porządnej próby. Tylko ciesząc się, że mamy szansę do tego wrócić. Aktorzy zrobili jak dla mnie krok do przodu. Szczególnie Daria, która była logiczna i zaskakująco precyzyjna. To się kłóci z opinią jury, ale ja muszę się trzymać swoich wytycznych i tego, co umiem. Dla mnie aktorstwo to nie to do czego aktorzy zostali porównani. Bo tamto było proste i nie wymaga (prawie) żadnych umiejętności. 
Dobrze, że pojechaliśmy. Oddałbym dużo za możliwość konsultacji z p.Drewniakiem, bo on mnie przekonuje. Jego brak manieryzmu i autentyczne poszukiwanie sensów jest godne podziwu. Aktorzy i reżyserzy jednak mają swoje manieryzmy. On jest otwarty i podporządkowuje swoje sądy jakiejś logice - przejrzystej - łatwo przejrzeć sposób myślenia i odczytać linię myśli. Rzadko spotykam takich ludzi, którzy nazywają konkretnie. 
Spektakl, który jeszcze zostanie w mojej pamięci to Gramonta monodram. Zostanie w pamięci z dwóch powodów: odwagi realizatorów i nieoczywistości tej historii; świetnego kontekstu Peru, nieznanego mi, i tym samym bardziej interesującego. I druga sprawa: spektakl nie ma finału; i oni się w ogóle tym nie martwią; cieszą się, że mogą zagrać, i otwarcie przyznają, że tak zrobili, bo tekst się kończył i już. Nie ma sztucznego artyzmu, powodów niewiadomojakich. Ot spektakl. I tyle. Ogromna wiara z tego bije i przyjemność z robienia teatru. 
Warto jeździć. Zawsze na coś nowego człowiek zwraca uwagę.  

piątek, 16 października 2015

Jagielski - ofiary i kaci w jednej osobie

(...) "przypadła rola mieszkańców napadniętej wioski. Żaden z chłopców nie chciał zostać włączony do tej trzeciej grupy. Wyrywali się nauczycielowi, chowali jeden za drugiego jak chłopcy na szkolnym boisku, zmuszani do gry ze słabeuszami w drużynie skazanej na przegraną. W końcu mieszkańcami napadniętej wioski zgodziło się zostać kilka starszych dziewczyn, które z niemowlętami na rękach przyglądały się kłótniom z boku. Dołączyły do nich najmłodsze, kilkuletnie maluchy.
Chłopcy wyznaczeni do odgrywania roli żołnierzy odeszli pod bramę, pozostawiając na środku podwórza dziewczyny z niemowlętami. Partyzanci, których było najwięcej, zebrali się pod samotnym drzewem. Razem z Norą i nieodstępującym jej Samuelem przysiedliśmy w cieniu na ławce.
Dowódcą partyzanckiego oddziału został krępy chłopak w porozciąganej bawełnianej koszulce. Ustawił swoich poddanych w szereg i władczym tonem wygłosił do nich przemówienie. Potem, podchodząc do każdego z osobna, kreślił palcem znaki na ich czołach. Skończywszy, wyrzucił w niebo ręce i zaintonował pieśń. Brzmiała smutno i znajomo. Byłem przekonany, że już ją gdzieś słyszałem. Kiedy śpiew umilkł, a chłopcy, spuściwszy w skupieniu głowy, zawołali „Amen”, przypomniałem sobie, że podobną pieśń śpiewał dziecięcy chór w katedrze w Gulu podczas niedzielnej mszy.
Dowódca w czerwonej koszulce dał znak i partyzanci ruszyli w kierunku dziewcząt z wioski. Przygarbieni, skradali się z wolna, w milczeniu, porozumiewając się ruchami rąk. Kiedy byli już blisko, komendant podniósł rękę, a chłopcy, przyczajeni, zastygli nieruchomo przed wioską.
Dziewczęta, przyszłe ofiary, na widok groźnych min prześladowców krztusiły się ze śmiechu i pokazywały ich sobie palcami. W głos śmiała się też Nora, trzymająca za rękę Samuela.
Wtem rozległ się okrzyk dowódcy, wysoki, przeszywający, pobrzmiewający groźbą, ale także trwogą, przerażeniem. Skamieniali dotąd w bezruchu chłopcy jak za czarodziejskim zaklęciem rzucili się na upatrzone ofiary, wymachując karabinami, pałkami i maczetami. Wołali też głośno, na podobieństwo dowódcy, jakby chcieli zagłuszyć wszystko dokoła, także swój własny strach i wątpliwości, a jednocześnie porazić i obezwładnić tych, którym mieli zadać cierpienie. By się nie bronili, nie błagali, nie próbowali odwrócić losu, jaki był im pisany.
Nad podwórze uniosła się chmura rudego pyłu, która przesłoniła kłębowisko dzieci. Gdy powoli opadła, odkryła pole bitwy. Napadnięte przez partyzantów dziewczyny leżały nieruchomo, twarzami do ziemi, udając nieżywe. Kilka próbowało się wymknąć, ale zostały dogonione i powalone. Tę, która odbiegła najdalej, partyzanci ciągnęli teraz na środek podwórza za ręce i nogi. Zadarta wysoko spódnica odsłoniła poznaczone sinymi bliznami uda.
Nora wciąż się śmiała. Chłopcy stali nad ofiarami, wymierzając w zapamiętaniu udawane ciosy pałkami i maczetami. Najmniejszy z nich, kilkuletni bosy malec, przepychał się między starszymi, głośno wołając. Dzieci na ławce zaniosły się śmiechem. Zachowywały się jak widzowie na przedstawieniu, oklaskujący szczególnie udane występy.
– Co woła ten mały? – spytałem.
– On mówi: ja też! ja też! Dajcie i mnie kogoś zabić! – odpowiedziała Nora, odwracając wzrok od dzieci na podwórzu.
Partyzanci obsypali ciała zabitych suchymi liśćmi i trawą i udawali, że rozpalają na nich ogień. Kilku wziętym do niewoli dziewczynkom związali sznurkiem ręce, a pozostałym rozkazali zbierać z ziemi porozrzucane zabawki, łupieżcze trofea. Ustawiwszy jeńców w szereg, zbierali się już do wymarszu, gdy zza rogu wypadli żołnierze i ruszyli do natarcia.
Rozpoczęła się kolejna bitwa, nowe widowisko. Wojsko szybko wzięło górę nad partyzantami, którzy rzucili się do rozpaczliwej ucieczki. Chłopcy-żołnierze pędzili za nimi po całym podwórzu, a nawet między budynkami. Pogoń nie przypominała już zabawy, lecz rozgrywany ze śmiertelną powagą wyścig, w którym nikt nie zamierzał godzić się z porażką.
Złapani partyzanci nie poddawali się jak mieszkańcy napadniętej wioski, lecz walczyli do końca, zabijani w końcu na niby przez liczniejszych i silniejszych żołnierzy. Tylko najmniejsi dawali się wziąć do niewoli. Najdłużej nie dawał się pojmać partyzancki komendant, w czerwonej porozciąganej koszulce. Kilka razy ścigający dopadali go, ale wyrywał się im jak dzikie zwierzę i biegł dalej, mokry od potu, umorusany kurzem i ziemią.
Osaczyli go w końcu przy bramie, skąd, choć była uchylona, nie miał już dokąd uciec. Bawiono się tylko na podwórzu.
Opadnięty przez wielu prześladowców, szarpał się i bronił, ale już pogodzony z przegraną. Powalili go na ziemię tuż przy ławce, na której siedzieliśmy z Norą i Samuelem. Walczący zdawali się nas w ogóle nie zauważać. Nie było nas w świecie, w którym teraz przebywali.
Przygnieciony kolanami czterech nieprzyjaciół, partyzancki komendant ciężko dyszał.
Zabawę zakończył nauczyciel głośnym gwizdkiem. Otrzepując się z kurzu i omawiając przebieg bitwy, dzieci poszły na lekcję rachunków.
– Sami ich namawiamy do takiej zabawy – powiedziała Nora. – Czasami tylko w ten sposób można dowiedzieć się, co im się przydarzyło naprawdę.
Kiedy na dziedzińcu rozgrywały się bitwy podobne do tej, którą widziałem, nauczyciele i opiekunowie uważnie przyglądali się każdemu z dzieci, wpatrywali się w ich twarze, wsłuchiwali w to, co wołały. Nora mówiła, że podczas zabawy w wojnę dzieci powtarzały dokładnie to, co widziały, a najczęściej to, w czym same uczestniczyły". 

POLECAM CAŁĄ KSIĄŻKĘ "Nocni Wędrowcy".  Niesamowite są te historie. Tak nieoczywiste. 
Od jakiegoś czasu chciałem przeczytać coś Pana Jagielskiego. Pamiętam kilka lat temu jak regularnie czytałem jego felietony (chyba) w Tygodniku Powszechnym.

poniedziałek, 12 października 2015

"Solidarność" - Viktoria - "Mit"

Przypadkowo pracuję nad dwoma monodramami z inspiracji tym samym autorem. Praca jest intensywna. W przypadku Viktorii trzeba uczyć ją myślenia wykonaniem - tzn precyzji w rozumieniu zadań i poszerzaniu ich w sobie. Błażej jest tak sprawny, że możemy od razu koncentrować się na interpretacji (precyzji myślenia zadaniami; postacią; przebiegiem). Viktoria wyrzuciła mi, że "siedzę naburmuszony" i jej nie pomagam. Faktycznie trochę w tym racji. Tzn celowo pozostaję chłodny. Pilnuję interpretacji, nie podpalam się dobrymi wykonaniami. Ten pozorny chłód jest mi potrzebny, żeby nie dać się ponieść ogólnemu wrażeniu "że przecież jest dobrze". Dzięki temu uzyskuję większą świadomość detalu. Zauważam słabsze wykonania pewnych fragmentów, czuję co się osadziło już, a co pozostaje zewnętrzne. I to, co najistotniejsze: jeśli pomimo chłodu mojego czuję zmiany nastrojów tzn, że one tam są, a nie są już moim pozytywnym patrzeniem (jak to bywało kiedyś). Cięcia nastrojów są zdecydowane, wyraźne. 
To, co mnie zastanawia w przypadku monodramu Viktorii to sam temat. Podjąłem się udramatyzowania tego tekstu (który opowiada o buncie - jako pewnym schemacie) myśląc o "Solidarności". O mitologizowaniu rzeczywistości. O rodzaju uniesienia, o którym pisze Kapuściński w "Lapidariach", kiedy pisze, że całe miasto było za strajkującymi (czuje się w samym jego opisie jakąś podniosłość) kontra to, co się obecnie dzieje wokół tego mitu, (który dopiero teraz można nazwać mitem, bo się zmieniło postrzeganie społeczeństwa). W wolnej Polsce "ciężej" być chyba członkiem Solidarności niż dawnym komunistą. Myślę, o tym, że dopóki jest o co walczyć, to wychodzą pozytywne impulsy; teraz kiedy Solidarność musiała się "przekwalifikować", Duda najwyraźniej poddał się tej zmianie w negatywnym znaczeniu. 
Ciekawe, ale pomyślałem, że mógłby mi pomóc M.W gdyby można było z nim normalnie rozmawiać (w końcu napisał książkę o Solidarności; spojrzenie kogoś z zewnątrz ze znajomością tematu by pomogło)
W każdym razie, wiem, że opowiadam o bardzo szlachetnym buncie, który zaczyna się od jednostki (i pobudek prozaicznych). Czy da się o tym buncie uniwersalnym (mitologicznym) opowiedzieć bez używania słów Solidarność? O buncie, którego mogłoby nie być, gdyby nie pewna grupa ludzi... o buncie, który umiejscawia moje pokolenie w wolnej Polsce. Już nie muszę jechać za granicę, żeby poczuć Europę. Ona już tu jest. Opowiedzieć o możliwościach. O otwartej przestrzeni. I też o tym jak prozaicznie takie bunty się zaczynają. Gdzieś w kontrze do tego znajduje się nienawiść do Solidarności, nienawiść do komunistów. Z czego wynikają obie? U starszych ludzi może z powodu krzywd, które doświadczyli (od komunistów za to, że m.in niczego nie było upraszczając; od solidarności, że demokracja zmieniła intencje na czysto rynkowe? nie wiem. Jeszcze jest możliwość, którą również podejrzewam, że chodzi o zwykłą "złośliwość" (upraszczając) (niechęć do ludzi ot po prostu, która jest motywowana własnym widzimisię; ale to wytłumaczenie mi się wymyka, bo ja muszę mieć na wszystko powód, więc nie rozumiem takiego podejścia).




środa, 7 października 2015

Gość specjalny

Dziś gościem specjalnym w ramach projektu "Czytasz Ty, Czytam Ja" był Maciej Gudowski - jeden z najbardziej znanych głosów telewizyjnych. Razem z aktorami Studia Pan Gudowski czytał "Mikołajka". Młodzież tłumnie ustawiała się po autografy.
muzyka: Janusz Łangowski
Próbowałem wyczuć na czym polega fenomen tego bardzo dźwięcznego głosu. Odpowiedź jest gdzieś w intonacji nietypowej. W kilku sylabach pan Maciej potrafi uatrakcyjnić słowo. Tonacja słowa można powiedzieć, ma kilka barw; podczas gdy u "normalnego" człowieka słowo ma prostą liniową tonację. (u niego to jakby fala).  Ciekawe i niepowtarzalne. Z aktorami spróbuję zrobić to jeszcze raz, ale zrezygnuję prawie ze wszystkich opisów i postawię na dialogi. Siła jest też w tych postaciach, w ich zabawnej charakterystyczności, którą próbowaliśmy uchwycić z Łukaszem. 

wtorek, 6 października 2015

Warsztaty z dialogu - refleksja

Prowadziłem warsztaty z dialogowania będąc nastawionym na to, że tego nie uda się nauczyć tylko raczej zasiać jakieś ziarno wiedzy. Wyniki były zaskakujące. Świeżość myślenia i podawania frazy jest możliwa, tylko trzeba się w tym rozluźnić. Każde spięcie powoduje bazowanie na zastanych nawykach rytmicznych. 
Analizowaliśmy też sytuację słuchającego - w dialogu równoważnego partnera dla mówiącego. I przy pewnym tutoringu udało się skupić na słuchaniu, a nie dogrywaniu słuchania, albo reagowania. Przy słuchaniu trzeba mniej grać, a więcej być skupionym na partnerze. Uprościć swoją sytuację przez rezygnowanie z dodatkowych gestów (które niczego nie wnoszą) np. potakiwanie, oburzanie się ciałem etc. 
Kiedy zespoły grały spektakle niestety tylko niektórzy dialogują (na palcach jednej ręki), ale też nie można było oczekiwać efektu od razu. Mechanika wykonania to strach przed modyfikacjami przed tym, że coś może pójść nie tak.

piątek, 2 października 2015

Recenzje i lekcja krytycznego myślenia

Dostałem do sprawdzenia i ocenienia recenzje ze spektaklu "Romeo i...". Trudno je traktować w pełni poważnie, bo to pierwsza recenzja licealna najmłodszej klasy, poza tym część podeszła do nich po macoszemu, ALE: 
jest tam wiele spraw, które zwracają moją uwagę. Główne wrażenie jakie mam to jak bardzo "rozjeżdża" się moje myślenie z odbiorem sztuki. To, co jest śmieszne młodzi już nie interpretują, dla nich nie dodaje to niczego do obrabianego tematu. Dla niektórych temat jest banalny, finał jest przewidywalny, odpowiedzi na pytania kończą się na pierwszych skojarzeniach. Dla innych wszystko jest super i fenomenalne. Może nie ma w tym spektaklu o czym gadać, to też jest możliwe. Ale możliwe jest też, że oni zupełnie nie kumają języka teatru nie umiejąc rozwijać tematu w sobie. Kto ma rację? Odpowiedź jest jedna: zawsze widz ma rację, bo jeśli nie znajdą się osoby, które będą chciały to oglądać, to znaczy, że to już nie ma sensu. A z drugiej strony widza jednak trzeba edukować, szczególnie młodego, kiedy jeszcze on ma obowiązek poddania się sensownej edukacji. Przygotowywać widza do recepcji.
Jedna osoba podała spektakl "Dziecko dla początkujących" jako spektakl ambitny w porównaniu do "Romea i...". Gdzie indziej jest moje greckie niebo zdecydowanie bliżej niedopowiedzeń Romea. 
Najciekawszą recenzję napisała dziewczyna, która była wybrana na Julię. Ona (poprzez bezpośrednie zaangażowanie) opisała wszystkie swoje stany dokładnie tak jak to było przez nas zaplanowane. Opisała smutek po śmierci, wątpliwości co do jego miłości, itd.
Byłem na lekcji kolejnej oddając recenzje i starając się opowiedzieć młodym na przykładach czym jest materia teatralna i jakie są możliwe podejścia krytyczne. Jak środki wykorzystywane mają służyć całości i są składową sztuki. Najlepszym przykładem była nuda (pozorna), którą wprowadza Warlikowski np albo Haneke. Ten środek przez większość oceniany jako bezsensowny, oni wykorzystują świadomie, żeby np. otworzyć/dać czas potokowi myśli i skojarzeń, albo żeby oddalić od tematu, żeby nie stał się banalny, przegrany, zbyt atrakcyjny, zbyt podobający się.
Pomimo tego, że tak się różnimy, widzę głęboki sens w takiej edukacji teatralnej. Edukacji, która nie ogranicza się do instruowania, ale punktem wyjścia jest rozmowa, wspólna analiza.

poniedziałek, 28 września 2015

Romeo i... szlifowanie całości

Zagraliśmy cztery razy Romeo i... w ramach edukacji dla szkół. Mieliśmy tym samym szansę ograć się, sprawdzić wszystkie założenia, rozwinąć relację sceniczną między nami. Teraz ja logizuję - jako doświadczony starszy kolega, on przeżywa - jako stereotyp Romea. Przestawiliśmy akcenty. Ostatecznie okazuje się, że opowiadamy jedną historię - w której ja zazdroszczę mu jednak prawdziwej miłości, a on umiera za nią. "Jeśli nikt mnie nie słucha, o miłości rozmawiam sam ze sobą" - rozwinęliśmy to zdanie jako komunikat finalny między nami - to "sam ze sobą" - to on i jego starsza wersja (ja). Przypadkowo doszło do takiego rozwiązania, ale ono idealnie finalizuje całość naszej relacji. (Młody podczas spektaklu na mnie spojrzał i jego emocja przeszła na mnie).
Zastanawialiśmy się też nad obecnością tego utworu na końcu. (Na jednej z prób doszło do mnie, że Ci wszyscy ludzie mogą mieć rację, że to nie pasuje do pewnej szlachetności całości; prawdy emocjonalnej, pomimo tego, że spektakl wykorzystuje sztampy i kicze). Zmieniłem utwór podczas jednego z grań, ale to nie zadziało. Więc... pomyślałem, żeby go zduplikować w postaci klamry - tym utworem "otwiera" miłość (tym się też w czasie rozwija), i tym się zamyka (ze świadomością tej zmiany). Bardzo dobrze to działa, bo on ma czas, żeby się zakochać, a ja go kontruję "czyś Ty oszalał". Wszystko się w rytmach składa i sensach. 
Muszę o tym pamiętać, że niekoniecznie trzeba rezygnować z rozwiązania tylko przemyśleć wszystkie opcje - w tym przypadku nie eliminacja (tylko przeciwnie), duplikacja. Zaskakująco działa i na aktora i na wydźwięk. 
zdj. Daniel Frymark

Przyszło mi do głowy, że ten tekst "o dziewictwie" na kocyku; to nieśmiałe wyznanie. Może taka intencja? Brakuje temu tekstowi psychologii.

piątek, 25 września 2015

Pokolenie

Słyszałem dziś że Rocky 6 to bez sensu. Dla mnie nie. Jestem pokoleniem Rockiego i Gwiezdnych Wojen. To mnie ukształtowało najbardziej. Jestem Hanem Solo jakoś, Lukiem Skywalkerem biegam po schodach żeby unieść ręce do góry jak Rocky. Buduje się z tych wszystkich postaci.
Jak karate kid walczę ze sobą, żeby wygrać. To moje pokolenie. Silnie to przeżyłem. To było odkrycie. Pamiętam podniecenie "Imperium kontra atakuje" w kinie. Przed seansem. Niesamowite były te przeżycia. Teraz odkrywam nowe pokolenie i nie rozpoznaje siebie w nim. To już chyba się starzeje. Chcę być z nimi. Ale gubię się.
Pamiętam gry proste. Jak w wieku 9 lat rozkminiałem commodore 64. na Atari graliśmy w KNAJT LORE (Knight lore - nie umiałem tego wymówić). Nie przypuszczałem, że angielski tyle mi da. Z Wojtkiem A. graliśmy w WWF. Najprostsze gry akceptując braki w grafice. Wtedy nie myślało się o brakach tylko o tym, że świetnie się gra. potem przyszły Pc'ty. Gry po kablu. Było super.
Teraz to już zupełnie inaczej wygląda. Zupełnie. Zmieniło się wszystko. Ja się zmieniłem. I jestem przed zmianami.

niedziela, 20 września 2015

Żnin - pierwszy raz na festiwalu "Belfer#SHOW"

Jak to się mówi pierwsze koty za płoty. Uprzedzałem młodych przed wyjazdem, że na festiwalu nie należy grać lepiej. Tzn nie starać się grać lepiej, bo my już wiemy, że to się źle kończy. Ale co innego mówić, a co innego samemu to przeżyć. Oni może musieli sami przez to przejść, żeby zrozumieć. 
Spektakl w całości się nie obronił. Bardzo obniżało loty dogrywanie stanów - zrobiło się to zbyt mocno przerysowane (a przecież samo z siebie jest przerysowane), większość nastrojów była wyciśnięta. Nawet Sebastian wprowadzał elementy przesadzone - np. scenę kiedy ocenia pracę - zadaniem jest śmiech, a u niego pojawiła się mocna groteska łącznie z gibającym się ciałem. Mocniejsze by to było, gdyby ten śmiech był psychologiczny. Ale to się jeszcze wypracuje. Do słabych scen (tzn trzeba zwrócić na to uwagę) trzeba zaliczyć pytania nauczycielki historii - wyczuwam panikę aktorki, i najważniejsze mam takie poczucie, że ta forma w ogóle jest nie pomogła, bo ona nikogo nie widzi, więc nie zwraca się do widza. Trzeba to poprawić. Zaskakująco słaba była scena minister bez kluczowego tekstu o aktorach z amatorskiego teatrzyku. Ale jednak trzeba jej oddać sprawiedliwość, bo ona uczy się szukać, i jednak znajduje głowa inne rozwiązania (nawet jeśli nie trafione to szukanie jest ważniejsze w jej przypadku - brak strachu i otwarta głowa). Bardzo słaba scena matki - groteskowa - poprzez wykonanie aktorki - cisnęła, żeby jej łzy poleciały i się zrobiło dziecinnie i płaczliwie.
Z mojej strony - ciągle nie lubię sceny kartkóweczka - i niestety nie wiem co z nią zrobić. Dziś obudziłem się z myślą, żeby ją wydłużyć (wcześniej myślałem, żeby skrócić). Dać jej pełny przebieg. Myślę, że trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie: gdzie to się odbywa (odpowiedź oczywista) i według tego poeksperymentować (bo ona jest skrótowa i właściwie informacyjna, a powinna rozwijać konflikt).  
Bardzo dobry był Łukasz i Kamila. I myślę, że z tych samych powodów dla których inni poczuli adrenalinę i grali mocniej. Łukasz na luzie - doświadczenie festiwalowe jak nikt; a Kamila też na zimno z bardzo dobrą kontrolą. 
Muszę też uczciwie powiedzieć, że jeszcze za mało myślę detalem. Tu konstrukcja daje im niesamowite możliwości wykonawcze, ale jednak przydałaby się pomóc od strony frazy (czy może celu frazy; za mocno się spinają, za mało pewności, za mało możliwości podsuwa im intelekt). 
A propos pewności - po nas występował teatr z Końcówką Becketta w wykonaniu chyba gimnazjalistów. I wykonanie było całkiem wiarygodne, tylko interpretacja zawiodła. Ale czuje się u nich brak jakichkolwiek kompleksów. Po prostu grają nie przejmując się czy dobrze czy niedobrze. Robią swoje. 
Jury nie powiedziało mi niczego o spektaklu negatywnego. Tylko o aktorstwie, że za dużo grania i ekspresji. Że to spłyca całość. Konstrukcyjnie niby wszystko jest ok. Powiedzieli mi natomiast jedną rzecz, która mnie bardzo zainteresowała na przykładzie dyrektorki. Ja wprowadziłem ją w konwencji groteski celowo, ale z powodów konstrukcyjnych (wobec poprzedniej sceny). A Jerzy powiedział mi, że dobrze by było z tego zrezygnować na rzecz motywacji dyrektorki (dlaczego ona tak tego nauczyciela gnębi) i wtedy byłoby mroczniej i smieszniej de facto. Muszę sobie to przemyśleć. Nigdy tak nie myślałem. Jeszcze w tym tygodniu będę badał groteskę i znajdę jej wykonania, żeby młodzi zobaczyli, a ja się uważniej przyjrzę. 
Wykonanie groteskowe można było prześledzić u zawodowego teatru Druga Strefa z Wrocławia (z którymi dostaliśmy równorzędne wyróżnienie). Spektakl prowadzony przez dwójkę aktorów odbywa się w silnej psychologii, bez ciśnięcia emocji na siłę. Wszystko widzimy poprzez konflikt i na twarzach aktorów - tzn w oczach. Nie w twarzach, minach, grymasach. W pauzach. Dobrze to było zobaczyć, bo to egzemplifikuje to, co nam nie wyszło. A oni to tak doskonale robią. Piotr Misztala imponuje mi aktorstwem i inteligencją. I doskonałą dykcją. Ja się zrobiłem leniwy dykcyjnie. 
Sam spektakl wywołał wśród nas niezłą (choć krótką) dyskusję. O języku, który tam jest. Dla mnie pojedyncze sceny nie poszerzają konfliktu między bohaterami (ale może o to chodzi). Można by zaryzykować stwierdzenie, że oni są zawsze oddzielnie. Że życie razem jest banałem od jednego momentu do drugiego. Gdzieś tam miałem myśli o ogromnej samotności Hamleta. I niemocy Ofelii. O powielaniu schematów o przynależności, zazdrości, ale nie umiejętności wyrażania samego uczucia. Jakbyśmy albo stracili tę umiejętność, albo nigdy jej nie mieli. Łapię się często na tym jak brakuje mi słów. A z drugiej strony są takie momenty, kiedy tak dobitnie czuje się miłość. Wypełnia i ogarnia. To są takie momenty szczęścia jak może w samotności kiedy człowiek czuje się ze sobą pogodzony, szczęśliwy w tym danym momencie. A to chyba rzadkie. Ten spektakl na pewno mnie zatrzymuje. Widzę w tym sens robienia teatru. Wymyka się to mojemu sprytowi teatralnemu. I koncentruje na sednie rzeczy bez ozdobników. W taką stronę chciałbym iść. 
Dobrze, że pojechaliśmy. Nowe doświadczenie. Nowe myśli.

wtorek, 15 września 2015

"Lekcja" - jeszcze jedna

Powinienem oglądać filmy. Dlaczego ja tego dotychczas nie robiłem? Mam to na wyciągnięcie ręki. Poza tym oglądanie w kinie powoduje, że jestem bardziej skupiony. Silniej przeżywam. Nic mi nie przeszkadza. A poza tym uczę się. Od momentu pierwszego nagrywania z Davidem, jestem uważniejszy na tricks of the trade.

"Lekcja" - refleksje

Wczoraj trochę przypadkowo trafiłem na "Lekcję" w kinie. Reżyseria i scenariusz Kristina Grozeva i Petar Valchanov. Film dostał sporo nagród. Ja byłem w takim nastroju, że dość długo byłem myślami gdzie indziej i tylko obserwowałem akcję, która nota bene jest spokojna - ujęcia są długie. Sporo ujęć kiedy bohaterka podejmuje decyzję (trudną). 
Potem już wszedłem w tę historię i przejąłem się bohaterką. Zrozumiałem ją.
Historia jest nieźle wymyślona. Nauczycielka twierdzi, że ktoś w klasie ukradł jednej uczennicy pieniądze. I za wszelką cenę chce przywrócić sprawiedliwość. Odnaleźć sprawcę. Staje na głowie, żeby wychowywać w moralności. Do tego poznajemy ją jako bardzo porządną, ułożoną, konkretną.  
W miarę jak historia się rozwija okazuje się, że życie za chwilę podda ją podobnej próbie. Owa lekcja przydarzy się jej w całej rozciągłości tematu. Zostanie poddana testom na moralność. Właściwie nie wiem czy to dobre określenie. Miałem takie wrażenie jakby życie pokazywało jej jak błędnie interpretuje świat i zasady nim rządzące. Ot istnieje "dobro" i "zło" i każda motywacja jest słuszna... nawet motywacja złodzieja... jest taka scena kiedy ona "kradnie" pieniądze z fontanny...
Świetnie prowadzone są postaci. Każda z nich ma czytelną motywację (pozytywną). Nade bardzo kochała matkę nie może wybaczyć ojcu, że ma młodszą (i do tego głupią). Ojciec urządził sobie nowe zycie, i tak się zżył z tą młodszą, że zaczął "wyznawać" jej głupoty. Broni go to, że jego córka (Nade) wybrała sobie pijaka za partnera i on go nie znosi. Najsłabszym punktem Nade jest wspomnienie o matce i pretensje do ojca. To właśnie to powoduje, że ona nie może się przemóc. A to załatwiłoby jej problemy.  Ten pijak z kolei już nie pije, ale jest dupą, natomiast córka jest z nim niesamowicie związana i płacze kiedy to nie on usypia ją do snu. Bardzo to ładnie jest wymyślone i skonfliktowane. Silnie to oddziałuje. I buduje silną historię od strony ludzkich zawiłości. 
Mogę się pokusić jeszcze o stwierdzenie, że taka Lekcja mi się wczoraj przydała... jestem ciekaw jak to się skończyło... (nie oglądałem do końca)...
(ja bym wrócił do klasy i rozegrał tego złodzieja - w końcu ona już zrozumiała, że moralność i decyzyjność jest zależna od danego momentu i potrzeby. Każdy z nas ma własne powody do pewnych decyzji; niczego nie usprawiedliwia to; ot jesteśmy tego częścią; i nie wieczności; tylko Tego Jednego momentu kiedy decyzję trzeba podjąć)


poniedziałek, 14 września 2015

Belfer - trzy poprawki

ZMIANY:
- wejście grzecznych uczniów po zgaszeniu światła Łukasza (hamlet) - rozszerzenie wspomnienia
- K.Buszek pytania historyczne plus ciało seksi, tekst agresywnie - nadaje rytm scenie; wyjście do sceny od strony "ładna" - nie wie, że zachęca (dwuznaczność)
- scena Habanera - w godzinę wypracowaliśmy szczegóły. Trzeba było trochę podłubać w samym temacie, żeby na to wpaść. Bardzo słuszna zmiana jest też w nastroju "złym" przed habanerą. Lepiej akcentuje nastrój utworu (w kontrze). 

Belfer#SHOW komentarz po dwóch

Zagraliśmy dwa razy. To był eksperyment, który się powiódł - dać ludziom dwie daty do wyboru. Obawiałem się frekwencji w czwartek, ale ludzie dopisali. Podobnie z sobotą.
Ważne były te dwa grania, bo faktycznie można było postawić aktorom zadania i patrzeć jak to się rozwija. W aktorze rozwija się pięknie. Oni się szybko uczą. Każdy czego innego.
Zadania:
Nicka - decyzyjność, granie tematu poza słowem; tu trzeba jeszcze jej zwrócić uwagę, że to się odbywa poprzez jej koncentrację na partnerze (z Pauliną)
Podolska - eksperymentować ze sobą; choć ona to już bardzo dobrze robi
Kosiedowska - rozluźniać frazę; traktować ją "od nowa"; nie trzeba wygłaszać tekstu; on nie istnieje - dopiero się tworzy; udało się to wspaniale na ostatnim graniu (impresario)
Puchalska - sprawdzać szerokość dystansu; prowokacja w uczennicy; jeszcze rezygnowania z rytmu sceny (choć tutaj to jest silnie ustawione, więc trudno z tego zrezygnować); tekst tworzy się na nowo; świetnie to wyszło w drugiej dyrektorce, bo słychać tam zmiany rytmiczno frazowe
Buszek - rozluźnić frazę; tekst na nowo (udało się to w wuefistce); dopracować detale - kontakt (scena przed gwałtem)
Seba - świetnie się rozkręca. Próba była straszna, bo sobie coś wymyślił jak to ma brzmieć i nie było żadnych decyzji na nowo. Na spektaklach było to doskonałe.
Do siebie - należy się zastanowić nad "niesieniem" lekcji. Od jakiegoś czasu nie ma tam napięcia. Coś tam musi być nie tak konstrukcyjnie. Zrewidować. (dziś zaczynam próby indywidualne, żeby znaleźć tam inne zadanie i może inny rytm).
zdjęcie: Daniel Frymark

 


środa, 9 września 2015

ZEMSTA!



Uczymy się dalej co działa, a co nie w filmie.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Dwa razy

Jestem bardzo ciekaw jak to wyjdzie tym razem. To foretaste of granie na festiwalu w Żninie.
Gramy dwa razy na próbę, żeby dać szansę widzowi przyjść wtedy kiedy będzie mu pasowało. Zobaczymy jak będzie.

czwartek, 20 sierpnia 2015

środa, 19 sierpnia 2015

Film (I)


Pierwsze próby do filmu. Jest to niełatwe, ale bardzo ciekawe. Tutaj z powodów realistycznych nie można myśleć skrótowo. Trzeba precyzyjnie budować motywy postaci. Dokładnie znać sens scen. To coś zupełnie innego dla mnie. Pilnie obserwowałem jak sobie postaci radziły. 
I jakie efekty można uzyskać grając. Na ten moment myślę, że bardzo dużo zależy od kamery. A od strony aktora trzeba się bardzo pilnować, żeby nie dogrywać. Kluczowa jest emocja w oczach. 
Przypomina mi się film "Komora" z genialnym Gene'em Hackman'em. Wspaniale skonstruowane kino. Konflikty niesamowite. I bez zbędnych sentymentów. Hackman nic nie robi jako aktor (prawie) i działa to jak marzenie. Informacja, że zabił ludzi już czyni z niego villain, więc nie ma sensu tego powielać w sposobie grania. 
Łukasz  świetnie wygląda w oku kamery w zbliżeniach. Jestem ciekaw jak to dalej będzie szło.

sobota, 15 sierpnia 2015

Motywacja (2)

Jako grupa Studio Rapsodyczne przebiegliśmy już ponad 100 km (a dopiero dołączyliśmy do akcji Pomoc Mierzona Kilometrami). Coraz więcej ludzi ode mnie się włącza. Bardzo dobrze. Czekam też kiedy zobaczę efekty w lustrze. Jestem też bardziej świadomy jak jem i ile. Dziwne, że w tym wieku to do mnie doszło.
Całość jest alternatywą do innego sposobu życia. Poprzedniego.  Do którego już nie chcę wracać.
W grupie jest już 8 osób i odgrażają się inni :) Każdy według własnych możliwości trenuje. Wzajemnie się motywujemy. Przy muzyce spotify przyjemnie się biega. Teraz biegam codziennie 6km. W ciągu ostatniego kilometra czekam tylko na zbawienny głos obwieszczający, że 6 km. Lap pace...
...no i mam czas, żeby pomyśleć i delikatnie się zrelaksować.

piątek, 14 sierpnia 2015

AKTUALIZACJA - myślenie kompozycyjne

Z powodu sprawności aktorów trzeba wejść na wyższy poziom pracy. Zająć się świadomością kompozycyjną aktorów. Zawsze mi się wydawało, że to może ich usztywnić. I tak właśnie jest z trzymaniem się jednej "melodii". Jednak podczas pracy za mało czasu spędzamy nad samą kompozycją ala partyturą muzyczną. To wiele zmienia. "Jest z czego brać" jak to się w fachu mówi.
Obecnie pracuję nad świadomością aktorów dotyczącą dwóch aspektów technicznych. (Jeszcze raz podkreślam, że najpierw trzeba opanować otwartość emocjonalną, i podstawowe zasady logiki). Tempo i natężenie. Każdy fragment można tak potraktować - nie poddając się pauzom według logiki życia, tylko konstruując wypowiedź według logiki sztuki - tzn biorąc pod uwagę, że ktoś tego słucha - żeby usłyszeć sprawy interpretacyjnie najważniejsze wykonawca musi dokonać kontrastywnych zabiegów w kompozycji, żeby "wyciągnąć" sensy. Sensy można wyciągnąć nie tylko poprzez pauzę, ale głównie poprzez kontrast. Jeśli fragment podawany jest szybko, a zaraz będzie informacja istotna (tzn istotniejsza niż poprzednie/następne) pauza/wolniejszy rytm/sposób podawania tekstu "wyciągnie" nam ten sens. Ale też odwrotnie jeśli fragment podawany jest wolno, a sprawy istotne podamy szybko - to ten kontrast zadziała podobnie - "uwypukli" informację.
Myślenie kompozycyjne też jest zabiegiem interpretacyjnym - nie służy wyłącznie atrakcyjności - choć "na pierwszy rzut oka" tak właśnie działa - nadaje tekstowi strukturę, przyjemniej się słucha, można powiedzieć "łatwiej".
Z Błażejem obecnie powoli konstruujemy szkielet rytmiczny spektaklu. I już wiemy, że początek - trzy pierwsze sekwencje - są źle złożone. Pierwsza i trzeci są identyczne. Zadaniem początku jest rozluźnienie widza. Pierwsza sekwencja nieźle może spełniać takie zadanie, ale trzecia powiela ten schemat i bardzo spłyca wykonanie aktora.
Co do usztywnienia:
czy przygotowana struktura może skostnieć? bez wątpienia. Lepiej dbać o świeżość myślenia aktora (reagowanie tu i teraz), ALE aktor musi wyrabiać w sobie ucho muzyczne, żeby przyswoić to narzędzie jakim jest myślenie kompozycyjne (łącznie z umiejętnością dialogowania - akcja/reakcja). Tzn podczas spektaklu (lub jeszcze w pracy nad nim) świadomie różnicować co się dzieje kompozycyjnie. Szczególnie jest to ważne w takich naszych spektaklach, które są postawione na aktora - "Dziecko dla początkujących", "Bądź ze mną. Jestem" (!), początek "Romeo i". W spektaklach dość rozbudowanych obrazem ("Versus", "Dzieło Sztuki", "Belfer#SHOW") to sprawia wrażenie mniej istotne, bo aktor jest "broniony" porządną strukturą teatralną ergo więcej mu wolno.

środa, 12 sierpnia 2015

Motywacja

Z powodów estetycznych (sic!) zacząłem biegać wciągając w to Piotra i (już wciągniętego) Dominika. Trzeba schudnąć, no i pozbyć się niedawnych nawyków. Mój brat pokazał mi świetnie motywującą aplikację Endomondo, dzięki której można monitorować własne treningi. (Tylko nie mam odpowiednich butów, ale nie stać mnie). Przyłączyliśmy się do akcji "Pomoc mierzona kilometrami". Dzięki temu, że dodatkowo robimy "coś dobrego" biegam więcej. Założyłem w tej aplikacji grupę "Studio Rapsodyczne" i zobaczymy czy grupa się rozszerzy. 
W każdym razie jest to bardzo pozytywna sprawa. I chyba wytrwam w postanowieniach.
Jutro wracam też do "Kazania". Też mnie to kręci. 

czwartek, 6 sierpnia 2015

Nazywanie miejsc


W ostatnich pracach bardzo pomaga mi nazywanie miejsc akcji - tzn do konkretnych scen, kiedy szukam rozwiązania scenicznego, nazywam miejsca - gdzie to by się mogło wydarzyć. Dla przykładu scena dotyczy dzieci znęcających się nad innym dzieckiem - możliwe miejsce akcji - trzepak, sala przedszkolna, lub klasa oczywiście. Te supozycje od razu wywołują u mnie ciąg skojarzeń, które obudowuje tekst sytuacją. A im głębiej myślę o mechanizmach natury psychologicznej, tym lepiej te sytuacje (już jako sceniczne) funkcjonują. 
Reasumując, przez myślenie o konkretnych miejscach akcji jest więcej danych do wykorzystania niż tylko konstrukcja tekstowa. Tak zrobiliśmy scenę Jonasza i Wieloryba - zamieniając tekst na rodzaj zabawy/ekspozycji - jak podczas mszy dla dzieci. Od razu to otworzyło możliwości (od strony obrazu i zadania).

zdjęcia: Daniel Frymark; jajcarskie zdjęcia z Romeo i

poniedziałek, 3 sierpnia 2015

Kazanie. Próby (1)

Jesteśmy po dwóch próbach wznowieniowych. Bardzo dobrze idzie. Faktycznie jest to Kazanie. Odrzuca moralizatorstwem; nie wierzymy przez wyczuwalny dystans aktora.
Język spektaklu się rozszerza. Z Błażejem bardzo dobrze się pracuje, bo też rozmawiamy intensywnie o tym co się dzieje i o interpretacji. Bardzo precyzyjnie mamy ustawione sprawy konstrukcyjne i zadaniowe. Pomaga mi w budowaniu sytuacji umiejscawianie ich w jakiejś wirtualnej przestrzeni. Od razu do interpretacji pojawia się pomysł. Do pojawienia się diabła mam to już rozpracowane. Prowadzone jest  prowokacyjnie, ale też ciekawym dwuznacznym językiem (nieoczywistym). Dużo humoru Kołakowskiego wykorzystaliśmy. Pewne sekwencje tekstowe zamieniliśmy na sceny, inne spełniają rolę "psychologiczną"; konflikt z widzem jest oczywisty i właściwie chyba nieźle rozwijany (choć ostatecznie przekonamy się z widzem). Bardzo grubą kreską cięte jest napięcie. Zmiany są bardzo wyraziste. Dobrze się zapowiada. Oczywiście kwintesencja tego spektaklu - jego powiedzmy prawda - objawia się w tej części do której właśnie doszliśmy. Jakoś czuję, że nie robimy krzywdy filozofii Kołakowskiego. 
Ja też "gram", choć to jeszcze nie jest postanowione. W każdym razie gram w spektaklu na keyboardzie (dziś) utwory do śpiewania. 
Zastanawiam się czy nie wykorzystać kazania ks. Natanka o grzechu, ale nie tak jak ludzie to oceniają, tylko biorąc to na poważnie. To by ułatwiło księdzu przeistoczenie w diabła, bo w tej sekwencji przed zmianą nikt mu już nie wierzy. Zachęcałbym do wierzenia Natankowi. (a spodziewam się śmiechu) i z tego zrobiłbym chęć odsłonięcia się diabła. ALE: czy nie zrobi się z tego dokument... ten "środek" jest do usprawiedliwienia, ustawia spektakl w konkretnej przestrzeni "życiowej" i czasowej. Ale znowu żeby zrozumieć, trzeba spróbować potraktować poważnie co on mówi. Wystrzegam się jakichkolwiek ocen. Jak ognia.... nomen omen...

wtorek, 28 lipca 2015

Przygotowanie do grania w filmie

Granie w filmie. Małe środki. Realizm. Trzeba się temu przyjrzeć.